Ostrzeżenie

JUser::_load: Nie można załadować danych użytkownika o ID: 51.

JUser::_load: Nie można załadować danych użytkownika o ID: 65.

JUser::_load: Nie można załadować danych użytkownika o ID: 60.

JUser::_load: Nie można załadować danych użytkownika o ID: 50.

JUser::_load: Nie można załadować danych użytkownika o ID: 49.

JUser::_load: Nie można załadować danych użytkownika o ID: 44.

JUser::_load: Nie można załadować danych użytkownika o ID: 61.

JUser::_load: Nie można załadować danych użytkownika o ID: 54.

Zarządzanie

Zarządzanie (32)

poniedziałek, 04 listopad 2013 21:36

MODELOWE PRZYKŁADY PPP NAGRODZONE

Napisane przez

3 października w Pałacu Lubomirskich w Warszawie odbyła się Gala II edycji Konkursu 3P, w ramach którego nagrodzono inicjatorów przedsięwzięć mogących stanowić modelowe przykłady współpracy sektora publicznego i prywatnego. Podczas Gali odbyła się nie tylko uroczystość wręczenia nagród laureatom Konkursu, ale też dyskusja na temat przyszłości formuły partnerstwa publiczno-prywatnego w Polsce.

Konkurs 3P jest organizowany przez Polską Agencję Rozwoju Przedsiębiorczości, w ramach projektu „Partnerstwo publiczno-prywatne”. W tegorocznej edycji konkursu nagrodzono aż cztery jednostki samorządu terytorialnego, co zdaniem patronującego konkursowi ministra gospodarki Janusza Piechocińskiego jest dobitnym dowodem na to, że formuła PPP opłaca się zarówno przedsiębiorcom, jak i instytucjom, które się na nią decydują.

W jury Konkursu znaleźli się w tym roku: Dariusz Szewczyk, zastępca prezesa Polskiej Agencji Rozwoju Przedsiębiorczości (jako przewodniczący), Bogusława Bartoszek z Regionalnej Izby Gospodarczej w Katowicach, dr Irena Herbst z Fundacji Centrum ppp, dr Aleksandra Jadach-Sepioło ze Szkoły Głównej Handlowej w Warszawie, Bartosz Korbus z Fundacji Instytut Partnerstwa Publiczno-Prywatnego, Anna Świebocka-Nerkowska z Polskiej Agencji Rozwoju Przedsiębiorczości oraz przedstawiciele Ministerstwa Gospodarki – Agnieszka Kalisiewicz, Jolanta Korzun i Grzegorz Lang.

Jury zdecydowało o nagrodzeniu czterech projektów. Znalazły się wśród nich następujące przedsięwzięcia: modernizacja oczyszczalni ścieków w Borku Strzelińskim, budowa targowiska miejskiego przy ulicy Damrota w Kędzierzynie-Koźlu, Dom Późnej Starości z zagospodarowaniem terenu w formule partnerstwa publiczno-prywatnego w Bobolicach oraz projekt „Partnerstwo Publiczno-Prywatne narzędziem kompleksowej realizacji zadania własnego Gminy Krzywiń w zakresie gospodarki ściekowej w obszarze miasta Krzywiń oraz miejscowości Jerka i Łuszkowo”. Dodatkowo wyróżniono też projekt rozbudowy układu komunikacyjnego miasta Krosna poprzez budowę połączenia ul. Niepodległości z ul. Czajkowskiego.

Równie istotną, jak ceremonia wręczenia nagród, częścią konkursowej Gali była dyskusja „PPP jako narzędzie dobrego rządzenia”, jaka odbyła się w pierwszej części spotkania. Wzięli w niej udział zarówno członek Rady Nadzorczej PARP Jan Król i członkini jury Konkursu, dr Aleksandra Jadach-Sepioło, jak i przedstawiciele JST: wiceprezydent Kędzierzyna-Koźla Ewa Stawska-Bąk oraz starosta łańcucki, Adam Krzysztoń.

- Rozwój PPP w Polsce następuje zbyt wolno – zgodzili się uczestnicy debaty. – Podstawy prawne dla tego procesu istnieją, problem pojawia się na etapie rozliczania takich przedsięwzięć – podkreślał Jan Król. Jego zdaniem, w obecnej chwili najważniejsze zadanie należy więc do ministerstwa finansów, które powinno usprawnić etap rozliczania inicjatyw PPP. Przedsięwzięcia realizowane w takiej formule często napotykają też opór polityczny. – Rady Miast nie są pewne, czy chcą angażować środki publiczne w takiej formule – mówił członek RN PARP. – Potrzeba odwagi, zwłaszcza politycznej, potrzeba determinacji, by takie projekty były kończone. Mamy sytuację, w której wiele projektów jest zaczynanych, ale kończone są nieliczne – podsumowywał.

Uczestniczący w dyskusji przedstawiciele samorządów podzielili się ze słuchaczami również własnymi doświadczeniami. – Samorządy realizują potrzeby społeczne, a te rosną. Nie da się zrealizować wszystkich, trzeba więc wybierać priorytety. Ale i te czasem trudno realizować ze środków własnych, bo tych bywa zbyt mało. Nie da się ich również sfinansować kredytami bankowymi – podkreślała Ewa Stawska-Bąk. – Samorządy są skazane na PPP – kwitowała.

Ale jeśli po jednej stronie istnieje ryzyko polityczne, czy problemy z późniejszym rozliczaniem inicjatyw, to i druga strona ma swoje obawy – m.in. przedsiębiorcy prywatni obawiają się kontraktów długookresowych. Uczestnicy debaty byli jednak zgodni, że są to bariery do przezwyciężenia. – Dotyczący PPP raport NIK to zapalenie zielonego światła dla całego procesu, rzeczywisty przełom – podkreśliła Aleksandra Jadach-Sepioło. – Nawet raporty cząstkowe to informacja, jak wzorcowo przeprowadzić inicjatywy z zakresu PPP – dodała. Jej zdaniem, dzisiejsze bariery mentalne wiążą się z poczuciem bezpieczeństwa – czy właściwie, jego brakiem. Tymczasem z raportu NIK wynika niezbicie, że błędy czy zaniechania stwierdzone przez inspektorów są takie same, jak w przypadku innych form realizacji zamówień publicznych. By ośmielić samorządy i pokazać im, jak w udany sposób realizować PPP, należałoby uruchomić szereg mniejszych pilotażowych projektów. Z kolei, według Ewy Stawskiej Bąk istotną rolę w tym procesie mają do odegrania media, które podchodzą do PPP z wielką ostrożnością, żeby nie powiedzieć – niechęcią. Ważna jest też filozofia, która powinna przyświecać lokalnym włodarzom. – Najlepiej by było, gdyby projekt choć częściowo się finansował. Im szybciej samorządy będą podchodzić do swoich inwestycji biznesowo, tym prędzej będzie się rozwijało PPP – twierdzi wiceprezydent Kędzierzyna-Koźla.

Co jeszcze ułatwiłoby samorządowcom zadanie? – Oczekiwalibyśmy większego nagłośnienia medialnego, szczególnie ważnego w procesie podejmowania decyzji w małych społecznościach, gdzie panuje duża nieufność wobec PPP – mówiła Stawska-Bąk. – Chcielibyśmy większej współpracy z Regionalnymi Izbami Obrachunkowymi, które obecnie prezentują dosyć zachowawcze stanowisko wobec partnerstwa. Byłoby dobrze wskazać z poziomu centralnego te projekty, które dobrze byłoby realizować w tej formule. Warto byłoby wskazać w Regionalnych Programach Operacyjnych stosowne środki –wymieniała. – Potrzebujemy jasnego prawa, oczekujemy też dodatkowych możliwości finansowania – uzupełniał Adam Krzysztoń.

Jednym z kroków w długim i trudnym procesie rozwijania partnerstwa publiczno-prywatnego będą, miejmy nadzieję, inicjatywy takie jak Konkurs 3P. Nagrodą w rywalizacji było nieodpłatne, profesjonalne wsparcie doradcze: prawne, ekonomiczne i techniczne w procesie przygotowywania, realizacji oraz zarządzania przedsięwzięciami PPP. To dobry krok, choć na długiej drodze.

wtorek, 24 wrzesień 2013 16:59

WALKA O FREKWENCJĘ

Napisane przez

Referendum samorządowe przestaje być świętem lokalnej demokracji. Zamiast pełnić rolę Forum Romanum, zmienia się w arenę politycznego starcia. Walka na na niej toczy się zaś nie o głosy mieszkańców, ale o to... ilu z nich pójdzie do urn w dniu głosowania.

Dzień 13 października 2013 r. będzie w historii Warszawy datą szczególną. Tego dnia warszawiacy wypowiedzą się w referendum, czy chcą, aby prezydentem miasta nadal była Hanna Gronkiewicz-Waltz (PO), czy też pokażą jej czerwoną kartkę. Jednak wszystko wskazuje na to, że niezależnie od jego wyniku, Gronkiewicz –Waltz nadal bedzie rządzić miastem. Jak to możliwe?

Gra na frekwencji

Hanna Gronkiewicz-Waltz jest nie tylko prezydentem stolicy, ale również wiceprzewodniczącą krajowych struktur Platformy Obywatelskiej. Dlatego referendum w sprawie jej odwołania ma wymiar ogólnokrajowy – a nie tylko ze wględu na to, że rządzi największym miastem w Polsce. Aby warszawskie referendum było ważne, musi w nim wziąć udział 3/5 wyborców, którzy głosowali w ostatnich wyborach samorządowych. W przypadku stolicy musi to być co najmniej 389 430 osób. To oznacza, że frekwencja musi wynieść minimum 29 proc. Osiągnięcie jej wydaje się bardzo prawdopobone, jako że do komisarza wyborczego trafiły listy z ponad 232 tysiącami podpisów osób domagających się odwołania pani prezydent.

Dlatego zwolennicy Hanny Gronkiewicz-Waltz zaczęli grać na obniżenie frekwencji. Niewielka liczba głosujących spowoduje, że referendum nie będzie ważne. Premier Donald Tusk i inni prominentni politycy PO, a nawet prezydent Bronisław Komorowski, zaczęli namawiać mieszkańców stolicy do pozostania 13 października w domu. Wiadomo bowiem, że do urn ruszą porzede wszystkim przeciwnicy prezydent Gronkiewicz-Waltz. Niemal pewne jest więc, że większość głosów padnie za jej odwołaniem. W tej sytuacji głosy w jej obronie de facto mogą prezydent pogrążyć – bo podwyższą frekwencję i paradoksalnie zwiększą szansę na przegraną.

Ile kosztuje referendum?

Innym sposobem zniechęcania warszawiaków do referendum było podkreślanie kosztów z nim związanych. – Szacujemy, że przy tej liczbie wyborców, osób uprawnionych do udziału w referendum w Warszawie, koszt kart do głosowania wyniósłby około 250 tysięcy złotych. Takie koszty poniesie budżet państwa. Inne środki będą pochodziły z budżetu samorządowego – mówił mediom szef Krajowego Biura Wyborczego, Kazimierz Czaplicki. Ale znaczna część wydatków związanych z przeprowadzeniem referendum lokalnego pokrywana jest z budżetów samorządów. Rada miasta będzie musiała pokryć wszelkie koszty związane z organizacją tego referendum, w tym również diet dla członków komisji.

Co prawda, „cena” samego referendum nie jest oszałamiająco wysoka, ale zdecydowanie większe byłyby koszty przyspieszonych wyborów samorządowych w stolicy – bo samo referendum w sprawie odwołania prezydent, bez wyborów nowego włodarza miasta, byłoby nie do końca sensowym rozwiązaniem. Kazimierz Czaplicki szacuje wydatek na 2-2,2 mln zł. Tyle bowiem kosztuje przeprowadzenie wyborów w mieście, w którym jest około miliona wyborców.

Tymczasem niedawno prezydent Hanna Gronkiewicz-Waltz informowała, w odpowiedzi na interpelację jednego z radnych, że referendum będzie kosztowało około 3 mln zł, a przedterminowe wybory – 4 mln zł. Zajmujący się wyborami na co dzień Kazimierz Czaplicki podaje kwotę dwa razy niższą... Niezależnie od jej wysokości, władze miasta podały, że potrzebną kwotę zapewnią, zabierając ją z tzw. rządowej subwencji drogowej, czyli z newralgicznego dla życia miasta budżetu. To bezzwrotna pomoc finansowa, udzielana samorządom przez państwo ze środków budżetowych, z przeznaczeniem na inwestycje związane z komunikacją.

