Ostrzeżenie

JUser::_load: Nie można załadować danych użytkownika o ID: 51.

poniedziałek, 12 styczeń 2015 17:14

NOWE ROZDANIE

Ledwo opadł kurz po kampanii wyborczej i zamieszaniu wokół PKW, a politycy już przystąpili do podsumowań, triumfalnych wystąpień i zapowiedzi strategicznych zmian w partiach. Nic jednak nie jest w stanie odwrócić uwagi od ewidentnego trendu: partie polityczne triumfowały wyłącznie tam, gdzie kandydaci byli anonimowymi propozycjami swoich ugrupowań – w sejmikach wojewódzkich. Tam, gdzie głosowano na konkretne nazwiska, Polacy postawili na niezależne komitety wyborcze. Trudno nam ukryć satysfakcję: to tendencja, o której pisaliśmy w poprzednich numerach Magazynu Samorządowego GMINA.

Gdyby spojrzeć na listopadowe wybory z perspektywy sejmików rządząca koalicja mogłaby mówić o gigantycznym sukcesie. Platforma Obywatelska i Polskie Stronnictwo Ludowe będzie rozdawać karty aż w piętnastu województwach: w dziesięciu urzędy marszałkowskie będą piastować politycy pierwszej z tych partii, w pozostałych pięciu – drugiej. Na Śląsku przyłączą się do rządzącego „zestawu” lokalni politycy SLD, na Opolszczyźnie Mniejszość Niemiecka. Prawo i Sprawiedliwość obroniło zaledwie jedno z województw: swój tradycyjny bastion – Podkarpacie.

- Uzgodniliśmy, że tam, gdzie jedna ze stron koalicyjnych ma największą liczbę radnych, tam otrzymuje stanowisko marszałka – cytuje Eugeniusza Grzeszczaka z PSL Portal Samorządowy. W ten sposób PSL zachowa władzę w sejmikach mazowieckim (gdzie na kolejną kadencję pozostanie Adam Struzik) i świętokrzyskim (tam stanowisko zachowa Adam Jarubas) oraz przejmie urzędy marszałkowskie w lubelskim, podlaskim i warmińsko-mazurskim.

Dotychczasowi marszałkowie z ramienia PO zachowują z kolei urzędy w zachodniopomorskim (Olgierd Geblewicz), pomorskim (Mieczysław Struk), wielkopolskim (Marek Woźniak), dolnośląskim (Cezary Przybylski), opolskim (Andrzej Buła), lubuskim (Elżbieta Polak), małopolskim (Marek Sowa), kujawsko-pomorskim (Piotr Całbecki) oraz łódzkim. W tym ostatnim przypadku obaj koalicji finiszowali „łeb w łeb”, dlatego w pierwszych dniach po wyborach nie było jeszcze jasne, kandydat której partii miałby przejąć stery władzy. Ostatecznie stanęło na tym, że stanowisko zachowa Witold Stępień. Podział władzy był jednak klarowny: gdzie jedna partia bierze urząd marszałkowski, druga desygnuje przewodniczącego sejmiku. Mechanizm zadziałał bez większych tarć.

Na tym poziomie zresztą kandydaci partyjni nie mieli sobie równych. Statystycznie na 555 radnych sejmików, jakich wybieraliśmy w ostatnich tygodniach w całej Polsce, ledwie dwadzieścia osób to politycy spoza grona członków wspomnianych czterech dominujących na ogólnopolskiej scenie politycznej ugrupowań. Już po wyborach dziennikarze „Dziennika Gazety Prawnej” wnioskowali, że to skutek 5-procentowego progu wyborczego, który obowiązuje w ordynacji obowiązującej przy wybieraniu radnych sejmików.

Sprowadzić działaczy na ziemię

Oczywistą niespodzianką była mocna pozycja PSL – które zebrało ostatecznie 23,68 proc. głosów. Można doszukiwać się przyczyn sukcesu – bo trzecie miejsce z takim wynikiem to zdecydowany sukces ludowców – w zmęczeniu dwiema największymi partiami na polskiej scenie politycznej i mizerią działań tej czwartej. Można podkreślać rozbudowany aparat terenowy: od ochotniczych straży pożarnych po koła gospodyń wiejskich i inne organizacje, który w ostatnich tygodniach przed wyborami został zmobilizowany i „rzucony na front”. Można też wskazywać na niedoszacowanie badań sondażowych, prowadzonych zwykle w dużych miastach, tak jakby tylko tam głosowano.

Być może w każdym z tych czynników tkwi „ziarnko prawdy”, choć mniej więcej 3-procentowe niedoszacowanie PSL tym razem okazało się znacznie większe. Faktem – i to bardziej znaczącym – jest jednak to, że Stronnictwu nie zaszkodziły ani wewnętrzne spory liderów, ani niefortunne wypowiedzi Marka Sawickiego o sadownikach, ani pozycja „przystawki” PO we władzach centralnych. Ba, teraz PSL będzie mogło znacznie wzmocnić swoją pozycję wobec koalicjanta, a także rządzić niemal co trzecim sejmikiem. Na dłuższą metę może to też oznaczać zaciśnięcie więzów między PO a PSL, w formule takiej, jaka od dekad łączy brytyjskich konserwatystów z liberałami czy niemiecką CDU z FDP (oczywiście, o ile tym mniejszym graczom udaje się uzyskać liczbę głosów pozwalającą na zawarcie skutecznej koalicji).

Zgodnie z zapowiedziami Janusza Piechocińskiego, PSL nie osiądzie na laurach. – Będę chciał sprowadzić naszych działaczy na ziemię – komentował na początku grudnia szef Stronnictwa. – W 2015 roku są wybory parlamentarne, w których kolejny raz będziemy startowali z bardzo trudnej pozycji, m.in. w wyniku pogarszającej się koniunktury zewnętrznej – dodawał. Ale do przeniesienia proporcji wyników wyborczych na szczebel centralny ludowcy musieliby przede wszystkim zdobyć się na stworzenie bardziej wyrazistego wizerunku i dookreślenie swojego stanowiska wobec wielu spraw, związanych choćby z polityką zagraniczną czy gospodarką, co do których do tej pory zachowywali milczenie lub kwitowali wymijającymi oświadczeniami. Wybory samorządowe okazały się być tą sferą, w której aparat terenowy i brak zaangażowania w najgorętsze spory „wojny polsko-polskiej” po prostu się opłaciły. W przyszłorocznych głosowaniach Stronnictwo zapewne nie powtórzy tego sukcesu.

Bezpartyjni kandydaci partii

- Pojawianie się komitetów ma cechy protestu przeciw zinstytucjonalizowanej, sformalizowanej polityce – komentował na naszych łamach trzy miesiące temu politolog Radosław Markowski. Dziś wiemy już, że to nie był protest – to była rewolucja. Na szczeblu bezpośrednich wyborów włodarzy gmin i miast elektorat urządził partiom politycznym prawdziwą jatkę. Z prowadzonych już po wyborach wyliczeń wynika, że aż 81,5 proc. zwycięzców w bezpośrednim głosowaniu pochodzi z komitetów bezpartyjnych. Oznacza to przechwycenie przez tego typu, na razie efemeryczne, byty 2017 gmin w całej Polsce. I na tym szczeblu wyraźnie zaznaczyła się dobra pozycja PSL, które zdołało utrzymać lub przechwycić władzę w 258 gminach. Potem długo, długo nic – aż mamy PiS z 124 gminami, PO (54 gminy) i SLD Lewica Razem (22 gminy).

Ba, weźmy pod uwagę fakt, że były takie regiony, w których niemal wszystkie wybieralne stanowiska powierzono politykom bezpartyjnym. W Lubuskiem było to 96,3 proc. stanowisk, na Dolnym Śląsku – 93,4 proc., na Pomorzu – 92,7 proc. Z kolei partie okazały się względnie mocne na Lubelszczyźnie, w Łódzkiem i na Mazowszu. I jeszcze jeden znaczący fakt – w większości polskich gmin nowe rozdanie kart zostało zamknięte już w pierwszej turze, co oznacza, że partyjni kandydaci nie cieszyli się nawet poparciem pozwalającym równorzędnie zawalczyć o stanowiska z tymi mniej lub bardziej niezależnymi.

Przy czym, jak już pisaliśmy na łamach Magazynu Samorządowego GMINA, „bezpartyjność” wielu kandydatów jest kwestią sporną. Na Lubelszczyźnie prezydenci zmienią się w dwóch miastach: Zamościu i Białej Podlaskiej. W pierwszym z tych miast przy urnach zwyciężyli zwolennicy lokalnego przedsiębiorcy i wydawcy prasy, Andrzeja Wnuka – nie będącego członkiem żadnej z partii, ale desygnowanego przez PiS. W Starachowicach wygrał z kolei 25-letni bezpartyjny działacz (zapowiada się na najmłodszego prezydenta w Polsce) Marek Materek. Z pozoru trudno byłoby przypisywać mu jakieś polityczne afiliacje, gdyby nie fakt, że wcześniej pracował on jako asystent regionalny europosłanki PO, Róży Thun. W Bielsku-Białej czwartą już kadencję zabezpieczył sobie prezydent Jacek Krywult – oczywiście, nie posiadający legitymacji partyjnej, za to jednoznacznie popierany przez PO i PSL.