Chaos czy sukcesy?

Zwolennicy odwołania prezydent Hanny Gronkiewicz-Waltz zarzucają jej brak kompleksowego rozwiązania problemu odszkodowań wypłacanych z tytułu dekretu Bieruta (na jego mocy na własność gminy m.st. Warszawy w 1945 r. przeszły wszelkie grunty w przedwojennych granicach miasta), nieskuteczne działania na rzecz zniesienia janosikowego (wpłata do budżetu państwa na podstawie ustawy o dochodach jednostek samorządu terytorialnego przez jednostki, których dochody z podatków przekraczają wskaźniki określone w ustawie), podwyżki cen biletów komunikacji miejskiej przy jednoczesnych cięciach w budżecie ZTM, wysokie opłaty za śmieci i chaos przy wdrażaniu ustawy śmieciowej, a także cięcia w edukacji.

Odpowiedzią prezydent miasta jest jej wzmożona aktywność publiczna i interaktywna mapa, na której zaznaczono wszystkie – czasem wręcz symboliczne – inwestycje miejskie dokonane pod jej rządami.

Niezależnie od wyniku – prezydent nadal rządzi

Deklaracje przedstawicieli najwyższych władz państwowych – o nie braniu udziału w referendum – i namawianie warszawiaków do brania z nich przykładu spotkały się z ostrą reakcją nie tylko opozycji, ale i zwykłych obywateli. Nic dziwnego, namawianie do niebrania udziału w referendum samorządowym w imię doraźnych korzyści politycznych, to psucie demokracji lokalnej.

Donald Tusk wyraźnie zapowiedział jednak, czego chce. Jeśli bowiem nawet warszawiacy nie chcieliby dłużej pani prezydent Gronkiewicz-Waltz na dotychczasowym stanowisku, to szef rządu zamierza i tak utrzymać ją przy władzy. Najprawdopodobniej mianowałby ją komisarycznym prezydentem miasta, do czego – jako premier – ma prawo. Plan spotkał się z takim oburzeniem opinii publicznej, że Tusk natychmiast złagodniał. –Pozwoliłem sobie na taką uwagę, chcąc pokazać absurdalność tego referendum. Jestem przekonany, że to referendum nie ma większego sensu, zwłaszcza na rok przed wyborami, kiedy to warszawiacy wybiorą Hannę Gronkiewicz-Waltz lub, jeśli mają jej dosyć, kogoś innego – tłumaczył.

Wszystkie te działania to de facto elementy kampanii referendalnej, która musi zostać zakończona do 11 października do godziny 24. Następnego dnia nastąpi przekazanie przewodniczącym obwodowych komisji spisu wyborców uprawnionych do udziału w referendum.

Co poza Warszawą?

Nie tylko w stolicy mieszkańcy domagają się odwołania władz. Nie wszędzie jednak skutecznie. 8 września mieszkańcy Gryfic w Zachodniopomorskiem mieli zdecydować o ewentualnym odwołaniu Andrzeja Szczygła, od czterech kadencji burmistrza miasta. Inicjatorzy referendum zarzucali burmistrzowi próby dezintegracji rady miejskiej, ponadto ich zdaniem w ciągu 2,5 roku ostatniej kadencji burmistrz Szczygieł miał przekroczyć kompetencje w zakresie gospodarki finansowej gminy, przede wszystkim akceptując wydatki niezabezpieczone w jej budżecie. Nie podobało się im również bezpłatne oddanie w zarząd gryfickiemu TBS lokali gminnych i korzystanie z doradztwa kancelarii prawnej, której usługi wyceniono na kwoty sporo przekraczające rynkowe stawki.

Referendum jednak okazało się nieważne. Do urn poszło bowiem zbyt mało uprawnionych wyborców. Aby było ważne, musiało wziąć w nim udział co najmniej 4539 osób – a więc 3/5 uczestniczących w wyborach burmistrza w 2010 r. Uprawnionych do głosowania było blisko 20 tysięcy osób. Tymczasem w referendum głosy oddały 1583 osoby. Za odwołaniem burmistrza opowiedziały się 1364 osoby, a przeciw zagłosowało 150 mieszkańców miasta. Frekwencja wyniosła 8,22 proc.

W nieodległym Rewalu mieszkańcy również chcieli odwołać wójta. Ich zdaniem Robert Skraburski łata budżet gminy wysoką ceną wywozu śmieci, podatkami i opłatami wodno-kanalizacyjnymi. Miał on ponadto doprowadzić do bardzo wysokiego zadłużenia gminy (wskaźnik zadłużenia wynosił w 2012 roku 83,5 proc.) i rozrostu administracji. Wyborcom nie podobało się również to, że zaciągnął kredyty na rewitalizację Nadmorskiej Kolei Wąskotorowej, która miała stać się atrakcją turystyczną.

Organizatorzy referendum w Rewalu zebrali co prawda odpowiednią ilość głosów, jednak ostatecznie nie zamierzają oddać petycji w ręce komisarza wyborczego. „Z uwagi na katastrofalną sytuację finansową Gminy (jak się okazało, dług na koniec roku 2012 wzrósł o 268% – przyp. red.), nie chcemy przyczyniać się do dalszego wzrostu zadłużenia – i dlatego odstępujemy od złożenia wniosku o przeprowadzenie referendum w naszej Gminie. Uważamy, że za obecny stan gminy odpowiadają wyłącznie obecny Wójt i Rada Gminy” – napisali w komunikacie.

niedziela, 25 sierpień 2013 17:10

SZEŚĆ KLUCZOWYCH BŁĘDÓW HANNY GRONKIEWICZ-WALTZ

Napisane przez

Jeszcze trzy lata temu Hannę Gronkiewicz-Waltz na fotelu prezydenta miasta dobrze oceniało 68 proc. warszawiaków. Dziś jest to już tylko 38 proc, a liczba negatywnych ocen wzrosła odpowiednio z 21 do 48 proc.

Spadek popularności długo był powolny i rozłożony w czasie. Dopiero pod koniec zeszłego roku wykresy popularności Barometru Warszawskiego tąpnęły na tyle, że opozycja zaczęła mówić o referendum. Oto sześć powodów spadku popularności prezydent Warszawy.

1. Podwyżka cen biletów

Z całej listy zarzutów, jaką opozycja formułuje pod adresem Hanny Gronkiewicz-Waltz, to właśnie rosnące ceny biletów najbardziej przemawiają do opinii publicznej i zjednują zwolenników idei referendum.

Podniesienie opłat zdominowana przez Platformę Obywatelską Rada Warszawy przyjęła już w 2011 r., ale podwyżki rozłożone były na trzy tury. Po raz pierwszy ceny wzrosły w sierpniu 2011 roku, ale masowe protesty przyniosła dopiero bardziej dotkliwa podwyżka z 1 stycznia 2013 roku (trzeci raz ceny wzrosną 1 stycznia 2014 r.). Podrożały wszystkie bilety – w tym okresowe, które warszawiacy muszą uwzględniać w domowych budżetach. I tak na przykład bilet kwartalny normalny zdrożał z 196 zł (jeszcze w 2011 r.) do 250 zł dziś – a od stycznia jeszcze podrożeje – do 280 zł.

Już ostatnią zimą zaczęły się protesty, a mniej znane lokalne inicjatywy, rozpoczęły zbieranie podpisów przeciwko podwyżce. Nie pomogły tłumaczenia, że Warszawa miała jedne z najtańszych biletów w Polsce – a jednocześnie najlepszą komunikację. Podwyżek nie było tu od lat, bo poprzednie władze bały się je wprowadzać. Mimo tego sukcesywnie wymieniany jest tabor (nowe tramwaje Swingi, nowe autobusy), miliardy miasto wydaje też na budowę metra. Przeciwnicy też mają swoje argumenty: Zarząd Transportu Miejskiego zmienia rozkłady jazdy, tnie wygodne połączenia, a w autobusach często latem wysiada klimatyzacja, a zimą ogrzewanie.

Powszechne niezadowolenie społeczne zwietrzyła i postanowiła zagospodarować Warszawska Wspólnota Samorządowa, której lideruje Piotr Guział, burmistrz Ursynowa.

„W związku ze szkodliwymi decyzjami ratusza i radnych PO, bulwersującymi warszawiaków i sięgającymi coraz głębiej do ich kieszeni, kierując się troską o stan miasta, nad którym – jak coraz bardziej widać – urzędnicy i radni tracą kontrolę, żądamy wycofania się ratusza z chybionej polityki niszczącej komfort życia w stolicy i drenującej kieszenie jej mieszkańców, dając coraz mniej w zamian” – pisał jeszcze w kwietniu Piotr Guział w liście otwartym do Hanny Gronkiewicz-Waltz. Wtedy jeszcze mało kto zwracał na to uwagę.

2. Ustawa śmieciowa

Fala niechęci do prezydent wezbrała, gdy po raz kolejny sięgnęła do kieszeni mieszkańców – a konkretnie, gdy poznali oni założenia reformy w systemie gospodarowania śmieciami. Same zmiany od 1 lipca dotyczą całego kraju i wymusiła je ogólnopolska ustawa, ale sposób ich wprowadzenia w Warszawie to już zadanie lokalnych urzędników.

Według pierwszych przyjętych stawek opłaty za wywóz śmieci miały wzrosnąć niemal wszystkim, a zaproponowane stawki były jednymi z najwyższych w Polsce. Najbardziej poszkodowani byliby mieszkańcy domów jednorodzinnych, gdzie stawka miała wzrosnąć nawet o kilkadziesiąt złotych. Trzyosobowa rodzina miałaby płacić  89 zł miesięcznie, samotna osoba – 44,5 zł.

Wyliczenia, na podstawie których ustalono stawki, zostały utajnione. Mimo powszechnego oburzenia, prezydent Warszawy i politycy Platformy szli w zaparte – twierdząc, że to najniższe z możliwych opłat w sytuacji, gdy system ma działać sprawnie. Zdanie zmienili dopiero w czerwcu – i okazało się, że jednak można obniżyć opłaty! Według nowych stawek, osoba samotna, mieszkająca w domku płaci 30 zł, trzyosobowa rodzina – 60 zł. Obniżono też stawki w budownictwie wielorodzinnym.

To jednak nie rozwiązało kryzysu śmieciowego, bo pojawił się nowy problem. Firmy zajmujące się wywozem śmieci podważyły warunki przetargu, faworyzujące miejską spółkę MPO. Protest uznała Krajowa Izba Odwoławcza i nakazała zmianę warunków. W rezultacie Warszawa nie była gotowa do wprowadzenia nowej ustawy zgodnie z planem, 1 lipca. Stolica tego dnia nie zamieniła się w zasypany tonami śmieci drugi Neapol tylko dlatego, że wprowadzono rozwiązania przejściowe. Niesmak jednak pozostał. Nie pomogło nawet, że przez całe zamieszanie stanowisko stracił odpowiedzialny za gospodarkę odpadami wiceprezydent Jarosław Kochaniak.

3. Awaria na budowie metra i zamknięcie tunelu Wisłostrady

Awarie się zdarzają, w tej nikt nie zginął, ani nie został ranny. Ale wodna soczewka podmyła nie tylko tunel Wisłostrady, ale też zaufanie do prezydent miasta. Ziemia tąpnęła w sierpniu 2012 r., podczas drążenia łącznika między dwoma częściami przyszłej stacji metra na Powiślu. Do wykopu wlały się masy błota z nienaniesionego wcześniej na mapy zbiornika. Robotnicy uciekli, przysypało tylko sprzęt. Gorzej, że do awarii doszło akurat pod dnem tunelu Wisłostrady, czyli niezwykle ważnego połączenia komunikacyjnego między północną a południową częścią miasta. Jezdnie trzeba było zamknąć, miasto stanęło w gigantycznym korku, a badania geologiczne wykazały, że utknie w nim na długie miesiące.