Żółta kartka

Emocje jeszcze nie wygasły. – Są dowody na sfałszowanie wyborów – zapewniał tuż po głosowaniach Antoni Macierewicz. – Ja sam dokładnie analizowałem protokoły z wyborów do sejmiku katowickiego. One są antydatowane i różnią się 130 tysiącami głosów. Zostały sfałszowane z pewnością – kwitował. – Nie da się w nieskończoność bredzić, że nic się nie stało. Nikt nie uwierzy, że wyborcy zwymyślani od frajerów, zostali porażeni sztokholmskim syndromem ofiary i pokochali partię swojego oprawcy – sekundował mu jeden z publicystów portalu wpolityce.pl, jeszcze w połowie grudnia. – Są granice hucpy wyborczej i nie można dłużej ignorować faktu, że zostały nie tyle przekroczone, co stratowane. I to stratowane nie tylko przez pazerny PSL, lecz również przez państwo – dodawał.

Cóż, lokalni politycy PiS, którzy zdołali obronić swoje stanowiska, nie są już tak zdecydowani w swoich sądach. – Jeżeli są takie przypadki, to są sądy, jest prokuratura i one mają rozstrzygnąć czy faktycznie zaszły tam jakieś nieprawidłowości – kwitował w RDC Mariusz Orzechowski, wiceprzewodniczący rady miasta w Siedlcach. Przedstawiciele wymienionych organów udzielają z kolei jednoznacznych odpowiedzi. – Prokuratura Okręgowa w Warszawie nie prowadzi żadnego postępowania w kontekście ewentualnych fałszerstw wyborczych – cytowała telewizja TVN24 oświadczenie przedstawiciela tej instytucji.

Są jednak miejsca w Polsce, gdzie wciąż trwa atmosfera niepewności. Wczesną wiosną przyszłego roku, najpewniej 15 marca, głosowanie odbędzie się w Zielonej Górze. Tam, ze względu na połączenie samorządu miejskiego z gminą podmiejską kadencja władz została przedłużona o tych kilka miesięcy. Z kolei w gminie Sosnówka na Lubelszczyźnie czterokrotny już wójt Krzysztof Bruczuk wystartował, nie mając już nawet rywali – tyle że przy urnach poparło go 46 proc. wyborców, a więc o tych kilka procent za mało. Zupełnie inna sytuacja panowała w świętokrzyskim Moskorzewie: tam wywiązała się zacięta walka czterech rywali, z których do drugiej tury przeszli Zbigniew Krzystek (faworyt) i mający już na koncie trzy kadencje Jarosław Klimek. Tyle że Krzystek w ciągu tych dwóch tygodni między I a II turą zdecydował się objąć stanowisko wicestarosty powiatu włoszczowskiego. W obu miejscowościach wybór włodarza spada więc na radnych.

Zapewnianie, że w listopadzie i grudniu mieliśmy do czynienia z kolejnym sukcesem demokracji, przy wszystkich wpadkach, jakie miały miejsce, nie byłoby usprawiedliwione. Mimo wszystko jednak, nie mieliśmy do czynienia z kryzysem demokracji. Instytucje państwa i partie polityczne mogą mówić o „żółtej kartce”. Oby wzięły ją sobie do serca.

poniedziałek, 12 styczeń 2015 17:11

WYRAZIĆ SIEBIE OBRAZEM

Czym jest edukacja filmowa? Zgodnie z rozmaitymi definicjami można ją sprowadzić do trzech płaszczyzn: umożliwiania dzieciom i młodzieży kontaktu z dziełami filmowymi, zarówno w szkole, jak i w innych miejscach; wszechstronnego tłumaczenia sposobów i celów, dla jakich powstają filmy, metod, których używają twórcy, by poruszyć daną problematykę oraz wywołać określone emocje; a wreszcie – do zachęcania młodych widzów do eksperymentowania z filmem na własną rękę, tak by uczyli się wyrażać poprzez obrazy samych siebie.

26 płyt, 55 filmów – począwszy od dzieł klasyków i pionierów polskiego kina, jak Andrzej Wajda i jego „Popiół i diament”, po najlepsze filmy ostatnich lat, choćby „Zmruż oczy” Andrzeja Jakimowskiego. Projekt FILMOTEKA SZKOLNA miał ostry start. Jego organizatorzy nie poprzestali na dostarczeniu kadrze pedagogicznej i młodzieży samych filmów – zestawy były wzbogacone o opowieści twórców filmów, a także komentarze filmoznawcy, prof. Tadeusza Lubelskiego, oraz studentów PWSFTviT. W studenckich etiudach wystąpiła też czołówka współczesnych artystów i postaci życia publicznego: Andrzej Chyra, Karolina Gruszka, ksiądz Wojciech Drozdowicz, Tomasz Lis, muzycy z zespołu Lao Che, Muniek Staszczyk, kabaret Mumio oraz Wojciech Sasnal.

Dobór filmów w zestawie to dzieło grona znawców, których celem było stworzenie pomocy naukowej nie tylko dla nauczycieli języka polskiego – zgodnie z powszechnie stosowaną praktyką zastępowania lektur szkolnych ich ekranizacjami. Z pakietu FILMOTEKI SZKOLNEJ mogą korzystać również nauczyciele historii, wychowania obywatelskiego czy wiedzy o sztuce. Krytyczne podejście do pokazywanych dzieł pozwala uczulić młodych widzów zarówno na artystyczne wizje twórców, jak i te elementy historii, które ich zainspirowały i w mniej lub bardziej wiernej formie zostały oddane na ekranie. Całość ma pokazać nie tylko historię polskiego kina, ale też wpływ, jaki miało ono na naszą wiedzę o historii i świadomość tego, jak skomplikowane relacje łączą państwa i ich historię ze społeczeństwami i artystami.

Fabuły, dokumenty, animacje – organizatorzy projektu chcieli młodym widzom pokazać wszystko to, co filmowym jest elementarzem wykształconego Polaka. Formuła przypadła do gustu odbiorcom, zarówno tym młodym, jak i kadrze pedagogicznej, która już w 2009 roku uhonorowała FILMOTEKĘ nagrodą Inicjatywa Edukacyjna Roku (przyznawaną przez MEN oraz redakcję magazynu „Głos Nauczycielski”), a także Platynowymi Koziołkami (na Międzynarodowym Festiwalu Filmów Młodego Widza „Ale Kino!” w Poznaniu).

Nic więc dziwnego, że Polski Instytut Sztuki Filmowej poszedł za ciosem, kolekcja sukcesywnie rośnie, a poza płytami filmy są również dostępne w internecie. FILMOTEKA SZKOLNA obrosła dodatkowymi inicjatywami. „Filmoteka Szkolna. Akcja!” to dodatkowy mechanizm promocji całego przedsięwzięcia, pozwalający m.in. łączyć nauczycieli z całej Polski w ramach poszukiwania optymalnych możliwości korzystania z FILMOTEKI. „Filmoteka Szkolna. Akademia” to, jak łatwo się domyślić, kurs pozwalający nabyć wiedzę o historii kinematografii, gatunkach, estetyce oraz praktyczne umiejętności w zakresie obsługi kamery cyfrowej i montażu nakręconych materiałów. „Filmoteka Szkolna. Kinoterapia” jest z kolei wyjątkową inicjatywą adresowaną do młodzieży z problemami, wspieraną przez psychologów, pedagogów i polonistów. Wreszcie „Filmoteka Szkolna. Nowe Horyzonty Edukacji Filmowej” to znaczne poszerzenie horyzontów widzów: w ramach tej inicjatywy mają oni szansę poznawać również klasyków zagranicznych i poszerzać swoje kompetencje – pokazy w formie cyklów obejmują też seanse, prelekcje, dyskusje i warsztaty plastyczne.

O kinie centralnie i lokalnie

FILMOTEKA SZKOLNA to nie jedyne tego typu przedsięwzięcie w Polsce. Zarówno na szczeblu centralnym, jak i w regionach inicjatyw edukacyjnych nie brakuje. Najmłodsi mogą choćby uczestniczyć w Ogólnopolskim Programie Edukacji Filmowej „Lekcje w kinie”, czyli multimedialnych zajęciach edukacyjnych połączonych z projekcjami filmowymi – do ubiegłego roku program ten objął już 120 miast. W Wielkopolsce realizowany jest projekt „Wielkopolska Edukacja Medialna”, uzupełniający zajęcia szkolne w poznańskich szkołach – dzięki któremu najmłodsze dzieci mogą zwiedzić choćby kabinę projekcyjną, dotknąć taśmy filmowej czy wziąć udział w konkursie. Regionalny charakter ma też KinoSzkoła – projekt realizowany na południu Polski, obejmujący co miesiąc pięć tysięcy uczniów. We Wrocławiu Galeria Entropia organizuje z kolei cotygodniowe warsztaty filmowe dla dzieci w wieku 6-13 lat. Łódzkie Muzeum Kinematografii adresuje do najmłodszych program Mały Kinematograf.

Jeszcze większe możliwości ma młodzież w wieku ponadpodstawowym. Najlepszym przykładem jest opisywana w ciągu ostatnich miesięcy na łamach Magazynu Samorządowego GMINA kampania „Skrytykuj!”, zachęcająca młodych ludzi do swobodnego analizowania i dyskutowania o filmach, dzielenia się wrażeniami i refleksjami. Szeroko zakrojona kampania toczyła się również na portalach Facebook i YouTube. Ale to nie koniec – równie interesującą ofertę, w zakresie filmów dokumentalnych, oferuje Akademia Planete+ Doc, towarzysząca corocznemu prestiżowemu festiwalowi dokumentów. I tu mamy szansę odnaleźć w całym kraju interesujące przedsięwzięcia lokalne: Ogólnopolski Konkurs Wiedzy o Filmie, organizowany przez Gdańskie Centrum Filmowe, Wielką Przygodę z Filmem organizowaną przez Centrum Sztuki Dziecka w Poznaniu, czy wreszcie krakowskie Przedszkole Filmowe – projekt pod egidą samego Andrzeja Wajdy, adresowany do pasjonatów, którzy już w tak młodym wieku wiedzą, że chcieliby wypowiadać się poprzez sztukę filmową i obrazy.

Dojrzali widzowie nie są bynajmniej poszkodowani. Jeśli ktoś myślał, że Dyskusyjne Kluby Filmowe odeszły w przeszłość wraz z Klubami Książki i Prasy – jest w błędzie. W Polsce wciąż działa około 130 takich instytucji, a niektóre z nich – np. w Bydgoszczy, Lublinie, Krasnystawie czy Grójcu – mają setki członków i organizują wiele dodatkowych atrakcyjnych lokalnych imprez filmowych. W warszawskim kinie „Iluzjon” działa cykliczne 4-letnie studium historii kina światowego na poziomie akademickim – Akademia Filmowa. Nieco krócej – dwa lata – trwa program Akademii Polskiego Filmu, inicjatywy współorganizowanej m.in. przez krakowską Akademię im. A. Frycza-Modrzewskeigo, SFP, WDK w Kielcach, SNH. Swój odpowiednik dla dorosłych ma też Akademia filmu dokumentalnego PLANETE+ DOC.

Gra warta świeczki

Niewątpliwie ta dosyć bogata oferta nie wyczerpuje wszystkich możliwości. Przed edukacją filmową stoją wielkie wyzwania, którym trzeba będzie sprostać w ciągu kilku najbliższych lat. Nie jest bowiem tajemnicą, że publiczność – zwłaszcza najmłodsza – stopniowo odwraca się od oglądania klasycznych mediów, co wkrótce może zepchnąć np. stacje telewizyjne do narożnika. Z kolei projekty edukacyjne, prezentujące klasykę polskiego i światowego kina, uruchamiane w internecie – np. na platformie takiej, jak YouTube – szansę na rozwój zawdzięczają niemal wyłącznie publicznemu wsparciu, bowiem prywatne wytwórnie czy dystrybutorzy uważają udostępnianie dzieł na powszechnie dostępnym portalu za nieuzasadnione ekonomicznie.

Kolejną rewolucją, jaka czeka szeroko rozumiany świat filmu, jest ofensywa urządzeń mobilnych. Już dziś smartfony skutecznie podcięły gałąź, na której od dekad siedziały firmy produkujące sprzęt fotograficzny. Ikony fotografii, firmy takie jak Kodak czy Polaroid, w efekcie praktycznie trafiły do lamusa. Nie inaczej może stać się ze światem kina – już dwa lata temu w oscarowym wyścigu wystartował film „Olive” nakręcony za pomocą smartfona. W Toronto odbywa się pierwszy chyba na świecie festiwal dzieł zrealizowanych za pomocą aparatów komórkowych (jeżeli można je jeszcze tak nazywać). Skala wyzwań jest wielka.

Ale gra jest warta świeczki. Filmy mają znacznie większy wpływ na nasze życie niż zdajemy sobie z tego sprawę. Nie chodzi tylko o ten wpływ, o którym bywa od czasu do czasu głośno: zachęcanie do przemocy czy palenia papierosów. W Polsce trzech na czterech ankietowanych młodych ludzi przyznaje się do tego, że któryś (lub któreś) z obejrzanych niegdyś dzieł zmieniło ich życie, postawy wobec otoczenia, popchnęło na nową drogę w życiu prywatnym czy uświadomiło chęć zajmowania się jakimś zawodem. A to już nie przelewki.

poniedziałek, 12 styczeń 2015 16:41

ZATRUTE ŹRÓDŁO

Ledwie kilka tygodni po spektakularnej wpadce systemu informatycznego Państwowej Komisji Wyborczej media wytropiły kolejny słaby punkt w państwowych projektach IT. To bezpłatna aplikacja do obsługi Systemu Rejestrów Państwowych o nazwie ŹRÓDŁO.

- Program napisany przez osoby, które nie mają zielonego pojęcia o pracy w USC i ewidencji. Błędy w programie są porażające – pisał na stronach Polskiej Agencji Prasowej jeden z uczestników testowego uruchomienia aplikacji i Systemu, które odbyło się na początku grudnia. – Pod modułem PESEL 500 komentarzy z różnych gmin z Polski, że system nie działa. Śmieszne to jest. Urzędnicy, którzy próbują pracować w systemie, ostrzegają, że wdrożenie Źródła w obecnej formie skończy się paraliżem – dowody i usc – podsumował.

Sekundowali mu inni, dzieląc się wrażeniami z prób pracy z aplikacją. – Pierwsza dziś próba zalogowania i komunikat: ZMOKU – podaj hasło główne. Teraz mam: błąd, wczytywanie strony. Coś mi się wydaje, że to będzie lepsza jazda niż była w noc wyborczą 16 listopada – kwituje kolejna osoba, uczestnicząca w dyskusji. – Moje panie zaczęły dzisiaj zdawać. Kilka kliknięć i „połączenie zostało zresetowane”, znowu kilka kliknięć i komunikat. Odpuściły sobie na razie. One mają pracę, czasu na zabawy na razie brakuje – relacjonował „informatyk gminny”. – Próba zaliczenia egzaminu wyglądała dokładnie tak samo, jak praca na platformie syswyb. Przejście od jednej akcji do drugiej liczone w minutach i co jakiś czas komunikaty o błędach. Wydajność systemu leży – kwitował kolejny użytkownik.

Sama idea egzaminowania „ze ŹRÓDŁA” miała swoich przeciwników. – Warto mieć na uwadze, że urzędnik samorządowy nie ma żadnego obowiązku podejścia do egzaminu! Jak na razie nie znam żadnej ustawy ani rozporządzenia, które zobowiązywałyby do zdanie jakiegokolwiek egzaminu z systemu informatycznego – punktował jeden z użytkowników forum. Inni przyjmowali jednak egzamin „z dobrodziejstwem inwentarza”. – Egzamin zdałam, ale trwało to cały dzień, ponieważ były ciągle problemy. Nie wiem, jak pracownicy obsługujący bezpośrednio interesantów mają to zrobić. Egzamin jest prosty. Chodzi o to, by jak najwięcej pracowników go zaliczyło, a ministerstwo „miało z głowy”. Jak program będzie działał w praktyce, to zobaczymy. Życie go zweryfikuje – konkludowała jedna z uczestniczących w dyskusji urzędniczek.

System łapał zadyszkę

Z podobnym stoicyzmem do sprawy podchodzi również resort spraw wewnętrznych. Z danych Centralnego Ośrodka Informatyki MSW wynika, że pierwszego dnia przez test „przebrnęło” około dwóch tysięcy osób: moduł PESEL – 1617 osób, moduł Rejestru Dowodów Osobistych – 1491 osób, moduł Bazy Usług Stanu Cywilnego – 566 osób. Sumuje się to w 3,5 tysiąca zdanych egzaminów, tyle że niektórym użytkownikom udawało się zdać więcej niż jeden egzamin w „zerowym” terminie.