Choć do dziś nie wiadomo, kto zawinił (wykonawca twierdzi, że nikt – to po prostu wypadek), fala krytyki wylała się na władze miasta. W internecie posypały się żarty, łączące zalanie wykopu ze słynnym zatopieniem Stadionu Narodowego podczas meczu reprezentacji Polski z Anglią. Choć tamta wpadka nie była przez nią zawiniona (stadionem administruje spółka rządowa), to wodne żarty przylgnęły do prezydent miasta. Ze wzmożoną siłą wróciły jeszcze w czerwcu tego roku, gdy podczas burzy deszcz zatopił Trasę AK, co pokazały media w całym kraju.

4. Plac Defilad wciąż pusty, roszczenia

To zarzut, który nie pojawił się nagle, ale wypłynął z większą siłą na ogólnej fali krytyki.

Z zagospodarowaniem ścisłego centrum stolicy, czyli okolic Pałacu Kultury, zmaga się każda władza od początku zmian ustrojowych. Gronkiewicz-Waltz zaczęła odważnie: usunęła kupców ze szpetnego blaszaka, czym rozbudziła jeszcze nadzieje warszawiaków. Jednak czym dalej, tym więcej ujawniało się przeszkód. Zerwano umowę  z Christianem Kerezem, zwycięzcą konkursu na projekt Muzeum Sztuki Nowoczesnej, a miasto będzie dochodziło swoich racji w sądzie. Nawet jeśli wygra, to warszawiacy wciąż na co dzień widzą pusty wygon pod Pałacem Kultury.

W dodatku okazało się, że plac Defilad jest naszpikowany roszczeniami byłych właścicieli. To z resztą problem, który też miała rozwiązać Hanna Gronkiewicz-Waltz. Wiele osób miało nadzieję, że skoro miastem rządzi wiceprzewodnicząca partii rządzącej, to wreszcie uda się przygotować i uchwalić ustawę reprywatyzacyjną. Nic takiego się nie stało, a handlarze roszczeniami upominają się już nawet o szkolne boiska w Śródmieściu.

5. Za dużo inwestycji czy ich brak?

To zarzut najbardziej kontrowersyjny, bo jeszcze nigdy po ‘89 roku w Warszawie nie budowano aż tak wiele. Ekipa Gronkiewicz-Waltz dokończyła pierwszą linię metra i – mimo wpadek – w miarę sprawnie buduje centralny odcinek drugiej linii. Powstał Most Północny, remontowane jest mnóstwo dróg, rozbudowano oczyszczalnię Czajka.

Opozycja zarzuca jednak ratuszowi, że w dwóch kampaniach wyborczych prezydent obiecywała jeszcze więcej. – Waltz nie wywiązała się z obietnic wyborczych, zarówno tych składanych w 2006 r., jak i tych z 2010 r. Jako prezydent Warszawy sprawnie wydaje pieniądze, ale nie można powiedzieć, że podczas jej kadencji warszawiacy zyskali. Nie rządzi lecz tylko zarządza miastem i nie można powiedzieć, że robi to, co im obiecała w sposób dobry, skoro nic nie następuje na czas. Nie zrealizowała z sukcesem żadnych swoich własnych projektów – oceniał niedawno w portalu Warszawskiej Wspólnoty Samorządowej Czesław Bielecki, kandydat PiS na fotel prezydenta miasta w ostatnich wyborach w stolicy.

Prawdą jest, że sporo z wielu obiecanych inwestycji nic nie wyszło, a inne się spóźniają. Sformułowanie „inwestycyjna rzeź Pragi” niemalże weszło już do języka potocznego – bo w obliczu kryzysu jednym ruchem zrezygnowano z kilku strategicznych inwestycji w najbardziej zaniedbanych dzielnicach stolicy. Opozycja najczęściej wykrzykuje jednak hasło „Szpital Południowy”. Placówka od lat planowana jest na Ursynowie, ale z powodu kłopotów z lokalizacją cała południowa część Warszawy wciąż nie ma własnego szpitala. A pamiętać trzeba, że to właśnie tu rządzi główny pomysłodawca odwołania pani prezydent – Piotr Guział.

6. Kiepski PR

Burmistrz Ursynowa zarzuca ekipie Gronkiewicz-Waltz, że zamiast rządzić zajmuje się PR-em, tymczasem zdaniem ekspertów, to do niedawna była najsłabsza strona prezydent Warszawy. Jakby uśpiona wyborczymi sukcesami, na długie tygodnie przestawała dawać o sobie znać. Po awarii w tunelu Wisłostrady kierowcy długo musieli czekać na informację, co się właściwe stało. Podobnie było z ustawą śmieciową, gdy do końca nie było wiadomo, jakie stawki będą w Warszawie. Czasami ta pewność siebie przeradzała się wręcz w arogancję, gdy Rada Warszawy nie uznała konsultacji społecznych w sprawie nazwy mostu Północnego i wbrew radzie dzielnicy Białołęka oraz mieszkańcom nadała mu imię Marii Skłodowskiej-Curie.

Na brak dialogu głośno narzekały też różnego rodzaju organizacje NGO, których hasło – „Miasto to nie firma” – trafnie oddaje sposób rządzenia Warszawą przez ekipę Gronkiewicz-Waltz.

Akurat w tym punkcie prezydent mogła się poprawić. I właśnie jesteśmy tego świadkami: od początku lata trwa medialna ofensywa. Wyrazistym symbolem zmiany jest konto prezydent na Twitterze, które – nieużywane od dnia ogłoszenia wyniku wyborów – teraz ożyło. Bardzo aktywny stał się też profil Hanny Gronkiewicz-Waltz na Facebooku. Ona sama niemal codziennie pojawia się w mediach, odwiedza warszawiaków w domach, wizytuje szkoły, spółdzielnie, budowy – słowem pokazuje się wszędzie tam, gdzie mogą ją dostrzec mieszkańcy. Złośliwi mówią o „efekcie referendum”, ale sama prezydent przyznaje, że kontakt z mieszkańcami nie był jej mocna stroną. – Ta komunikacja rzeczywiście powinna być częstsza. Staram się wykonywać wszystko jak najbardziej rzetelnie, logicznie, racjonalnie. Myślę, że moją słabością jest to, że ja nie zawsze do końca tłumaczę, dlaczego jest tak, a nie inaczej – mówiła niedawno Gronkiewicz-Waltz w rozmowie z TVN24.

Na ile uda jej się nadrobić stracony czas, przekonamy się pewnie na jesieni lub w zimie. To najbardziej prawdopodobny moment przeprowadzenia referendum.

niedziela, 25 sierpień 2013 16:59

POLITYKA BEZPIECZEŃSTWA INFORMACJI W URZĘDZIE

Napisane przez

Na łamach poprzedniego wydania naszego pisma pisaliśmy o zagadnieniu bezpieczeństwa informacji i usług elektronicznych urzędu. Wspomnieliśmy również o tym, że ustalenia dotyczące bezpieczeństwa są umieszczane w specjalnym dokumencie, w którym zapisujemy tzw. „politykę bezpieczeństwa”. Zobaczmy zatem, co jest istotne wtedy, kiedy opracowujemy taki dokument.

Atrybuty bezpieczeństwa

Jak już pisaliśmy w poprzednim miesiącu, bezpieczeństwo systemów instytucji oznacza niczym niezakłócone ich funkcjonowanie podczas realizacji zadań wyznaczonych dla tych systemów. Dotyczy to również systemów informatycznych. W tym przypadku należy zapewnić niczym niezakłócone przetwarzanie danych przechowywanych na nośnikach informatycznych. Bezpieczeństwo informacyjne urzędu oznacza sumę bezpiecznego funkcjonowania systemów informatycznych oraz bezpiecznego przetwarzania informacji poza tymi systemami, składowanymi na przykład na papierze. Dlatego też problematyka bezpieczeństwa jest zagadnieniem całościowym i nie może być utożsamiana wyłącznie z komórką informatyczną w urzędzie.

Bezpieczeństwo teleinformatyczne jest związane ze spełnianiem pewnych jego własności, zwanych atrybutami bezpieczeństwa. Są to:

  1. Integralność,
  2. Poufność,
  3. Dostępność,
  4. Autentyczność,
  5. Rozliczalność,
  6. Niezawodność.

Spełnianie przez urząd tych własności nazywane jest aspektem bezpieczeństwa.

Poufność(confidentiality) oznacza, że informacja nie jest udostępniana lub ujawniana nieautoryzowanym osobom, podmiotom lub procesom.

Autentyczność (authenticity) oznacza, że tożsamość podmiotu lub zasobu jest taka, jak deklarowana. Dotyczy to użytkowników, procesów, systemów, instytucji.

Dostępność (availability) oznacza, że ktoś lub coś, co ma do tego prawo, jest dostępne i możliwe do wykorzystania na żądanie w założonym czasie.

Integralność danych (data integrity) oznacza, że dane w systemie nie zostały zmienione lub zniszczone w sposób nieautoryzowany.

Integralność systemu (system integrity) oznacza, że system realizuje swoją zamierzoną funkcję w nienaruszony sposób, wolny od nieautoryzowanej – celowej lub przypadkowej – manipulacji.

Integralność (integrity) oznacza integralność danych oraz integralność systemu.

Rozliczalność (accountability) oznacza, że działania podmiotu (np. użytkownika systemu) mogą być jednoznacznie przypisane tylko temu podmiotowi.

Niezawodność (reliability) oznacza spójne, zamierzone zachowanie i skutki działania systemu.

Pamiętajmy o tym, że bezpieczeństwo teleinformatyczne jest warunkiem koniecznym, ale nie wystarczającym dla bezpieczeństwa informacji i usług. Integralność odnosi się zarówno do informacji, usług, sprzętu i oprogramowania. Dla informacji najważniejsze są: integralność, autentyczność, poufność i dostępność. Dla usług: dostępność, integralność i rozliczalność.

Trójpoziomowy model odniesienia

W praktyce systemów bezpieczeństwa często odnosimy się do tzw. modelu trójpoziomowego (nasze rozważania opieramy na bardzo ciekawej książce Andrzeja Białasa pt. „Bezpieczeństwo informacji i usług w nowoczesnej instytucji i firmie”, WNT, 2006). Trójpoziomowy model odniesienia celów, strategii i polityki bezpieczeństwa informacji i usług w instytucji jest kluczowy dla kompleksowego ujęcia zagadnień bezpieczeństwa. Model ten jest istotny dla przedstawienia ogólnej koncepcji architektury bezpieczeństwa w instytucji. Wychodzi się w nim od potrzeb wynikających z zadań biznesowych lub społecznych, realizowanych przez instytucję, dochodząc do szczegółów jej teleinformatyki i zasad organizacyjnych. Wychodząc od takiego modelu można uporządkować w podejściu hierarchicznym kwestie prawne, organizacyjne, osobowe, technologiczne, fizyczne, socjologiczne, kulturowe, psychologiczne – wszystko to, co istotnie wpływa na poziom bezpieczeństwa informacji i usług w instytucji.

W trójpoziomowym modelu odniesienia bazuje się na trzech kluczowych pojęciach, w których pojęcie niższego poziomu wynika z poziomu wyższego:

Ø  Cel – identyfikuje, co ma być osiągnięte

Ø  Strategia – określa, w jaki sposób osiągać zamierzony cel (zamierzone cele)

Ø  Polityka – określa, co konkretnie ma być realizowane, aby osiągać założenia strategii, i jakie przy tym mają być przestrzegane zasady

Polityka bezpieczeństwa stanowi szczegółową podstawę działań instytucji w zakresie osiągania pożądanego poziomu bezpieczeństwa informacji i usług.

Poziom I – Bezpieczeństwo w instytucji:

  1. Sprecyzowanie podstawowych zasad bezpieczeństwa i wytycznych dla całej instytucji,
  2. Wyrażenie ich w postaci celów, strategii i polityk bezpieczeństwa dla całej instytucji,
  3. Bardzo istotne na pierwszym poziomie jest zapewnienie legalności zasad bezpieczeństwa – ich zgodności z prawem zewnętrznym w stosunku do instytucji i jej wewnętrznymi regulacjami,
  4. Zasady bezpieczeństwa na pierwszym poziomie dotyczą kluczowych zasobów instytucji, tj.:

•       Ciągłości działania instytucji, w tym jej procesów biznesowych,

•       Zdolności produkowania swoich wyrobów lub świadczenia usług,

•       Pozytywnego wizerunku instytucji.