- W czasie egzaminu identyfikowane były różne problemy użytkowników – przyznał po pierwszym, burzliwym jak wynika z powyższych komentarzy, dniu Marcin Malicki z MSW. „Problemy” można oczywiście usprawiedliwić faktem, że do ŹRÓDŁA zaglądało tego dnia nawet do czterech tysięcy użytkowników jednocześnie – zarówno osoby próbujące zdać resortowy egzamin, jak i urzędnicy, którzy dopiero szkolą się w obsłudze aplikacji i Systemu. Efekt? Cóż, serwer co prawda się nie zawiesił, ale olbrzymia liczba osób, próbujących korzystać z systemu była zmuszona długo oczekiwać na jego odpowiedź, a w wielu przypadkach doszło do zerwania sesji. Różnica zatem zasadniczo – iluzoryczna. – System wytrzymał, ale łapał zadyszkę – miał potem uciąć Marcin Malicki.

Wydajność to jednak nie jedyny problem. Odnotowano też m.in. fakt, że część dokumentów – choćby protokoły i zaświadczenia – nie generują się prawidłowo, czego akurat można się było spodziewać, ze względu na niegotowe rozporządzenia odnośnie wzorów tych dokumentów. W systemie tylko częściowo uwzględniono zmiany w systemie TERYT, dotyczące dużych metropolii – jak Warszawa, Kraków czy Gdańsk. W każdym z tych miast, ze względu na „gabaryt” uwzględniono kilka kodów tego typu – a użytkownicy mogą wykonywać operacje wyłącznie na terenie swojej gminy. W dużych miastach ze zderzenia tych dwóch cech systemu powstaje bałagan. – Problem rozwiązujemy przez zmianę sposobu autoryzacji użytkownika – komentował dla PAP Marcin Malicki. – U sporej części użytkowników jest on już rozwiązany, ale jeszcze nie u wszystkich. Ci ostatni mogli mieć jeszcze problem z wykonaniem niektórych działań – dodawał.

Jak poinformował, wraz z etapem testowania systemu, zaczął się też proces ograniczania uprawnień w zależności od wykonywanych realnie zadań w urzędzie. W tym celu do aplikacji wgrywane są odpowiednie skrypty. I na tym etapie wciąż występowały błędy – skutkujące choćby tym, że niektórzy urzędnicy nie mieli dostępu do funkcji, do których taki dostęp powinni mieć. – Przeważnie użytkownicy mogli normalnie wykonywać zadania egzaminacyjne – skwitował.

Błąd połączenia

Eksperci i media są zgodni co do tego, że – pomimo optymistycznych wniosków, jakie ministerstwo spraw wewnętrznych wyciągnęło z grudniowego testu – urzędy czekają po 1 stycznia mocne wstrząsy. „Szybkie uzyskanie zaświadczenia z urzędu stanu cywilnego może graniczyć z cudem. Jeśli mamy tam coś do załatwienia, lepiej zróbmy to w grudniu” – przestrzegała czytelników „Gazeta Prawna”. Dziennikarze cytowali przy tym anonimowego naczelnika jednego z USC, który informował, że w Polsce do dziś wytworzono około 85 mln aktów stanu cywilnego – od narodzin, przez śluby i zgony, po inne oświadczenia – z których raptem 30 mln zostało wprowadzonych do systemów.

- W styczniu możemy zapomnieć o uzyskaniu aktu od ręki – podkreśla wspomniany naczelnik. „Gazeta Prawna” wymienia więc te dokumenty, o które warto byłoby zadbać jeszcze w grudniu: odpis aktu stanu cywilnego (urodzenia, ślubu, zgonu); uzupełnienie lub sprostowanie informacji zawartych w akcie; transkrypcja do polskich ksiąg stanu cywilnego dokumentów zagranicznych (choćby w przypadku ślubu za granicą), co ma być obowiązkowe od 2015 r.; oświadczenia o uznaniu ojcostwa; zmiana imienia lub nazwiska.

I w tym przypadku próba „podejścia” do ŹRÓDŁA, przeprowadzona w obecności dziennikarza, skończyła się fiaskiem. Najpierw w formularzu adresowym pojawiło się mnóstwo Warszaw (po kilka na województwo), chwilę potem pokazał się komunikat o „błędzie połączenia”. Urzędnicy narzekają też na to, że system automatycznie wypełnia niektóre pola – np. sugerując, że dziecko będzie nosić nazwisko mężczyzny. To pozorne ułatwienie może często być, nomen omen, źródłem kłopotów, jeżeli wypełnione pole umknie uwadze urzędnika, a dziecko jednak miałoby nosić nazwisko matki – co nie jest przecież jakąś wielką rzadkością. Z drugiej strony wpisanie błędnych danych – np. daty urodzenia matki wypadającej po narodzinach jej dziecka – nie sprawiało, żeby system w jakikolwiek sposób zasygnalizował potencjalny problem. Innymi słowy – ŹRÓDŁO nie tylko prostuje błędów, ale wręcz tworzy pole do popełniania kolejnych. – Obecna wersja jest niemal finalna, są w niej już wszystkie zaplanowane funkcjonalności – ucinał rzecznik COI, Piotr Mierzwiński. – Teraz trwają tylko prace związane z poprawkami problemów zauważonych podczas testów – dodawał. Ale nieoficjalnie wiadomo też, że w dziedzinie „problemów” nie istnieje komunikacja między USC a resortem – urzędnicy ministerstwa żalą się, że ich koledzy z USC nie przekazują informacji o występujących problemach do nich, a zamiast tego dzielą się swoją krytyką na internetowych forach.

Ba, to oczywiście nie koniec kłopotów. Na początku grudnia MSW poinformowało też o przesunięciu terminu składania wniosków o wydanie nowego dowodu osobistego w dowolnej gminie na terenie całego kraju. „Wyniki testów nie były satysfakcjonujące” – podsumowała rzeczniczka resortu, Małgorzata Woźniak. – Uwzględniając fakt, że wdrożenie obarczone jest dużym ryzykiem, MSW przeprowadziło zgodnie z harmonogramem wieloetapowe testy – mówiła Woźniak w rozmowie z Polską Agencją Prasową. – Miały one zweryfikować poprawność funkcjonowania nowych aplikacji. Ministerstwo chciało mieć pewność, że w ich działaniu nie pojawią się nieprawidłowości, które zakłóciłyby płynną obsługę mieszkańców – skwitowała.

Jak podkreśla resort, przesunięcie terminu z 1 stycznia na 1 marca to wynik próśb napływających z USC. Na pocieszenie: dotychczasowe dowody osobiste zachowują ważność.

Historia porażek

MSW liczy też na dofinansowanie ze środków europejskich – w oparciu o nie chciałoby przeprowadzić proces migracji danych z lokalnych systemów oraz digitalizację aktów papierowych z ostatnich czterdziestu lat. Resort ocenia, że w przypadku, jeżeli uda się zdobyć te środki, całość projektu zostałaby przeprowadzona w ciągu trzech lat, w tym – w pierwszej kolejności – migracja danych.

Ale pozyskanie tych funduszy nie gwarantuje jeszcze sukcesu. Historia ostatniej dekady po akcesji do UE to przede wszystkim dzieje kolejnych wpadek – i to mimo olbrzymich środków, jakie zostały przeznaczone na e-administrację. Z planowanych kilkudziesięciu systemów informatycznych powstały w gruncie rzeczy nieliczne. Prestiżowy projekt biometrycznych dowodów osobistych zakończył się fiaskiem. Podobnie Zintegrowany Moduł Obsługi Krańcowego Użytkownika, który miał połączyć gminy z administracją centralną – to właśnie w jego miejsce zaprojektowano aplikację ŹRÓDŁO.

Na tym tle platforma ePUAP wygląda na sukces – chociaż po trzech latach istnienia swoje konta założyło na niej ledwie 330 tysięcy użytkowników, czyli mniej niż co setny Polak. Od dekady działa też CEPIK – Centralna Ewidencja Pojazdów i Kierowców – znowuż, nie bez kontrowersji. Wiosną br. policja zrezygnowała w wycenianego na 19 mln złotych programu e-Posterunek, który miał ująć papierkowej roboty funkcjonariuszom i usprawnić wykonywanie przez nich pracy. Jednak zmowa cenowa i korupcja, jakie ujawniono przy okazji tego projektu skutecznie przecięły plany Komendy Głównej Policji. Wygląda więc na to, że nad informatyzacją polskich urzędów i służb publicznych wisi jakaś cyfrowa klątwa. 

niedziela, 30 listopad 2014 15:07

BAJKA O SERDUSZKU

Raz jeszcze Jan Jakub Kolski postanowił – nomen omen – chwycić za serce. Jego nowe dzieło, zatytułowane „Serce, serduszko”, to pozornie wkroczenie do świata realiów – ale koniec końców film zamienia się w baśń, na wzór wcześniejszych obrazów tego artysty.