  1. Identyfikowane są relacje zadań statutowych i reguł bezpieczeństwa instytucji.

Poziom II – Bezpieczeństwo teleinformatyczne instytucji:

  1. Polityka bezpieczeństwa jest rozumiana jako zbiór praw, zasad postępowania i praktyk, za pomocą których wrażliwe i krytyczne informacje w zasobach teleinformatycznych są dystrybuowane, zarządzane i chronione w instytucji i jej systemach teleinformatycznych,
  2. Mówiąc inaczej, są to zasady bezpiecznej eksploatacji aktywów teleinformatycznych instytucji,
  3. Dotyczą całości procesu wytwarzania, przetwarzania, przesyłania i przechowywania informacji,
  4. Bierze się również pod uwagę istotne dla bezpieczeństwa zagadnienia z otoczenia teleinformatyki instytucji (np. zakres istotnej informacji, jej postać, jej wpływ na teleinformatykę instytucji).

Poziom III – Bezpieczeństwo poszczególnych systemów teleinformatycznych instytucji:

  1. Działa tutaj zasada najsłabszego ogniwa – najsłabiej chroniony system będzie potencjalną furtką dla incydentów bezpieczeństwa,
  2. Polityka bezpieczeństwa na tym poziomie dotyczy zbioru reguł, zasad i najlepszych praktyk zastosowanych dla ochrony konkretnego systemu teleinformatycznego instytucji,
  3. Bierze się tutaj pod uwagę indywidualne właściwości chronionego systemu (technologie, architektura, własności urządzeń, świadomość użytkowników, reguły prawne),
  4. Zbiór polityk bezpieczeństwa dla poszczególnych systemów wynika ze strategii bezpieczeństwa teleinformatycznego instytucji z poziomu II.

Jak zatem ma się do tego polityka bezpieczeństwa instytucji?Kilka kluczowych spostrzeżeń na ten temat:

  1. Wynika ona z polityki działania instytucji i jej różnych aspektów w wymiarze biznesowym,
  2. Wymiar biznesowy polityki, to m.in. polityka marketingowa, finansowa, PR, informatyzacji, kadrowa itp.,
  3. Trójpoziomowy model odniesienia powinien być stosowany racjonalnie co oznacza, że  trzeba dobierać poziom szczegółowości, rozmiar, strukturę poszczególnych elementów rzeczywistego modelu systemu bezpieczeństwa do faktycznych potrzeb,
  4. Powyższe spostrzeżenie oznacza, że najczęściej dla małej instytucji dokumentacja polityki bezpieczeństwa jest mniejsza, a dla dużej instytucji – jest ona bardziej obszerna.

Hierarchiczna struktura zarządzania bezpieczeństwem

Wynika ona z trójpoziomowego modelu odniesienia i hierarchii dokumentacji bezpieczeństwa, co oznacza, że poszczególne elementy struktury zarządzania odnoszą się do poziomów I, II  i III. Zespoły odpowiedzialne za bezpieczeństwo są powoływane w relacji do koncepcji modelu bezpieczeństwa instytucji. Na tej bazie opracowywana jest całość struktury zarządczej systemu bezpieczeństwa. Kluczową rolę w nadaniu odpowiedniego impetu w tym względzie ma zarząd instytucji. Ważna jest więc rola wójtów, burmistrzów, starostów i prezydentów miast. Ważna jest również rola rad w poszczególnych urzędach. Istotne są: precyzyjny rozdział i określenie obowiązków poszczególnych elementów składowych struktury zarządzania bezpieczeństwem w instytucji.

Dla zarządzania bezpieczeństwem tworzy się tzw. „system bezpieczeństwa instytucji”, który stanowi ogół spójnych środków i skoordynowanych przedsięwzięć w celu zapewnienia jej niezakłóconego funkcjonowania. W jego ramach tworzy się tzw. „system bezpieczeństwa teleinformatycznego instytucji”, który jest ogółem spójnych środków i skoordynowanych przedsięwzięć, zastosowanych w celu zapewnienia właściwego poziomu atrybutów bezpieczeństwa w systemach teleinformatycznych instytucji traktowanych jako jedna całość. Dla poszczególnych systemów informatycznych tworzy się tzw. „systemy bezpieczeństwa autonomicznego systemu teleinformatycznego”, które są ogółem spójnych środków i skoordynowanych przedsięwzięć, zastosowanych w celu zapewnienia właściwego poziomu atrybutów bezpieczeństwa w danych systemie teleinformatycznym.

Zatrudnijmy specjalistów

Tworzenie polityki bezpieczeństwa jest zagadnieniem specjalistycznym i wymaga posiadania odpowiedniej wiedzy i doświadczenia w tym zakresie. Na rynku funkcjonuje wiele firm doradczych specjalizujących się w udzielaniu wsparcia w opracowywaniu polityk bezpieczeństwa i w przeprowadzaniu odpowiednich certyfikacji urzędów – w celu uzyskania przezeń odpowiednich poświadczeń uzyskania właściwej dojrzałości organizacyjnej. Dlatego też ważne jest, aby urząd, znając swoje potrzeby, potrafił skorzystać z pomocy takich specjalistycznych firm. Daje to większą gwarancję na skuteczne przeprowadzenie odpowiednich działań organizacyjnych w urzędzie. Pomoże to również skutecznie dostosować się do wymogów norm z rodziny ISO 27000, które zostały wskazane jako obowiązujące w rozporządzeniu wprowadzającym do urzędów administracji publicznej wymogi Krajowych Ram Interoperacyjności.

poniedziałek, 27 maj 2013 14:07

INTEROPERACYJNOŚĆ USŁUG ELEKTRONICZNYCH W URZĘDZIE

Napisane przez

Na łamach naszego pisma pisaliśmy już o konieczności dobrego zorganizowania procesów biznesowych w urzędzie – po to, aby osiągnąć odpowiednią jakość jego pracy. Wspominaliśmy również o kluczowych uwarunkowaniach prawnych wynikających z zapisów ustawy o informatyzacji. Kolejnym ważnym wątkiem, o którym pisaliśmy, była konieczność zapewnienia e-partycypacji społecznej i budowania dobrego wizerunku urzędu. Dzisiaj na wszystkie te wątki spojrzymy z jednej, wspólnej perspektywy interoperacyjności.

Interoperacyjność w prawie

Idąc tropem Europejskich Ram Interoperacyjności (EIF), oficjalnie ogłoszonych w 2010 roku, polskie prawodawstwo w zapisach ustawy o informatyzacji podaje następującą definicję pojęcia interoperacyjności:

Interoperacyjność, to zdolność różnych podmiotów oraz używanych przez nie systemów teleinformatycznych i rejestrów publicznych do współdziałania na rzecz osiągnięcia wzajemnie korzystnych i uzgodnionych celów, z uwzględnieniem współdzielenia informacji i wiedzy przez wspierane przez nie procesy biznesowe realizowane za pomocą wymiany danych za pośrednictwem wykorzystywanych przez te podmioty systemów teleinformatycznych.

Widać wyraźnie, że współdziałanie dotyczy podmiotów. Może to być współpraca pomiędzy urzędami i ich interesariuszami, współpraca urzędów pomiędzy sobą oraz urzędów z systemami rejestrów publicznych. Współdziałanie jest realizowane po to, aby  wszyscy uczestnicy tego współdziałania osiągnęli korzyści. Wszystko odbywa się z wykorzystaniem systemów informatycznych, wykorzystywanych przez uczestników współdziałania.

Pełny tekst artykułu w najnowszym wydaniu magazynu „Gmina”. Zapraszamy do lektury!

środa, 24 kwiecień 2013 21:02

Usługi publiczne z perspektywy Europy

Napisane przez

Czy codzienność urzędu samorządowego ma jakiś związek z biegiem życia Unii Europejskiej? Na pewno tak. Od czasu, kiedy w tejże Unii jesteśmy można rzec, że życie urzędu, to w pewnym sensie jeden z elementów codzienności Unii. Zastanówmy się zatem, jak nasi europejscy współobywatele patrzą na usługi publiczne i w jaki sposób realizują oni dostęp do tych usług drogą elektroniczną.

Kilka ważnych pojęć

Pojęcie usługi publicznej nie zostało jednoznacznie zdefiniowane w prawodawstwie unijnym i krajowym. Odczytując jednak intencję zapisów artykułów 16 i 86 Traktatu Wspólnoty Europejskiej w praktyce przyjmuje się, że:

•          usługa publiczna dotyczy wszystkich potrzeb obywateli, obsługiwanych bezpośrednio przez instytucje publiczne albo przez instytucje niepubliczne w imieniu instytucji publicznych,

•          usługa publiczna jest realizowana w trybie ciągłym, ma charakter powszechny, niedyskryminujący kogokolwiek i jest realizowana po najniższych możliwych kosztach.

Przyjmując możliwość wykorzystania drogi elektronicznej do realizacji usług publicznych, mamy do czynienia z potencjalnym polem ustanowienia tzw. „elektronicznej usługi publicznej”, czyli usługi publicznej świadczonej drogą elektroniczną. Zgodnie z definicją tego pojęcia z unijnej dyrektywy 77/388/EWG, zaimplementowanej w polskiej ustawie o świadczeniu usług drogą elektroniczną, „usługa elektroniczna” jest świadczona wyłącznie dzięki wykorzystaniu technologii teleinformatycznych za pośrednictwem sieci Internet lub innej sieci cyfrowej.

A zatem, jeżeli chcemy mówić o usługach administracji publicznej świadczonych jako usługi elektroniczne, to musimy zapewnić możliwość ich świadczenia wyłącznie drogą elektroniczną. Od razy widzimy, że nie jest możliwe ze względów formalnych uruchomienie całego zakresu usług publicznych jako usługi elektroniczne. Spójrzmy chociażby na czynności związane z wydaniem dowodu osobistego czy paszportu. Osoba, która chce otrzymać taki dokument, powinna pojawić się w urzędzie przynajmniej jeden raz, aby można było stwierdzić jej autentyczność, czyli że „ja to ja”. Nie należy zatem generalizować zagadnienia i z założenia nakazywać przeniesienie wszystkich usług do wyłącznej drogi elektronicznej. Ważne jest przeprowadzenie odpowiedniej klasyfikacji poszczególnych usług – procedur administracyjnych – po to, aby na tej podstawie ustalić, które z nich można zelektronizować całkowicie, a które tylko częściowo. Każda taka decyzja musi być poprzedzona dogłębną analizą i być zakończona wiarygodnym uzasadnieniem. Dopiero potem można rozpocząć proces elektronizacji usług publicznych obsługiwanych w urzędzie.

Trudne początki

Realne działania dotyczące informatyzacji i rozwoju społeczeństwa informacyjnego w Polsce sięgają początków obecnego stulecia. Pierwszą strategią były tzw. „Wrota Polski” z grudnia 2002 r. ustanowione przez ówczesny Komitet Badań Naukowych. Przyjęto wtedy, że misją programu skojarzonego z Wrotami jest zwiększenie o 10 procent rzeczywistej – a o 40 procent potencjalnej – efektywności administracji publicznej, związanej ze świadczeniem usług publicznych oraz z realizacją innych zadań publicznych. W tamtym czasie Polska była na przedostatnim miejscu na tle krajów UE jeżeli chodzi o poziom świadczenia usług elektronicznych administracji publicznej i – również na przedostatnim miejscu – jeżeli chodzi o procent populacji z dostępem do Internetu. Zostały również przeprowadzone badania oczekiwań związanych z usługami elektronicznymi. W ich wyniku ustalono, że dla osób fizycznych najważniejsze są usługi elektroniczne dotyczące:

1.       wydawania paszportu,

2.       wydawania dowodu osobistego,

3.       uzyskiwania rent i emerytur z ZUS,

4.       uzyskiwania zasiłków z ZUS i z opieki socjalnej,

5.       zgłoszeń na policję,

6.       umawiania się do lekarza,

7.       rozliczania podatków PIT,

8.       otrzymywania pozwolenia na budowę.

W wyniku badań potrzeb przedsiębiorców uznano, że najważniejsze dla nich usługi, to:

1.       możliwość sprawozdawania i rozliczania się z ZUS,

2.       rozliczanie podatków CIT i VAT,

3.       obsługa czynności celnych,

4.       obsługa zamówień publicznych.

Warto zauważyć, że podobny zakres usług publicznych został również zdefiniowany w priorytetach europejskich. Jest on wprawdzie nieco szerszy, ale nie zmienia to naszej wiedzy o ogólnych preferencjach. Do dzisiaj zarówno w Europie, jak i w Polsce, trwają prace nad sukcesywnym wdrażaniem kolejnych usług publicznych. Wdraża się ich coraz więcej. Możemy na przykład rozliczyć się z podatków przez Internet. Podobnie wygląda to w kontakcie z ZUS.

Pełniejsza lista oczekiwanych – i w wielu wypadkach już wdrożonych – elektronicznych usług administracji publicznej została przedstawiona w 2007 r. w ówczesnym Planie Informatyzacji Państwa, który obecnie ma być zastąpiony przez nowy Plan (MAiC jeszcze nad nim pracuje). Plan z 2007 r. jest ostatnim takim dokumentem rządowym w Polsce i od czerwca 2010 r. nie jest on już obowiązujący. Nowszego takiego dokumentu do tej pory nie ma. Dlatego też nawiązujemy w tym miejscu do tego właśnie planu. Wskazano w nim 24 usługi publiczne, które zaplanowano do przeniesienia na drogę elektroniczną. Wiele z nich zelektronizowano z powodzeniem, ale wiele innych – jeszcze nie. Ważne jednak, że prace zapoczątkowane w latach 2002-2007 są nadal realizowane, co daje perspektywy na przyszłość.

Przykłady z Europy

W Europie tradycyjnie prym wiodą kraje nordyckie, Holandia i Szwajcaria. W rankingach światowych są one najczęściej w pierwszej dziesiątce najbardziej zinformatyzowanych krajów świata. Wieloletnim liderem tych rankingów jest Dania. Kraj ten jest otwarty na  usługi elektroniczne w bardzo wielu obszarach. Polska natomiast wypada w tych rankingach bardzo blado. Jest powyżej 60. miejsca i wciąż spada. Według znawców tematu, główną tego przyczyną jest zbyt słaba aktywność instytucji państwowych w zakresie uaktywnienia sektora teleinformatycznego. Ogromnym problemem są przede wszystkich bariery prawne.

Jako jeden z przykładów rozważmy, bardzo trudne do wdrożenia, usługi e-zdrowotne. 

Dania jest krajem otwartym na różne narodowości. Są na przykład dostępne e-serwisy administracji publicznej w języku polskim. Wystarczy spojrzeć na stronę internetową http://www.livinskive.dk, na której możemy znaleźć informacje dla Polaków o tym, jak załatwić podstawowe sprawy dotyczące pobytu, pracy i edukacji w Danii. W sąsiednich Niemczech sprawa wygląda już zupełnie inaczej. W federalnej strukturze administracji trudno jest odnaleźć tak dobrze zintegrowane i spójne systemy administracyjne, jak to ma miejsce w Danii. W Niemczech opracowano dedykowany trójpoziomowy model architektury interoperacyjności, czyli współdziałania systemów administracji poziomów lokalnego, regionalnego i krajowego. Więcej o tym pomyśle, który jest dobrym wzorem dla Polski, napiszemy w jednym z kolejnych artykułów.

Unia Europejska w ramach wielu różnych programów finansuje ciekawe projekty e-administracji dla poziomu lokalnego i regionalnego. Są to programy przewidziane dla administracji samorządowej. Idąc tropem portalu dobrych praktyk dostępnego pod adresem http://www.epractice.eu i kilku innych, można przytoczyć kilka ciekawych przykładów.

Wiele interesujących projektów dotyczy rozwoju informatyzacji obszarów wiejskich. Można tutaj wspomnieć o paneuropejskim projekcie Collaboration@Rural ograniczającym bariery geograficzne dla rybaków, rolników i MSP startujących na wsi. Był on finansowany w ramach 6. Programu Ramowego UE i skupiał 33 partnerów z całej Europy. Spora grupa projektów dotyczy elektronicznych zamówień publicznych. Zrobiły to chociażby Dania, Szwecja, Szkocja, Anglia, Walia, Burgundia.  Mamy tutaj również polską platformę zrealizowaną przez Urząd Zamówień Publicznych. Ciekawe są również projekty wielofunkcyjnych kart elektronicznych używanych w dużych aglomeracjach i zintegrowanych regionach do parkowania, poruszania się komunikacją miejską, czy też zwiedzania muzeów. Takie projekty wdrożono na przykład w Szwecji i Anglii.

Duża grupa projektów została skierowana na ułatwienie rejestracji działalności gospodarczej przez Internet. Są one podobne do niedawno wdrożonego projektu rejestracji działalności gospodarczej w Polsce. Akurat tutaj nasze gminy miały dużo pracy z przeniesieniem lokalnych baz EDG do systemu centralnego, zrealizowanego przez ministra gospodarki.

Europejskie regiony turystyczne mocno inwestują w projekty udostępniające zintegrowaną informację turystyczną, informację o dostępnej bazie hotelowej, o ciekawych imprezach oraz o pogodzie. Systemy te bardzo często udostępniają dedykowane inteligentne karty elektroniczne do korzystania z lokalnej infrastruktury turystycznej. Każdy narciarz, który odwiedził Austrię, Szwajcarię, Francję, Czechy, Słowację czy Włochy na pewno spotkał się z systemem tzw. skipassów udostępniających infrastrukturę narciarską na danym terenie. Takie rozwiązania są od niedawna z powodzeniem wdrażane również w Polsce.

Jeszcze sporo pracy przed nami

Urzędy w Polsce od wielu lat pracują nad rozwojem usług elektronicznych. Jest to realizowane z różną intensywnością. Można wskazać wiele urzędów, które są w awangardzie, ale również sporo takich, przed którymi jeszcze dużo pracy. Dzisiaj mamy lepszą sytuację niż dziesięć lat temu, kiedy informatyzacja w Polsce raczkowała. Zmieniła się mentalność ludzi. Większość z nas spotkała się już z Internetem i komputerem. Znacznie zwiększył się zasięg Internetu w Polsce i istotnie spadły ceny komputerów, tabletów czy też telefonów komórkowych z dostępem do Internetu. Wielu z nas korzysta z telewizji cyfrowej. Można uznać, że nasza codzienność została skutecznie uzależniona od informatyki.

Dlatego warto nadal pracować nad zwiększeniem podaży e-usług przez nasze urzędy. Podniesie to komfort życia mieszkańców, ale również pomoże w efektywnej organizacji pracy urzędów. Dzięki temu uzyskamy właściwą dostępność urzędu, a także lepszy jego wizerunek. Dlatego warto budować nowoczesny e-urząd w naszej gminie, powiecie, mieście i województwie. Nie ma powodu, abyśmy nadal pozostawali w ogonie Europy i świata.

Naszych Czytelników prosimy o przysyłanie informacji o ciekawych wdrożeniach usług elektronicznych w Waszych wsiach, miasteczkach i miastach. Będziemy o tym pisać na łamach naszego pisma.

środa, 24 kwiecień 2013 20:44

PRZYJEMNOŚCI I KŁOPOTY: PREZENTY W ŻYCIU PUBLICZNYM

Napisane przez

Prezenty w kontaktach między ludźmi istnieją właściwie od zawsze. Ich wręczanie jest wyrazem pamięci, sympatii, szacunku, wdzięczności, wyrachowania czy innych powodów, jakimi kierujemy się w odniesieniu do określonych osób.

W życiu publicznym towarzyszą im pewne reguły i formy ostrożności, by nie rzec – przestrogi, których znajomość pomoże nam w tym, by prezent wzbudził radość i nie miał przykrych lub kłopotliwych podtekstów. Osoby obdarowywane to wszyscy ci, którzy wchodzą z ofiarodawcami w określone relacje oficjalnie lub – zajmując dowolne miejsce w strukturze instytucji, społeczności czy innej grupy – przeżywają ważne chwile w swoim życiu zawodowym (awans, wybór, nominacja, stopień naukowy, tytuł, odznaczenie itd.).

Sprawić radość, a nie kłopot

Prezent powinien sprawić radość. By tak się stało, musi trafić w gusta czy upodobania obdarowywanego, a co najmniej – nie być z nimi sprzeczny. Owe upodobania czy gusta łatwo poznać, wystarczy sięgnąć po CV danej osoby, na oficjalnej stronie, w części „hobby” lub dyskretnie, poprzez sekretariat, zdobyć potrzebne informacje. Nietrafiony prezent to rzecz przykra, warto zatem uczynić pewien wysiłek, by temu zapobiec, a najlepiej – by wręczyć to, co obdarowanemu sprawi najwięcej radości. Jeśli chcemy komuś wręczyć regionalny, nawet bardzo znany, trunek – to osobą obdarowaną nie może być totalny abstynent. Jeśli chcemy wręczyć kunsztownie wypreparowanego ptaka, to tą osobą nie  może być zdeklarowany obrońca zwierząt. Skrajnemu pacyfiście nie podarujemy modelu pistoletu skałkowego.

Nasze starania, by trafić z prezentem, muszą dotyczyć także znajomości uwarunkowań wynikających z różnic międzykulturowych. Duże ryzyko wiąże się z wręczaniem pięknego, charakterystycznego dla kraju czy regionu wyrobu ze skóry Hindusowi, wiemy że najlepsze wyroby są ze skóry cielęcej. Zegary nie są wskazane dla przedstawicieli krajów Dalekiego Wschodu. W Japonii – i generalnie Azji – nie dajemy prezentu składającego się z czterech części: tu liczba cztery, podobnie jak zegar, symbolizuje śmierć. Stąd jak najbardziej cztery kwiaty w wiązance pogrzebowej. W krajach arabskich srebro i kryształ symbolizują pecha.

Nie przesadzić z wartością

Prezent nie powinien być nazbyt kosztowny. Pomijam sytuację, gdy z tego powodu można wprawić obdarowanego w zakłopotanie wynikające z konieczności rewanżu. Taki prezent może wywrzeć złe wrażenie i być potraktowany jako próba pozyskania przychylności osoby obdarowywanej – i tym samym spowodować efekt odwrotny od zamierzonego.

Trzeba również  pamiętać, iż wartość prezentu dla wielu osób może rodzić określone skutki prawne. Ustawa z dnia 31 sierpnia 1997 r. o ograniczeniu prowadzenia działalności gospodarczej przez osoby pełniące funkcje publiczne[i]) wymienia szereg stanowisk państwowych i samorządowych, które dla piastujących je osób określają obowiązek zgłaszania m.in. prezentów o określonej wartości do rejestru korzyści (art.1 i 2 ustawy). Dziś prawo stanowi, iż taki obowiązek niesie za sobą prezent lub inne nieodpłatne świadczenie o wartości powyżej 380 zł. Strony internetowe niektórych polityków ilustrują tę kwestię, strony samorządowców wyglądają dużo skromniej. Godzi się tu wspomnieć, iż w relacjach krajowych prezent ten podlega również wpisaniu (jako wartość) do rocznego zeznania PIT, czyli jego wartość podlega opodatkowaniu.

Okazja do promocji

Wręczanie prezentów jest znakomitą okazją do promocji naszych gmin, powiatów i województw. Warto pomyśleć zatem, jakie  walory niesie nasz prezent. Dziś nie brak przykładów z całego świata, jak mądrzy włodarze różnych jednostek samorządu terytorialnego potrafią pod postacią prezentów znakomicie realizować strategię promocyjną. Jeden ze sposobów to kosz produktów regionalnych. W wielu europejskich regionach umieszcza się w nim lokalne, dobre i cenione produkty np. ser, szynkę dojrzewającą na powietrzu, likiery, nalewki, regionalne piwa w tradycyjnych butelkach itd. Nie słyszałem, by obdarowany takim prezentem był zdegustowany – wręcz przeciwnie, widziałem zadowolenie.