Kolski potrafił nie raz chwycić widzów za serce. Jego „Jancio Wodnik”, „Historia kina w Popielawach”, „Cudowne miejsce” czy „Jasminum” umiejętnie balansowały między rzeczywistością, a pewną abstrakcyjnością, iluzją czy metaforą. Dla tych miłośników kina, którzy szukają na ekranie nie tylko precyzyjnego odwzorowania realiów, jego kino stanowiło odskocznie w świat umowności. Nie mniej jednak przejmującej niż najbardziej dociekliwe filmy dokumentalne.

„Serce, serduszko” bardziej też sięga po portrety niż historię. Widz dostaje przede wszystkim trzy główne postacie: dziesięcioletnią Maszeńkę (okrzykniętą już nowym odkryciem polskiego filmu Marię Blandzi), Kordulę (Julia Kijowska) oraz ojca Maszeńki (Marcin Dorociński). Pierwsza z nich to dziewczynka z domu dziecka, półsierota, która w swój świat – może i nie do końca realny, za to wbrew wszystkiemu pełen dobrych emocji – wciąga otoczenie. A otoczenie to dwie pozostałe postacie: zamknięta w sobie wychowawczyni z domu dziecka (Kordula), która demonstracyjnie odcina się od otoczenia, i balansujący na granicy alkoholizmu ojciec.

Świat filmów Kolskiego niemal zawsze zaludniali jednak ludzie w gruncie rzeczy dobrzy, choć niepozbawieni słabości. Nie inaczej jest tym razem. Maszeńka ucieka z domu dziecka, by zdać egzamin do szkoły baletowej. Kordula towarzyszy jej w tej podróży (z Bieszczad do Gdańska), pojawia się także ojciec i plejada innych postaci (w tym nieodzowny, wydawałoby się, w filmach Kolskiego Franciszek Pieczka – ale też Borys Szyc). Choć Maszeńka „urywa się” z sierocińca, a cała eskapada mogłaby się stać pretekstem do stopniowania napięcia – wbrew pozorom nie ma tu ani grama kina akcji. Fabuła koncentruje się na śledzeniu przemian, jakie przechodzą poszczególni bohaterowie, dostawania szans zmiany życia – i wykorzystywania lub marnowania ich.

Trudno powiedzieć, na ile reżyser chciał byśmy widzieli w jego bohaterach postacie realne, a na ile – metaforyczne. Maszeńka ma proste rozwiązania dorosłych problemów, wynikające z idealizmu (dziecięcego), a zarazem jedyne pozwalające rozwiązywać z pozoru nierozwiązywalne dylematy dorosłych towarzyszy podróży. Z kolei dorośli często są już tak zasklepieni w swoich traumach, że podsuwane przez dziewczynkę konkluzje wydają im się nie do przyjęcia. Maszeńka wydaje się dowodzić, że możliwe jest proste życie bez trudnych wyborów, Kordula i ojciec wydają się z trudem dojrzewać do przyjęcia takiego punktu widzenia.

Tak czy inaczej jednak, choć może „Serce, serduszko” ma wyraźnie wyczuwalną nutę goryczy, wraz z innymi filmami Kolskiego trafi do kanonu polskiego kina. Na pewno jest to jedna z ciekawszych jesiennych propozycji w naszych kinach.

niedziela, 30 listopad 2014 15:07

AMATORZY W ZWIERCIADLE

W dniach 6-7 grudnia br. w ostrołęckim kinie „Jantar” ruszy 16. edycja Festiwalu Filmów Amatorskich „Filmowe Zwierciadła”.

„Małe filmy na wielkim ekranie, cudeńka tworzone przez amatorów z pasji i dla pasji. Tylko na festiwalu filmów amatorskich zobaczycie taką różnorodność tematów, gatunków i realiów. Filmowe Zwierciadła prezentują cały horyzont Filmowej Polski Amatorskiej, nie omijając niczego” – tak reklamują imprezę jej autorzy.

Organizatorami Festiwalu są Ostrołęckie Centrum Kultury, Amatorski Klub Filmowy Jantar oraz ostrołęckie Kino Jantar. Dwie pierwsze edycje festiwalu były jeszcze przeglądem dzieł wyróżnianych na innych festiwalach. Po rocznej przerwie (w 2000 r.) Festiwal Filmów Amatorskich wrócił już w nowej formule: jako impreza, na którą można dowolnie zgłaszać własne obrazy, a festiwalowe jury dokonuje wyboru i nagradza najlepsze w swoim uznaniu filmy.

W chwili zamknięcia tego wydania Magazynu Samorządowego GMINA, program festiwalu nie został jeszcze ogłoszony. Można jednak oczekiwać, że nie będzie mniej atrakcyjny niż w zeszłym roku – kiedy to widzowie mogli zobaczyć 33 stworzone przez pasjonatów X muzy dzieła. – Obrady były dość długie. Nie będę ukrywał, że mieliśmy pewien problem, a że byliśmy zobligowani do wyboru jednego filmu, który miał dostać Grand Prix, zajęło nam to chwilkę – mówił jeden z jurorów ubiegłorocznej imprezy, Hubert Gotkowski. Jak podkreślał, na festiwalu znalazło się wiele filmów dokumentalnych, co też sygnalizuje kierunek, w którym idzie również polskie kino tworzone przez artystów i filmowców-amatorów. – Po długich negocjacjach postanowiliśmy przyznać nagrodę dla filmu fabularnego, można tak powiedzieć. I trzy równorzędne nagrody dla filmów dokumentalnych, które naprawdę trzymają tu bardzo wysoki poziom – dodawał Gotkowski.

Skądinąd, juror ten jest jednym z najbardziej znanych w Polsce twórców kina offowego – nurtu, w którym odnajdują się produkcje niezależne, niekomercyjne, czasami dzieła o charakterze całkowicie amatorskim. Z reguły chodzi o filmy niskobudżetowe, które warsztatowo mogą uchodzić za niedoskonałe, za to z perspektywy artystycznej pozwalają twórcy na przekazanie wiernej wizji. Trend ten zapoczątkowali w Polsce m.in. Józef Robakowski, twórcy z Zespołu Filmowego TORPEDA, Zespołu Fimowego Skurcz oraz Jerzy Jernas z niezależnej grupy twórczej GARAŻ-film. Co ciekawe, w tym nurcie możemy odnaleźć też twórców związanych z niegdysiejszymi klubami filmowymi i stowarzyszeniami, które funkcjonowały w PRL przy domach kultury. Wiele z nich przetrwało ćwierćwiecze przemian ustrojowych i wtopiło się w nurt kina offowego.

Festiwal w Ostrołęce z roku na rok będzie zyskiwał na znaczeniu – tym bardziej, że technologiczna rewolucja, która dokonała się na rynku sprzętu i oprogramowania, dotarła i do środowisk nieprofesjonalnych pasjonatów kina. A oni chętnie do Ostrołęki zaglądają. – Przez te dwa dni ostrołęckie kino zamienia się w prawdziwą świątynię kina niezależnego – mówił na zakończenie ubiegłorocznej imprezy dyrektor kina „Jantar”, Bogdan Piątkowski. – Wszystkim serdecznie dziękuję za to, że robicie to, co robicie, że zajmujecie się tego rodzaju dziedziną, jak film. Bardzo się cieszę, że macie ochotę przysyłać swoje filmy do Ostrołęki – dodawał.

niedziela, 30 listopad 2014 15:06

KRÓTKO I NA TEMAT (REKLAMY)

Już 24 listopada – jednocześnie w Warszawie i w Gdańsku – ruszy kolejna edycja Europejskiego Festiwalu Fabuły, Dokumentu i Reklamy „Euroshorts”. Festiwal potrwa do końca listopada, a następnie ruszy w trasę przez Polskę. Będzie to nasze 23. Spotkanie z filmami krótkometrażowymi i twórczą reklamą.

Zaczęło się przeszło dwie dekady temu – od prezentacji filmów reklamowych w stołecznej Galerii Zachęta w 1992 r. Rynek reklamy wówczas w Polsce raczkował, nic więc dziwnego, że pierwsi specjaliści – i miłośnicy reklamówek z prawdziwego zdarzenia – przyjęli narodziny Euroshorts niczym święto. Z czasem przegląd stał się jedną z najważniejszych tego typu imprez w Europie, narzędziem wsparcia dla młodych filmowców z całego świata. Dlatego Euroshorts to przede wszystkim międzynarodowy konkurs, organizowany w czterech kategoriach: film fabularny, dokumentalny, eksperymentalny i animowany. Fundatorami nagród są Prezydent Miasta Gdańsk oraz Marszałek Województwa Pomorskiego.