Póki co, polska oferta pomysłów w takiej formie jest jeszcze dość skromna, ale poprawia się z roku na rok. Lokalne walory mogą przybrać także inne formy. W Słupsku wręczają gościom (paniom) piękne , jedwabne apaszki z ciekawymi motywami obrazów Witkacego (z powodu bogatego zbioru Witkacjanów). Informacja, że to miasto Słupsk właśnie tak się promuje, jest ukryta w formie bardzo dyskretnej metki. Jeden z regionów w Holandii promuje się między innymi przy pomocy drewnianych chodaków wydrążonych z całych kawałków drewna. Tu i ówdzie wręczają piękne stroje ludowe charakterystyczne dla regionu od dawna.

Spotkać można także „gadżetowe wariacje” z motywem herbu miasta, czy wyroby użytkowe z występującego w regionie tworzywa – np. bursztynu. Spinki do koszul czy wisiory z bursztynu z dyskretnym herbem (logo) i nazwą miasta na odwrocie zawsze budzą podziw. Pamiętać jednak należy, że taki prezent musi budzić jednoznacznie pozytywne skojarzenia. Warto też sięgnąć po motywy z ciekawej historii np. czarownice, znane postacie, wydarzenia, legendy itd. Władze gmin przy tej okazji powinny poczynić starania, by lokalni sprzedawcy pamiątek też mieli to na uwadze i nie sprzedawali muszelek w górach czy ciupag nad morzem.

Krajowy i lokalny koloryt prezentów maja szczególne znaczenie dla gości z zagranicy. Tym ostatnim w żadnym wypadku nie należy wręczać nawet bardzo eleganckich prezentów z kraju ich pochodzenia np. Francuzowi powstającego w Nantes pióra marki Waterman, Anglikowi – marki Parker, bądź Szwajcarowi, doskonałego skądinąd, scyzoryka firmy Victorinox.

Nie wypada wręczać

Tylko gwoli przypomnienia: nie wolno wręczać prezentów w formie przedmiotów osobistego użytku – czyli bielizny, kosmetyków, odzieży czy obuwia. Prezenty takie są jak najbardziej stosowne w życiu prywatnym pomiędzy osobami blisko spokrewnionymi lub o dużym stopniu zażyłości.

Są także przypadki w życiu publicznym, gdy taki prezent  ucieszy obdarowanego. Będzie tak, gdy otrzymamy np. oryginalne kierpce czy parzenice w Zakopanem, porządny kowbojski kapelusz w Teksasie,  ponczo w Meksyku, galabiję w Maroku, rybacką kurtkę z kapturem w nadmorskiej gminie itd.

Co robić z prezentami

Ekspozycja podarunków otrzymanych przez przedstawicieli JST jest znakomitą okazją do tego, by pokazać naszą gminę w kontekście jej kontaktów z różnymi podmiotami z zewnątrz. Nasi goście i partnerzy oraz ich prestiż świadczą o nas. Warto tam, gdzie tego nie uczyniono, przygotować miejsce, gdzie będą wyeksponowane prezenty otrzymane przez przedstawicieli naszego samorządu od gości i partnerów. Rzecz jasna, chodzi o te, które mogą być eksponowane z racji ich trwałego charakteru i walorów. Z pewnością nie powinny się tam znaleźć artykuły spożywcze i takie, które nie świadczą o roztropności i znajomości rzeczy ofiarodawcy w tej materii.

Każdy przedstawiciel JST przyjmujący gości, czy jadący w delegację i otrzymujący prezent, ma świadomość, iż otrzymał go jako reprezentant gminy, powiatu czy województwa. Oczywistą zatem jest zasada, że z pewnymi wyjątkami powinien przekazać go do zbioru prezentów, które są eksponowane. Prezenty winny być opatrzone informacjami dotyczącymi ofiarodawcy, daty, miejsca i okoliczności ich wręczenia. Na mieszkańcach robi to ogromne wrażenie.

To, czym i jak obdarowujemy naszych gości, oraz to, czym i jak oni nas obdarowują ma wpływ na nasze wzajemne relacje i naszą pozycję.



[i]  Dz. U. z dnia 11 września 1997 r.

Prezydencki projekt ustawy samorządowej ma trafić do Sejmu „w dość szybkim terminie” – zapowiadają urzędnicy z prezydenckiej kancelarii. Bronisław Komorowski chce zwiększenia udziału mieszkańców we władzy oraz stworzenia nowych form współdziałania samorządów. Problem w tym, że sami samorządowcy krytykują propozycje Pałacu Prezydenckiego i nazywają je „otwieraniem puszki Pandory”.

W założeniu nowa ustawa o współdziałaniu w samorządzie terytorialnym na rzecz rozwoju lokalnego i regionalnego ma przybliżyć małe ojczyzny ich mieszkańcom i zmobilizować samorządy do współpracy. Teoretycznie wszystko jest w porządku – Polacy deklarują, że chcieliby mieć większy wpływ na to co dzieje się w ich najbliższej okolicy. Już co trzeci nasz rodak interesuje się sprawami lokalnymi i domaga się większego udziału w lokalnej polityce. Czujemy się też niedoinformowani: z badania przeprowadzonego na zlecenie Ministerstwa Pracy i Polityki Społecznej wynika, że zaledwie 18 procent badanych czuje się dobrze informowanych o życiu swojego samorządu.

Projekt Pałacu Prezydenckiego ma więc utorować drogę dla rewolucji w polskiej polityce lokalnej. Dokument przewiduje np. inicjatywę uchwałodawczą dla mieszkańców – której zasady określałyby rady w statutach gmin lub powiatów. W ustawie założono również, że referenda byłyby ważne bez względu na liczbę uczestniczących w nich osób. Wyjątek stanowić miałoby referendum w sprawie odwołania organu jednostki samorządu wyłonionego w wyborach bezpośrednich – czyli wójtów, burmistrzów lub prezydentów miast. Dla ważności takiego referendum konieczna byłaby frekwencja nie mniejsza niż w czasie wyborów tego organu.

Zmieniłyby się też zasady, według których odbywają się konsultacje społeczne. Ich szczególną formą ma być wysłuchanie publiczne. Byłaby to specjalna sesja rady, podczas której każdy mieszkaniec mógłby zabrać głos. Wysłuchanie odbywałoby się choćby przed uchwaleniem budżetu. Na postawione przez mieszkańców w trakcie sesji pytania włodarze musieliby udzielić odpowiedzi. – Gmina działałaby dla dobra mieszkańców – tłumaczy filozofię stojącą u podstaw projektu prof. Jerzy Regulski, prezydencki doradca ds. samorządów. – Nie powinno się zniechęcać jej do działania. Poza tym musimy zwiększyć stabilność naszego systemu samorządowego – dodaje.

Furtka dla pieniaczy

Problem w tym, że potrzeby radykalnego zmieniania obowiązującego prawa nie widzą sami samorządowcy. Ich zdaniem, proponowane rozwiązania są w większości niepotrzebne, a niekiedy – nawet szkodliwe. – Im więcej wolności pozostawi się gminom, tym lepiej – podkreśla prezydent Kielc Wojciech Lubawski. – Więcej zmian nie potrzeba, oznaczałoby to tylko otwarcie puszki Pandory – kwituje. Jego zdaniem, wystarczy dookreślić zadania własne gmin. Doprecyzować, czym powinny się one zajmować na co dzień, czy walką z bezrobociem czy chociażby promocją sportu.

Bo też to, co najbardziej niepokoi samorządowców, to rozszerzenie uprawnień przeciętnych mieszkańców danej JST. Jak mówią lokalni politycy, to furtka dla wszystkich pseudospołeczników, pieniaczy i osób torpedujących proponowane przez władze rozwiązania. Zmiany to ukłon w stronę „niespełnionych polityków” – argumentował kilka tygodni temu w liście do Bronisława Komorowskiego szef Unii Metropolii Polskich, prezydent Gdańska Paweł Adamowicz. Jak podkreślił, efektem zaproponowanych rozwiązań może być wzrost nastrojów populistycznych.

To, co budzi największe emocje lokalnych włodarzy, to rozszerzenie instytucji konsultacji społecznych i wprowadzenie wysłuchań publicznych. – To jest chęć przypodobania się tej części społeczności, która ma dobry kontakt z mediami. Nie możemy podważać kompetencji rady gminy, ponieważ to ona jest przedstawicielem społeczeństwa – tłumaczy prezydent Lubawski. – Jestem przekonany, że w 90 proc. przypadków takie konsultacje są zupełnie niepotrzebne. W praktyce przychodzą na nie osoby, które się z czymś nie zgadzają – tłumaczy prezydent Lubawski.

Zgodnie z projektem, wprowadzony byłby także obowiązek podawania do publicznej informacji w Biuletynie Informacji Publicznej imiennych wykazów głosowań radnych. Takie imienne głosowania przeprowadzane są w Sejmie – teraz rejestrowane miałyby być również głosowania radnych.

Senat Izbą Samorządową?

Istotną zmianą, jaką przewiduje projekt nowej ustawy, jest również możliwość łączenia mandatu wójta, burmistrza czy prezydenta miasta z mandatem senatora. Zdaniem kancelarii prezydenta to pomysł, który ma służyć refleksji nad rolą i usytuowaniem Senatu. Tu na linii Pałac Prezydencki-samorządy panuje pełna zgoda. – Jestem zwolennikiem takiego rozwiązania. Uważam, że Izba wyższa powinna być Izbą Samorządową. W Senacie powinni zasiadać nie tylko samorządowcy reprezentujący władze terytorialne, ale nawet samorządowcy z poszczególnych branż. W tej chwili senatorowie popierają pomysły swoich partii – uważa Lubawski.

Dlaczego prezydent chce wprowadzać zmiany w funkcjonowaniu samorządów? – Mamy gminy, w których współpraca z obywatelami układa się świetnie. Ale są również przypadki zupełnie odwrotne. To trzeba zmieniać – dowodzi w rozmowie z Magazynem Samorządowym „Gmina” prof. Jerzy Regulski. – Nie chcemy narzucać gminom przeprowadzania konsultacji. W naszej propozycji jest zapis, że gmina ma określić formy, w jakich obywatel może uczestniczyć w podejmowaniu decyzji. Co prawda, obecnie gminy również mogą to robić, tylko problem w tym, że tak się nie zawsze dzieje – ocenia.

Żeby zachęcić samorządy do tej współpracy, prezydent Bronisław Komorowski ustanowił Nagrodę Obywatelską. Wyróżnienie to jest przyznawane w przypadku wybitnych, nowatorskich i efektywnych działań obywatelskich na rzecz dobra wspólnego, mogących stanowić wzór do naśladowania. – Pomysłowość przesłanych do nas projektów jest zdumiewająca – podkreśla prof. Regulski.

Kiedy dokładnie prezydencki projekt trafi do Sejmu – na razie nie wiadomo. Minister w Kancelarii Prezydenta, Olgierd Dziekoński w połowie marca zapowiedział, że nastąpi to tak szybko, jak kancelaria będzie w stanie odpowiedzieć na uwagi zgłoszone w procesie konsultacji i dokonać niezbędnych zmian. – Sądzę, że na odpowiedź na uwagi prawdopodobnie potrzeba nie więcej niż miesiąc – podkreślił.

sobota, 23 marzec 2013 20:44

PARTNERSTWO PEŁNE PROBLEMÓW

Napisane przez

Miejskie Centrum Handlowo-Komunikacyjne w Łomży jest prawdziwym utrapieniem władz miasta. Na początku tego roku już po raz trzeci urząd rozpoczął poszukiwania prywatnego partnera, który – zgodnie z szacunkami – miałby wnieść nakłady rzędu 45-80 mln zł i użytkować obiekt przez następne 30 lat. Niewiele lepiej ma się sprawa w Murowanej Goślinie, niedaleko Grunwaldu, tam rok zaczął się ponownym ogłoszeniem dotyczącym renowacji, modernizacji i zagospodarowania miejscowego pałacu. Prywatni partnerzy jednak się nie spieszą.

Na głównej stronie prowadzonego przez Ministerstwo Gospodarki serwisu poświęconego Partnerstwu Publiczno-Prywatnemu wielkimi cyframi wybita jest liczba projektów: 35 znajdujących się w różnych fazach realizacji oraz 67 w fazie pomysłu. Gdyby brać pod uwagę te liczby, możnaby pomyśleć, że formuła PPP jest w Polsce właściwie czymś nowym. Realia są jednak krańcowo odmienne – pierwsze inicjatywy mające taki charakter pojawiły się w naszym kraju już w latach 90., w 2005 r. koncepcja wspólnych działań partnerów publicznych i prywatnych przybrała postać ustawy. Cztery lata później ustawę zmieniono, biorąc pod uwagę doświadczenia z poprzedniego okresu.

Formuła, której brakuje atrakcyjności

Problemem nie jest wyłącznie niewielka liczba wspólnych projektów. Jest nim również brak zainteresowania – mniej więcej co piąty projekt spotyka się z zerowym odzewem partnerów prywatnych, co prowadzi do ponowienia publikacji ogłoszenia, co z kolei podbija statystyki. Do tego należałoby też dodać częste fiasko projektów – z danych Centrum Partnerstwa Publiczno-Prywatnego wynika, że tylko w latach 2009-2010 aż 56 ogłoszonych przetargów zostało „unieważnionych, przerwanych lub realizowanych w inne formule”.

Dyskusja na temat tego, czy błąd tkwi w formule i rozwiązaniach ustawowych, czy też w praktycznych działaniach samorządów. Odpowiedź nie jest jednoznaczna, a raczej odpowiedzi jest tyle, ilu ekspertów. – Zainteresowania wśród podmiotów publicznych nie brakuje, ale nie zawsze jest ono skierowane we właściwą stronę – twierdzi Maciej Dobieszewski, naczelnik wydziału w Departamencie Innowacji i Przemysłu Ministerstwa Gospodarki. Jego zdaniem nie zawsze wybór przedsięwzięć do realizacji w formule PPP jest właściwy, często dobór ten nie bierze też pod uwagę uwarunkowań rynkowych, związanych choćby z konkurencyjnością w danej branży czy perspektywami uzyskania zysków. – Małe projekty nie przyciągną dużych inwestorów, a najwyżej lokalne podmioty. Trudno więc oczekiwać konkurencji pomiędzy wykonawcami, a bez tego walory PPP nigdy nie zostaną w pełni wykorzystane – dodaje.

- Musimy być świadomi, że model PPP nie zawsze jest atrakcyjny dla podmiotów prywatnych. Zapewnia on umiarkowany i rozłożony na lata poziom zysku, a przy tym wymaga dużych nakładów. Do takich inwestycji potrzebny jest potencjał i stabilność, których brakuje na krajowym rynku – tłumaczy Dobieszewski. – Dla inwestycji obliczonych na dziesięciolecia jest wiele atrakcyjniejszych lokalizacji – dorzuca.

Podejrzenia o praktyki korupcyjne

Kolejny problem wiąże się z postawą przygotowujących projekty samorządów. – Dla władz lokalnych takie projekty często są kojarzone z ryzykiem natury politycznej – mówi były Prezes Urzędu Zamówień Publicznych, Tomasz Czajkowski. – Bardzo często spotykam się w rozmowach z samorządowcami z obawami, że zaoferowanie partnerom prywatnym ewidentnych korzyści płynących z danego projektu, zostanie im poczytane za praktykę nie do końca etyczną albo wręcz korupcyjną. A w potencjalnej konkurencji wyborczej ich rywale będą odwoływać się do danego projektu, używając go w walce wyborczej – podkreśla.

Zabezpieczeniem się na taką ewentualność jest nierównomierne rozłożenie ryzyka – a właściwie przerzucenie go na stronę partnera prywatnego. W przygotowywanych przez samorządy projektach często ryzyko jest niemal całkowicie przerzucone na stronę prywatną, a autorzy ogłoszeń poczytują sobie to wręcz za główny atut projektu. – „Ale mamy fajną umowę, wszystkie ryzyka przerzuciliśmy na stronę prywatną”, mówią urzędnicy – opowiada Irena Skubiszak-Kalinowska, radca prawny. – Tyle że w takich postępowaniach nie ma żadnych ofert – kwituje. Dodatkowy problem po stronie partnerów publicznych pojawia się w fazie realizacji projektu. Strona publiczna wydaje środki publiczne, a następnie kontroluje i nadzoruje ich wydawanie, a co za tym idzie – realizację inwestycji. Jednak kontrola ta czasami potrafi prowadzić do sparaliżowania prac. Na styku działań podejmowanych przez partnerów publicznych i prywatnych utrzymuje się więc cały czas spora doza nieufności.

Partnerstwo to nie wolny rynek

Mimo wszystko, zdaniem eksperta Polskiej Konfederacji Pracodawców Prywatnych Lewiatan, Grzegorza Langa, zainteresowanie biznesu przedsięwzięciami z obszaru PPP jest ogromne. – Ale trzeba też powiedzieć, że po pierwsze, partnerstwo to jednak nie jest to samo, co robienie interesów na wolnym rynku, choć jest bardzo silna tendencja ze strony partnerów prywatnych, żeby to upodobnić do działań rynkowych. Natomiast interesy publiczne też muszą być wzięte pod uwagę twierdzi Lang. – Obie strony muszą troszeczkę odejść od swoich pozycji. Prywatny biznes musi zaakceptować, że np. inwestycja w szkoły to nie to samo, co inwestycja np. w centrum handlowe. Natomiast podmioty publiczne muszą zaakceptować, że partnerstwo publiczno-prywatne to nie jest czarodziejska różdżka i nic nie zostanie nagle za darmo zrobione – podkreśla ekspert Lewiatana.

Grzegorz Lang posługuje się tu przykładem hali koncertowej w 200-tysięcznej miejscowości. – Na wybudowanie są środki unijne, ale samo utrzymanie jest piekielnie drogie. Dla partnera prywatnego jest to możliwe, ale jeżeli znajdzie rynek. Natomiast podmiot publiczny często chciałby mieć to za darmo i jeszcze halę użytkować. Niestety, jest to zderzenie interesów – podkreśla.

Kontrowersje towarzyszą też rozwiązaniom prawnym. – Od początku realizacji projektów w formule PPP najwięcej kontrowersji budzi brak jednoznacznych przepisów prawnych. Stale wprowadzane nowelizacje do ustawy o partnerstwie publiczno-prywatnym oraz nadal znikoma ilość podjętych prób realizacji projektów w formule PPP w Polsce – świadczą o tym, że największym problemem jest jednak słabość uregulowań prawnych – twierdzi prezydent Rybnika, Adam Fudali. Jednocześnie jednak pewna ogólność przepisów była wcześniej postrzegana jako atut obowiązującego prawa. – Z pewnym zdziwieniem zauważam, że przedsiębiorcy i samorządowcy teraz domagają się uszczegółowień. Ustawa o partnerstwie napisana została w oparciu o pięć bardzo ogólnych reguł. Te reguły naprawdę były przestrzegane. Wtedy było to bardzo pozytywnie oceniane – twierdzi Grzegorz Lang. Od tamtej pory trwa jednak uszczegóławianie rozwiązać, które – zdaniem eksperta – może rozwiązywać jedne problemy, ale też tworzyć kolejne.

Problem na lata?

Niestety, wydaje się, że dyskusja i poszukiwanie skutecznych rozwiązań dla projektów PPP będą jeszcze trwać dosyć długo. „W ubiegłym dziesięcioleciu przetarte zostały pierwsze ścieżki i zdobyte zostały pierwsze, często nienajlepsze doświadczenia” – piszą autorzy raportu o PPP przygotowanego przez Ministerstwo Rozwoju Regionalnego. „Relatywnie krótki okres trzech lat, od wejścia w życie ustaw o partnerstwie publiczno-prywatnym i o koncesji na roboty budowlane lub usługi w lutym 2009r., nie daje materiału do pogłębionej analizy” – dodają. W tej sytuacji najważniejsze pytanie brzmi: ile jeszcze czasu potrzebujemy na to, by skonstruować optymalne warunki dla działalności, w której partnerzy publiczni i prywatni będą mogli łączyć siły.

piątek, 22 luty 2013 15:14

Konsultacje społeczne

Napisane przez

Mądra władza lokalna przeprowadza konsultacje społeczne wtedy, kiedy pojawia się ważna społecznie potrzeba. Na Zachodzie Europy prowadzi się w ten sposób dialog ze społeczeństwem od lat. My dopiero się tego uczymy.

Demokracja to rządy ludu. Dojrzała jej forma polega na prowadzeniu ciągłego dialogu osób sprawujących władzę z mieszkańcami ich lokalnych społeczności w imię wspólnego dobra. Działanie to musi się wiązać z decentralizacją i przekazywaniem większych uprawnień regionom. Jedną z form umożliwiających ten publiczny dialog jest instytucja konsultacji społecznych.

W roku 2011 zaledwie 25 proc. Polaków poszukiwało informacji o konkretnych decyzjach lokalnych władz samorządowych. Wśród osób słabiej wykształconych i zagrożonych wykluczeniem wskaźnik ten był jeszcze niższy. Dlatego prowadzi się w Polsce liczne projekty, które zmierzają do wzmocnienia udziału mieszkańców w samorządach. Demokracji po prostu trzeba się uczyć. Czasem to proces trwający latami.

Na Zachodzie to konieczność

W Anglii, Niemczech, Francji i innych, bardziej doświadczonych w budowaniu demokratycznych gremiów państwach, przedstawiciele władzy, ale też inwestorzy czy urzędnicy wiedzą, że dzięki dzieleniu się władzą zyskuje się społeczne poparcie. Może się wydawać, że procedury utrudniają pracę i zabierają czas. Jednak właśnie dzięki pracom grup roboczych, prowadzonym w Monachium w ramach konsultacji dotyczących organizacji przestrzeni publicznej w tym mieście, doprowadzono do powstania wyjątkowej, rozpościerającej się na sporym obszarze pieszej strefy, a zdołano uniknąć wielu publicznych szkód. Miasto zmieniło swój wizerunek – stało się przestrzenią w dużej części niedostępną dla samochodów, natomiast otwartą i przyjaźniejszą dla mieszkańców. To oni konsultowali także w tym mieście rozbudowę lotniska czy współdecydowali o przeznaczeniu terenów poprzemysłowych.

Ta społeczna partycypacja jest możliwa m.in. dzięki Forum Monachijskiemu, ruchowi społecznemu, zrzeszającemu stowarzyszenia, przedstawicieli władzy, inwestorów, osoby prywatne, specjalistów. Mieszkańcy, zanim dojdzie do decyzji w sprawach ich dotyczących, np. w kwestii przeznaczenia terenów pod kolejne inwestycje, zwracają się do Forum, przedstawiając swoje zdanie w ten sprawie. A z Forum wszyscy w mieście się liczą. Niejeden raz jego członkowie pokazali jak są skuteczni.

Brytyjska aktywność

W Wielkiej Brytanii bardzo szeroko wykorzystuje się narzędzia elektroniczne. W 2000 r. poddano konsultacjom społecznym najpierw zasady samej polityki e-demokracji. Oprócz pobudzenia aktywności poprzez nowe, internetowe media, chciano bardziej otworzyć drogę do decydowania o ważnych sprawach publicznych osobom niepełnosprawnym, mniejszościom narodowym, młodzieży. Powstało wiele platform propagujących i upowszechniających informacje o zasadach wpływania na rzeczywistość i możliwościach wnioskowania do odpowiednich ciał uchwałodawczych i wykonawczych.

Na poziomie lokalnym jednym z najbardziej popularnych portali do dzisiaj jest www.communities.gov.uk, który – oprócz funkcji „włączających”, pełni rolę edukacyjną. Serwis stanowi też kopalnię wiedzy na temat funkcjonowania państwa, poszczególnych jego poziomów, informuje m.in. o sprawach rozgrywających się w lokalnych społecznościach oraz relacjonuje status i publikuje aktualnie podejmowane w danej sprawie decyzje. Zawiera akty prawne i kodeksy, przemówienia polityków i dane statystyczne, a także tematykę i wyniki prowadzonych w różnych miejscach w Wielkiej Brytanii konsultacji. Obywatel Zjednoczonego Królestwa ma pełny dostęp do informacji publicznej, także tej legislacyjnej. Z kolei władze lokalne, kiedy chcą uzyskać informację od mieszkańców, sięgają do internetowych „paneli obywatelskich”. Na ich stronach można wyrazić swoją opinię, oddać głos w jakiejś sprawie czy podyskutować. Przedstawiciele władzy wiedzą, że nie opłaca się tego nie robić. To praktyka brytyjskiego życia społecznego. Ostatnio nawet kluby piłkarskie pytają publicznie o zasadność przyszłego użycia na boiskach sztucznej nawierzchni – która obecnie jest zakazana.