Istotną funkcją edukacyjną festiwalu Euroshorts jest możliwość obejrzenia najważniejszych bieżących dokonań twórców filmów reklamowych zza Atlantyku. Specyfiką tamtejszego – czy przede wszystkim tamtejszego – rynku reklamowego jest tworzenie ambitnych, przyciągających uwagę filmów, które dalece odbiegają od standardów reklamy, jakie znamy z Polski. Zarówno formą prezentacji, jak poziomem złożoności skojarzeń. W ramach eksperymentów po formułę filmu reklamowego sięgają znani reżyserzy, a w ich dziełkach grają gwiazdy z najwyższej półki. Wystarczy wspomnieć serię ośmiu kapitalnych filmów (blisko dziesięć minut każdy), jakie zrealizowano dla koncernu motoryzacyjnego BMW. We wszystkich zagrał Clive Owen – a partnerowali mu m.in. Madonna, Gary Oldman, Danny Trejo, Adriana Lima czy Mickey Rourke.

To, co zobaczymy przy okazji Euroshorts, to „taśma” Amerykański Film Reklamowy 2014: esencja najważniejszych dokonań artystycznych ostatnich miesięcy, pod którymi podpisali się amerykańscy twórcy. W przygotowanym we współpracy z nowojorskim Muzeum Sztuki Współczesnej przeglądzie znajdziemy m.in. „Epicki szpagat” – czyli popularną na całym świecie reklamę ciężarówek Volvo z udziałem niegdysiejszego gwiazdora kina akcji, Jean Claude’a Van Damme’a. Film został przygotowany przez agencję Forsman & Bodenfors i wyreżyserowany przez Andreasa Nilssona z Folke Film. Ale to nie jedyny mocny punkt „taśmy”: będziemy mieli też szansę zobaczyć kampanię Old Spice, złożoną z trzech reklam (Ciągły prysznic, Arbuz i Architekt), w reżyserii Steve’a Rogersa, wyprodukowaną przez studia Biscuit Filmworks i Revolvera dla agencji Wieden+Kennedy; a wreszcie – wyróżniony przez kuratora film „Spójrz do wnętrza: Mick Ebeling” (zamówienia firmy Intel) przygotowany przez agencję Venables Bell & Partners, w reżyserii Micka Ebelinga and Lucy Walker.

Ponadto organizatorzy tegorocznego Euroshorts oferują widzom możliwość spotkania się z autorami, skorzystania z warsztatów adresowanych zarówno do dzieci, jak i osób dorosłych, uczestniczenia w festiwalowych imprezach muzycznych. Co ważne, za wstęp na większość premierowych imprez nie trzeba będzie płacić. Wkrótce po końcu imprezy festiwal ruszy też w trasę objazdową po Polsce: Euroshorts odwiedzi w pierwszej kolejności Katowice, Koszalin i Zieloną Górę; zajrzy do kin, galerii, domów kultury i bibliotek. Tak naprawdę zatem Euroshorts skończy się dopiero w czerwcu 2015 r.

niedziela, 30 listopad 2014 15:06

BOSKA BIOGRAFIA

„Bogowie” być może nie przebiją spektakularnością – i frekwencyjnym sukcesem – kilku tegorocznych superprodukcji polskiego kina. Niewątpliwie jednak, to jeden z najlepszych polskich filmów, jakie w tym roku zobaczyliśmy.

– Przed obejrzeniem filmu „Bogowie” miałam obawy, że zgodnie z naszym zwyczajem prostą historię twórcy będą przekombinowywać, siląc się na zbędną symbolikę, by nikt nie zarzucił im płytkości lub braku pomysłowości – pisała recenzentka tabloidu „Fakt”, gazety, która rzadko sili się na zachwyty. – Zobaczyłam świetnie skonstruowaną historię z pełnokrwistymi bohaterami. Uśmiałam się setnie i wzruszyłam – dorzuca jednak. A to tylko jeden z głosów w chórze pochwał, jaki rozbrzmiał po premierze filmowej biografii profesora Zbigniewa Religi.

„Świetnie opowiedziana historia o upartym człowieku, który zmienił nie tylko Polskę i Polaków, ale i świat” – czytamy w „Polityce”. „Film dostarcza widzom szeroką gamę emocji. Trochę wzrusza czasami, jak każda ciekawsza biografia, przyprawia chwilami o łzę w oku, jak każdy lepszy dramat, ale też bawi, w niektórych momentach wręcz do rozpuku – to ostatnie głównie za sprawą znakomitych dialogów” – podkreślała autorka blogu na stronach „Newsweeka”. Ba, polską produkcję zauważyli też Brytyjczycy z „The Guardian”. „Film jest zrealizowany nieco staromodnie, szczególnie pompatyczna orkiestra jako ścieżka dźwiękowa, ale dobrze opowiada fascynującą historię i potrafił uchwycić ten specyficzny czas i miejsce w historii medycyny” – można przeczytać na stronach tego prestiżowego dziennika z Wysp.

I rzeczywiście, w polskim kinie rzadko zdarza się film – nie mówiąc już o tym, że biograficzny – który tak rozkładałby się akcenty. Biografia to w jego przypadku słowo nieprecyzyjne: opowiadana historia rozgrywa się w latach 1983-86 i pokazuje tylko kluczowy moment w życiu Religi. Ale za to pokazuje go bez nadmiernej pompy, w naturalny sposób, okraszając dokonania słynnego polskiego kardiochirurga stekami przekleństw, szklankami wódki i nieustannie unoszącymi się smugami papierosowego dymu. Tomasz Kot doskonale odnalazł się w tej roli. Choć twórcy filmu drobiazgowo odtworzyli realia epoki, nie mamy tu też tej wielkiej politycznej historii, która zakrada się do licznych obrazów z akcją osadzoną przed 1989 rokiem. Bohater filmu wraca co prawda do ojczyzny z zagranicznego stażu i siłą rzeczy zdarza się z realiami ówczesnych układów rządzących krajem – ale jego wysiłki krążą wokół tego, jak w przaśnych warunkach kliniki stworzyć ośrodek kardiochirurgii z dokonaniami na miarę świata. Ratuje ludzi, a nie Polskę.

Dla wielu to zupełnie nowe podejście. „W pierwszej kolejności na film wysłałbym swojego nauczyciela biologii z liceum. Najchętniej pytał pierwszoroczniaków nie o pantofelka, czy mitochondria, lecz o jedyne zwycięskie polskie powstanie. Kto wiedział, że chodzi o Powstanie Wielkopolskie, dostawał dużego plusa. Profesor zwykł potem wygłaszać mowę, że niewiele osób o tym powstaniu pamięta, bo ono takie niepolskie – zakończone zwycięstwem” – komentował film, nie bez racji, jeden z widzów.

– Kto by pomyślał, że film o kardiologii w Polsce może być tak dobry. Ale „Bogowie” to utrzymana w szybkim tempie opera mydlana, trochę jak „Ostry Dyżur” i „Grey's Anatomy”, ale umiejscowiona w latach 80., co dodaje im trochę kiczu z epoki Żelaznej Kurtyny – wyzłośliwiał się „The Guardian”. Oby takich oper mydlanych więcej, można odrzec.

niedziela, 30 listopad 2014 14:57

PRZEWRÓT PO REWOLUCJI

W całym kraju powstaje kilkadziesiąt tysięcy kilometrów szerokopasmowych sieci, mających zapewnić wszystkim Polakom dostęp do sieci. Ba, projekt realizowany na Mazowszu uchodzi za najambitniejszy w Europie pod względem skali. Problem leży jednak gdzie indziej: internet „z kabla” w najbardziej rozwiniętych krajach zaczyna uchodzić za rozwiązanie przestarzałe. Na tapecie są rozwiązania, które pozwolą łączyć się z siecią bezprzewodowo, z każdego miejsca, za darmo.

- Bez podnoszenia naszych zdolności informatycznych nie będziemy konkurencyjni – podkreślał pod koniec września nowy minister administracji i cyfryzacji, Andrzej Halicki. – To nie jest tylko kwestia edukacji w szkołach. Na pewno bardzo ważnym elementem jest kształcenie specjalistów, ale szkolnictwo wyższe, szkoły techniczne powinny mieć wsparcie, żeby ludzie nie szukali pracy za granicą, tylko żeby mogli być zagospodarowani tu u nas w kraju, by mieli możliwość dobrego startu w zawodowe życie – dodawał. Wśród swoich priorytetów wymienił m.in. Narodowy Plan Szerokopasmowy, zapowiadając też analizę występujących dotychczas opóźnień w jego realizacji.