W Chelmsford przygotowywano się do procesu konsultowania planów zagospodarowania przestrzennego, organizując najpierw działania informacyjne i zachęcające, które pokazywały mieszkańcom, że mają wpływ na życie ich okolicy. Prowadzono dyskusje eksperckie, w czasie których przedstawiano merytoryczne aspekty przedsięwzięcia. Uruchomiono portal internetowy. Ostatecznie, dzięki tym wielopłaszczyznowym działaniom, opracowano regionalne plany zagospodarowania przestrzennego, które stanowią podstawę dla wszystkich inwestycji w mieście do roku 2021.

Przykładem wzorowo zorganizowanych konsultacji były również londyńskie prace przygotowawcze do budowy linii tramwajowej West London Tram, planowanej na długości 20 km i biegnącej od dzielnicy Sheperd’s Bush w zachodnim Londynie do dzielnicy Uxbridge. Szczegółowo pytano mieszkańców ulic leżących przy planowanej inwestycji o ich niepokoje, sugestie dotyczące zmian projektowych, wielokrotnie organizowano akcje informacyjne i badania fokusowe. Dostosowano końcowy projekt do uwag obywateli, a potem przedstawiono im go w tej wersji do opinii. I znowu konsultowano. Czyniono to wieloetapowo i – co ważne – badania odbywały się na początku drogi, a później były wielokrotnie powtarzane. Mało tego, problem dotyczył w ogóle kwestii: czy linię tramwajową budować, czy też nie.

Ponadto znakomicie zaplanowano metody badawcze, by poznać przyczyny stosunku mieszkańców do projektu i starano się jak najszerzej ogarnąć całą, zainteresowaną przedsięwzięciem społeczność . Prowadziły ten niełatwy dialog profesjonalne firmy. Nie miało miejsca upraszczanie wyników, czy dopasowywanie ich do już podjętych decyzji. Osoby odpowiedzialne za wdrożenie tego projektu podjęły decyzję o jego rozpoczęciu dopiero w momencie, gdy zdobyły pełną wiedzę na temat potrzeb i lęków tych, którym ów projekt miał służyć. W ten sposób usprawniono miasto i nie stracono publicznych pieniędzy.

Francuskie dobre praktyki

Francuski „Przewodnik dobrych praktyk” określa sposoby komunikowania się z odbiorcami usług. Zwraca uwagę na konieczność wykorzystywania w tym procesie różnorodnych form: ankiet, wywiadów, zebrań, spotkań z przedstawicielami instytucji, konsultacji prowadzonych w wielu środowiskach, także za pośrednictwem systemu skarg. Podkreśla się w tymże kompendium nawet, iż cisza w kontaktach z beneficjentami może dowodzić – nie wydajności instytucji, ale nieumiejętnego prowadzenia dialogu z odbiorcami i wykluczania ich z procesu decyzyjnego. Przyjmowanie krytycznych uwag uważa się za ważny aspekt procesu demokratycznego. W podręczniku zwraca się także uwagę, że konieczne jest stworzenie przez urząd odpowiedniej atmosfery, by obywatel mógł otwarcie wyrazić swój problem.

Podobne zasady są promowane przez „Kodeks dobrych praktyk udziału obywateli w procesie decyzyjnym”, przyjęty przez Konferencję Międzynarodowych Organizacji Pozarządowych w 2009 r. Aby bowiem obywatele partycypowali w procesie rządzenia, muszą mieć zaufanie do władzy, wynikające z uczciwych z nią interakcji.

Prawa tego kodeksu zostały zastosowane w Strasburgu, w którym burmistrz miasta i jego urząd zobowiązali się, że żadne decyzje nie będą podejmowane bez udziału mieszkańców. Inicjatywa ta nosi nazwę: „Wy również”. Aby zrealizować to ważne społecznie zadanie, utworzone zostały przy Radzie Miejskiej opiniotwórcze gremia demokratyczne: Rady Dzielnicowe, Młodzieżowa, ds. Seniorów, Ożywienia Gospodarczego, Doradztwa dla Cudzoziemców. Usprawniono dostęp do informacji. W Radach Dzielnicowych zasiadają osoby wybrane losowo spośród ochotników.

Nie jest to jedyne francuskie miasto, którego władze przyzwyczajają mieszkańców do udziału w podejmowaniu decyzji, konsultują swoje projekty jeszcze przed procesem decyzyjnym, uzyskując w ten sposób od obywateli informacje zwrotne. Francuzi mają realny wpływ na rozstrzyganie ważnych lokalnych problemów, a włączanie się w życie swoich – zwłaszcza małych – miejscowości, staje się zupełnie naturalne.

I my decydujmy razem

W Polsce konsultacje społeczne przeprowadza się z mocy prawa w ściśle określonych sytuacjach. Są one określone w samorządowych ustawach ustrojowych. Kiedy gmina zatwierdza plan zagospodarowania przestrzennego, gdy ulegają zmianie jej granice, gdy tworzy się – bądź likwiduje – nową jednostkę pomocniczą, sołectwo, gdy miejscowość zyskuje status miasta, gdy zamierza się zmienić nazwę gminy lub przenieść władze do innej miejscowości – wtedy obowiązkowo, zgodnie z ustawą, zarządza się konsultacje społeczne.

Ale powinno się to czynić także we wszelkich sprawach ważnych dla społeczności lokalnej. Mogą nimi być np. kwestie związane z ochroną środowiska naturalnego, czy fundamentalne dla istnienia gminy – sprawy budżetowe, strategia rozwoju czy likwidacja konkretnej szkoły.

I coraz częściej się to czyni. W wielu ośrodkach trwają obecnie prace nad projektami dotyczącymi tego, jaką przyjąć procedurę, uchwalając konsultacje. Bo warto zasięgnąć opinii również o tym, co mieszkańcy chcą konsultować. Pod koniec marca 2012 r. m.in. szczecińscy radni przyjęli taką uchwałę. Wywołała ona jednak duże kontrowersje, bo nie została skonsultowana … z organizacjami pozarządowymi.

Żeby dodać, trzeba odjąć

- Partycypacji obywatelskiej trzeba się uczyć, żeby w ten sposób uczyć się także odpowiedzialności za jakieś wspólne dobro, zbiorowe pieniądze. Jeśli coś chce się do budżetu dodać, z innej pozycji trzeba jakąś sumę zdjąć. A pytać mieszkańców można o wszystko, zwłaszcza, kiedy rozpoczyna się inwestycję – mówi o swoich doświadczeniach samorządowych jeden z twórców podręcznika dotyczącego konsultacji społecznych, dr Zbigniew Zychowicz. – W Warszawie w czasie prac renowacyjnych konsultowano nowy wygląd Parku Skaryszewskiego. Pytano mieszkańców, gdzie mają stać ławki, jaki mają mieć wygląd i kolor, jakie powinny się w parku znaleźć lampy. W tym samym mieście trwały konsultacje dotyczące nawierzchni ulicy, która miała zostać zamknięta dla ruchu drogowego. Kobiety odpowiedziały, że nie chcą w nawierzchni szczelin, bo te niszczą obcasy szpilek, inni postulowali zjazdy dla wózków inwalidzkich i dziecięcych. Okazało się, że pozornie prosta kwestia pokazała nowe zagadnienia, które pewnie nie przyszłyby do głowy twórcom projektu – kontynuuje rozmówca.

Na Śląsku i w Małopolsce burmistrzowie i marszałkowie pytają mieszkańców o ich przemieszczanie się i wybór środków transportu miejskiego czy autobusowego, bo zmienia się przecież struktura miast. Niektóre rejony ulegają wyludnieniu, w innych miejscach powstają wielkie nowe osiedla i konieczne jest poprowadzenie tam – nieistniejących dotąd – linii. Marszałkowie województw zapraszają do konsultowania przygotowywanych strategii rozwoju. W Biskupicach planuje się wybudowanie lądowiska dla ultralekkich obiektów latających, typu: balony, motolotnie, wiatrakowce, i burmistrz, chcąc wydać dobrą decyzję, zasięgnął opinii mieszkańców. Konsultacje w tej sprawie ruszyły w lutym.

W sprawie budowy odcinka obwodnicy wewnętrznej Szczecina zorganizowano spotkania z mieszkańcami – w stałym miejscu, takim, do którego można było łatwo dojechać i gdzie była szansa na łatwe parkowanie. Spotkania odbywały się w budynku na parterze, by było łatwo do niego dojść. Pora – po pracy. Młodzież miała możliwość wypowiedzi on-line, przeprowadzano też sondę uliczną.

– Mieszkańcy nie zawsze są kompetentni w konsultowanych problemach, dlatego zaprasza się do opiniowania również organizacje fachowców, w tym wypadku m.in. Stowarzyszenie Tramwajarzy, PTTK, Związek Przewodników Miejskich, Polski Związek Inżynierów i Techników, Związek Architektów Polskich. Z drugiej jednak strony, gdyby architekt opery w Sydney konsultował swój projekt szeroko, nie wiadomo, co by z tego wyszło – śmieje się Zbigniew Zychowicz. – I dlatego ogólne założenia konsultuje się z mieszkańcami, a szczegółowe – z fachowcami – dodaje.

Jak się uczyć aktywności?

Przede wszystkim działania partycypacyjne muszą być wspierane przez prawo. Trwają prace legislacyjne w tym zakresie, pojawił się prezydencki projekt ustawy o wzmocnieniu udziału mieszkańców w samorządzie oraz współdziałaniu gmin, powiatów i województw, który m.in. nakłada na administrację publiczną większe obowiązki w zakresie informowania obywateli o swoich inicjatywach. W listopadzie, po uwagach i wnioskach, w nowej wersji pojawił się on na stronie prezydenta. Jak mówi minister Olgierd Dziekoński: – Najważniejsze dla obywateli jest, po pierwsze, bycie poinformowanym, po drugie – możliwość wnioskowania o konsultacje.

Walczą, wdrażając swoje projekty, organizacje pozarządowe oraz Ministerstwo Rozwoju Regionalnego. W ramach inicjatywy: „Decydujmy razem” aż 300 JST weźmie udział w szkoleniach, typu warsztaty czy wizyty studyjne i będzie wypracowywać narzędzia służące społecznemu dialogowi, a także uczyć się ich używać.

Jak natomiast zachęcić do aktywności przeciętnego obywatela? Na wsi jest łatwiej. Tu wszyscy doskonale wiedzą, jakie są aktualne potrzeby. W miastach – trudniej. Niemcy w Monachium szkolili konkretnych mieszkańców, podsuwali im wiedzę, zdarzało się, że finansowali nawet ich udział w warsztatach. Czasami losowano uczestników tych szkoleń z książki telefonicznej, występowano dla nich o urlop i zwracano koszty podróży. Przede wszystkim jednak we wszystkich opisywanych państwach uświadamiano ludziom, że naprawdę mają realny wpływ na ważne problemy swojej lokalnej społeczności, że opłaca się włączać w ich rozwiązywanie.

Konsultacje w Polsce – nowa jakość

Dzisiaj uczestniczą w konsultacjach zwykle instytucje, stowarzyszenia przedsiębiorców, NGO. Na siłę do decydowania nikogo zagonić się nie da. W ankiecie dotyczącej wewnętrznej obwodnicy miasta Szczecina wzięło udział jedynie 47 podmiotów, w tym 15 instytucji. Być może dlatego, żedo niedawna władza rzadko przejmowała się tym, co myślą ludzie. Stąd utrzymujący się w opowieściach typu „jedna pani – drugiej pani” tak powszechny zwrot: „oni to załatwili”, „oni są winni”. By zniknęła dychotomia podziału na „my” i „oni”, jeszcze trzeba poczekać. Ale, całe szczęście, widać już na horyzoncie jaskółki „nowego”.

Strona 2 z 3

Lock full review www.8betting.co.uk 888 Bookmaker

PARTNERZY