Trudno się z tym nie zgodzić: nowoczesna gospodarka opiera się dziś w sporej mierze na obecności w sieci. Do internetu przenoszą się całe branże, konsumenci robią tam coraz większe zakupy, coraz większej palety produktów. Na rynek zaczyna wchodzić pokolenie przyrośnięte – niemalże – do swoich urządzeń mobilnych. Odcięcie od sieci oznacza dla przedsiębiorców znacznie większe ryzyko plajty, a odcięcie od sieci mieszkańców – brak dostępu do informacji, zarówno tej klasycznie rozumianej, jak i tej potrzebnej im jako konsumentom (nie mówiąc już o przyszłości e-administracji).

Na szczęście, ostatnie lata to marsz w stronę społeczeństwa informatycznego. Z danych Głównego Urzędu Statystycznego na 2014 rok wynika, że w niemal 10 milionów gospodarstw domowych w kraju (77 proc.) stoi już komputer, a niewiele mniej – 74 proc. – jest już podłączonych w ten czy inny sposób do internetu – innymi słowy trzech na czterech Polaków może korzystać z możliwości, jakie tworzy sieć. Oczywiście, w Polsce występują pod tym względem różnice geograficzne – najwięcej gospodarstw domowych z komputerami oraz z podłączeniem do internetu jest na Pomorzu (odpowiednio 85,4 proc. i 83,1 proc.), najmniej komputerów w domach znajdziemy w Lubuskiem (70 proc.). Mimo to eksperci podkreślają, że dysproporcje regionalne powoli się zacierają.

Nieco gorzej z, nazwijmy to, różnicami „jakościowymi” – przez co możemy rozumieć sposób wykorzystania internetu na co dzień oraz paletę urządzeń, które są do sieci podłączone. W biedniejszych regionach, czy mniejszych ośrodkach, mieszkańcy nierzadko rezygnują z dostępu do sieci lub używają jej do najprostszych zadań: odbierania poczty elektronicznej, ewentualnie dokonania zakupów w którymś z najbardziej znanych serwisów. Barierą bywa wiek – niewątpliwie, starsze pokolenie podchodzi do sieci z większą nieufnością, odstraszają zarówno techniczne ograniczenia i konieczność nabycia nowych kompetencji, jak i wylewający się z sieci potok treści tworzonych przez internetowych „trolli” czy „haterów”, pornografia, zacietrzewienie twórców części blogów czy serwisów informacyjnych, duża ilość treści obscenicznych. Mimo to dane GUS nie pozostawiają wątpliwości: rewolucja internetowa może być pełzająca, ale jest nieuchronna.

Z autostrady w drogę gminną

Na początku listopada polsko-koreańskie Konsorcjum Firm KT podsumowało postępy prac nad projektem Internet dla Mazowsza (IDM). Z informacji mazowieckiego urzędu marszałkowskiego wynika, że do końca października wykonano już 40 proc. prac budowlanych i projektowych, a do końca roku – jeśli nie nastąpią nieprzewidziane opóźnienia – zrealizowane będzie 60 proc. inwestycji (prace projektowane mają zostać zrealizowane w 99 proc.). Zakończenie przewiduje się na październik przyszłego roku.

Imponujące tempo, ale też imponujący projekt. Opiera się on na planie wybudowania na terenie Mazowsza światłowodowej sieci szkieletowo-dystrybucyjnej, od której poszczególni operatorzy mogliby przeprowadzić własne „kable” do indywidualnych gospodarstw domowych. To łącznie 3680 km sieci, z 42 węzłami szkieletowymi, 4 – technicznymi oraz 308 – dystrybucyjnymi. – Na Mazowszu wiele miejscowości jest wciąż pozbawionych dostępu do szybkiego, szerokopasmowego internetu – tłumaczył założenia IDM w rozmowie z Portalem Samorządowym marszałek Mazowsza, Adam Struzik. – Chcemy wyeliminować białe plamy i stworzyć wszystkim mieszkańcom równe szanse w dostępie do internetu – dodał.

Nie ujmując niczego realizowanemu na Mazowszu projektowi – to jedynie wycinek ogólnokrajowego zrywu cyfryzacyjnego. W Polsce buduje się obecnie kilkadziesiąt tysięcy kilometrów sieci szerokopasmowych, w olbrzymiej mierze jeszcze w oparciu o fundusze unijne z perspektywy finansowej na lata 2007-2013. W większości prace te mają dobiec końca w przyszłym roku. Przykładowo, we wspomnianym już województwie lubuskim – regionie, gdzie najrzadziej w Polsce trafimy na komputer w gospodarstwie domowym – do tej pory zbudowano 1449 km sieci szerokopasmowych za 152 mln złotych. Niemal tyle samo (156 mln zł) wydały władze województwa pomorskiego na wybudowanie 1818 km sieci – a w sumie całość przedsięwzięcia zamknie się w przeszło 2100 km kabli.

Dorzućmy do tego projekty realizowane w Wielkopolsce – tam, za 410 mln złotych, powstanie okablowanie łącznej długości 4,5 kilometrów (w sumie więcej niż na Mazowszu, choć w rozbiciu na kilka projektów). W Małopolsce inwestycja warta 193 mln złotych ma zaowocować siecią długości 2,9 tys. kilometrów. Na Dolnym Śląsku znajdziemy jeszcze kolejne 1,8 tysiąca kilometrów świeżo położonego kabla (215 mln złotych), w Łódzkiem – 1,2 tys. km, na Zachodnim Pomorzu skromniej: 655 kilometrów sieci szerokopasmowej (za 116 mln zł). Listę mogłoby zamknąć województwo kujawsko-pomorskie, z 71 km sieci, budowanej za 55 mln złotych. Tak czy inaczej, jak widać, w projekty wpompowano już miliardy złotych – i to wcale nie musi być koniec.

W powszechnym opisie sieci szkieletowe porównuje się tu do autostrad, od których „drogi lokalne” (w żargonie specjalistycznym nazywane „last mile”, „ostatnią milą”), czyli poszczególne przyłącza, budować będą już dostawcy usług internetowych – jak w opisanym wyżej przypadku Mazowsza. Jednak powstanie autostrad nie oznacza automatycznie, że znikną wszystkie „białe plamy” z oświadczenia marszałka Struzika. Mogą się bowiem pojawić miejsca na tyle odosobnione i słabo zaludnione, że lokalni operatorzy (czy dostawcy usług) uznają, że „przyłączanie” takich gospodarstw jest ekonomicznie nieuzasadnione. Na takie sytuacje Ministerstwo Administracji i Cyfryzacji chce wyasygnować miliard euro w ramach pierwszej osi projektowanego Programu Operacyjnego Polska Cyfrowa.

Internet emitowany z drona

Pytanie tylko, czy ta rewolucja nie następuje zbyt późno. – W ramach naszych prac nad połączeniem całego świata z internetem, pracujemy nad sposobami emitowania sygnału z nieba – ogłosił kilka miesięcy temu na swoim blogu Mark Zuckerberg, założyciel Facebooka. – W naszym Connectivity Lab powstają projekty budowy dronów, satelitów i laserów, które pozwoliłyby dostarczyć internet każdemu człowiekowi na globie – zapowiadał buńczucznie.

Teoretycznie, można byłoby bajania młodego miliardera między bajki włożyć – gdyby nie fakt, że za wspomnianym Connectivity Lab stoją mózgi byłych ekspertów NASA Jet Propulsion Lab czy Ames Research Center, a więc renomowanych laboratoriów badawczych, w których powstała niejedna „kosmiczna” technologia. Jeden z szefów prowadzonego w Connectivity Lab projektu twierdzi, że założenie opiera się na skonstruowaniu dronów wielkości samolotów pasażerskich, które wzbiłyby się ponad ziemską atmosferę i pozostawały tam miesiącami, zasilane energią słoneczną. Pierwsze próbne loty mają odbyć się już w przyszłym roku. I jeśli ktoś chce podważać determinację i możliwości Facebooka w tym zakresie – może być zaskoczony. Tylko na przejęcie popularnego komunikatora internetowego WhatsApp firma wydała znacznie więcej niż Polska zainwestowała w sieci szerokopasmowe: przeszło 19 miliardów dolarów.

Oczywiście, bezprzewodowy internet a la Facebook może być odległą przyszłością, ale sama koncepcja darmowego „pokrycia” przestrzeni publicznej bezprzewodowym internetem – jest teraźniejszością. Co więcej, metropolie światowe zaczynają się prześcigać w dostarczaniu mieszkańcom i turystom coraz większych możliwości w tym zakresie. W zestawieniu miast, które w tej dziedzinie poszły najdalej znajdziemy, rzecz jasna, gigantów: Paryż, Nowy Jork, Hong Kong. Ale są też i mniejsze ośrodki – takie jak Helsinki, australijskie Perth, Makau, Florencja czy Tel Awiw. Może warto właśnie tam poszukać odpowiedzi, jak w przyszłości będzie wyglądać dostęp do internetu i czego zapewne oczekiwać będą mieszkańcy w nadchodzących latach?

Inna sprawa, że „Polacy nie gęsi” – np. w gminie Drezdenko od półtora roku przeszło dwie trzecie mieszkańców ma dostęp do bezprzewodowej – i bezpłatnej – sieci Wi-Fi. Jedynym utrudnieniem była konieczność ponownego logowania się do sieci po godzinie użytkowania. – Taka konfiguracja wynika z regulacji Urzędu Komunikacji Elektronicznej – tłumaczył, gdy uruchomiano sieć, Bartłomiej Głogowiec z Urzędu Miasta. Na projekt ten ratusz wydał 3,2 mln złotych – i w całości były to fundusze uzyskane z funduszy unijnych.

O tym, że publiczne sieci hot-spotów – punktów dostępu – nie muszą być domeną wielkich miast, przekonują również inne przykłady: Piaseczno, Puck, Włoszczowa, Mrozy, Kock. Inny sposób znalazły władze województw pomorskiego i warmińsko-mazurskiego, które inwestują w wyposażone w bezprzewodowy internet wagony kolejowe, licząc, że w nowej perspektywie finansowej UE (w której jednym z priorytetów jest rozbudowa m.in. infrastruktury kolejowej) będzie znacznie łatwiej sfinansować takie inwestycje.

Tak czy inaczej, właśnie nowe rozdanie unijnych środków może sprzyjać podobnym inwestycjom. Warto się im przyglądać, choćby z tego względu, że to nieunikniona przyszłość. A im szybciej zaczniemy drugą, tym razem bezprzewodową, rewolucję – tym lepiej.

niedziela, 30 listopad 2014 14:56

REPRYWATYZACJA REAKTYWACJA

Samorządy borykają się z reprywatyzacją od dwóch dekad – bezskutecznie. Choć zarówno duże, jak i małe JST muszą zmierzyć się z problemem, choćby raz na jakiś czas, ustawowe rozwiązania wciąż są odległe. Niewiele wskazuje na to, by sprawę udało załatwić się w tej kadencji Sejmu, a i następny nie weźmie się do niej od razu. Innymi słowy, z reprywatyzacją – mimo, że temat pojawił się w ostatniej kampanii wyborczej – borykać będziemy się co najmniej kolejne dwa, trzy lata.

Wbrew nazwie, w położonych w gminie Pilawa Trąbkach zlokalizowana była niegdyś jedna z najstarszych na Mazowszu – a może i w całej Polsce – hut szkła. W drugiej połowie lat 40., na mocy prowadzonej wszelkimi metodami nacjonalizacji, Trąbki odebrano właścicielom. Ich następcy prawni powrócili jednak po 1989 roku: poza kupionymi uprzednio zabudowaniami starej huty firma Przemysł Szklany w Polsce SA odzyskała 40 ha dawnych gruntów huty.

Problem w tym, że na tym obszarze znalazły się też gminne zabudowania, m.in. szkoła i boisko. Obie strony doszły w końcu w tej sprawie do porozumienia – gmina Pilawa odkupuje je za półtora miliona złotych. Co prawda, przekracza to jej możliwości finansowe, ale spłata została rozłożona o dwa lata, a dodatkowo Przemysł Szklany w Polsce zrezygnował z wynagrodzenia za bezumowne korzystanie ze zwróconych nieruchomości, a od kwoty potrącony został podatek.

Z potencjalnego sporu udało się zatem wybrnąć względnie bezkolizyjnie, przypadek warty studiowania w innych miejscowościach w kraju – można by rzec. Rzeczywistość nie jest jednak tak prosta i oczywista. – Straciliśmy świetlicę, niepewne były losy szkoły. Przez długi czas nie było się gdzie spotykać – skarżyli się kilka miesięcy temu mieszkańcy Trąbek. – Kolejne inicjatywy zaczęły zamierać – podkreślają, wskazując, że konflikt przyczynił się do obniżenia atrakcyjności miejscowości, przede wszystkim dla ludzi, którzy w niej mieszkają.

Moje sztuczki przestają działać

Przerażające, ale analogiczna sytuacja powtarza się w dziesiątkach gmin w całej Polsce. Nie tak dawno stacja TVN pokazała choćby materiał zrealizowany w podwarszawskich Michałowicach, gdzie niepewny jest los nie tylko jednej z miejscowych szkół, ale też przedszkola i osiedla mieszkaniowego. W małych miejscowościach problem ma zresztą charakter kluczowy: lokalne budżety rzadko kiedy są w stanie znieść konieczność odkupienia od odzyskujących majątek dawnych właścicieli (lub ich następców) obiektów służących dziś za instytucje publiczne – szkoły, domy kultury, biblioteki, obiekty sportowe. A najczęściej chodzi o jedyną w okolicy instytucję tego rodzaju.

Ale nie mniej burzliwe są procesy reprywatyzacyjne w dużych miastach, czego najlepszym przykładem jest stolica – gdzie zresztą temat powrócił w kampanii najmocniej. Tam wręcz wykształcił się podział, tym mocniej wyeksponowany, że akurat trwała kampania, na broniących dobra publicznego urzędników i próbujących wydębić zwrot nieruchomości roszczących, odgrywających rolę „czarnych charakterów”. – Uprzedzam, że będzie gorzej. Od piętnastu lat jako urzędnik w Warszawie szukam sposobów, żeby nieruchomości ratować. Niestety, moje sztuczki przestają działać – mówił w opublikowanej na początku października rozmowie z „Gazetą Wyborczą” Marcin Bajko, szef Biura Gospodarki Nieruchomościami w warszawskim ratuszu. – Łatanina. Jesteśmy kompletnie osamotnieni, opuszczeni przez polityków i państwo, które chowa głowę w piasek. W sądach też jesteśmy bezbronni, bo według obecnej wykładni prawa w prywatne ręce może trafić właściwie wszystko. Niech pan wyjrzy przez okno: szkoła, park, jakiś placyk, kawałek trawnika. Ale czy za pięć lat to wszystko będzie publicznie dostępne – głowy nie dam – dodawał. W Warszawie liczba obiektów użyteczności publicznej, których dalszy los stoi pod znakiem zapytania, przekroczyła już setkę. Wszystkie należałoby oddać „w naturze”. W sumie chodzi prawdopodobnie o około dwa tysiące nieruchomości.

Nastąpiła swoista zamiana ról: posiadacze praw do znacjonalizowanych niegdyś niezgodnie z prawem nieruchomości nastają na dobro publiczne, natomiast państwo (czy w tym przypadku, samorządy) stało się jego obrońcą. O moralnych aspektach sprawy można by zatem długo dyskutować, ważniejszy w tej chwili jest aspekt praktyczny – i prawny – sporów. Paraliżują one działanie wielu jednostek. Stąd też pojawianie się inicjatyw takich, jak zapowiedziana na kilka dni przed wyborami przez Hannę Gronkiewicz-Waltz, próba przeforsowania „małej ustawy reprywatyzacyjnej”, regulującej np. rozszerzenie prawa pierwokupu nieruchomości przez samorząd lub Skarb Państwa. Inne rozwiązanie to tworzenie „mikroplanów zagospodarowania przestrzennego” – które obejmowałyby konkretne kontrowersyjne obiekty. Skuteczność takiego rozwiązania jest jednak kwestionowana przez ekspertów.

Podejmowanie inicjatyw - niewskazane

Sprawa wykroczyła zresztą poza łamy gazet: po Sejmie krążą projekty ustawy reprywatyzacyjnej (właściwie każda partia zapowiada własny), w burzliwych dyskusjach przypomina się obietnice rządu sprzed sześciu lat, a prezydent Gronkiewicz-Waltz miała w tej sprawie indagować premier Ewę Kopacz i prezydenta Bronisława Komorowskiego. Posłowie SLD zaproponowali ograniczenie rekompensat do 5 proc. wartości znacjonalizowanych nieruchomości, politycy innych partii przebąkują nawet o niższych pułapach procentowych. Trudno się spodziewać, żeby te propozycje budziły szczególny zachwyt składających roszczenia.

W tej atmosferze jedno wydaje się być jasne: w obecnej chwili nie ma możliwości wybrnięcia z sytuacji tak, by wilk był syty i owca cała. Pośrednio jasno podkreślił to wiceminister skarbu państwa Rafał Baniak. – To pytanie o realne możliwości budżetowe – stwierdził pod koniec października w sejmowym wystąpieniu. – Zgodnie ze stanowiskiem ministra finansów w związku z faktem, że Polska nadal objęta jest procedurą nadmiernego deficytu finansów publicznych, administracja zobowiązana jest do podejmowania wszelkich działań, które będą służyły obniżeniu wydatków sektora instytucji rządowych i samorządowych. Co za tym idzie, podejmowanie wszelkich inicjatyw administracyjnych nadmiernie zwiększających wydatki budżetu państwa oraz zobowiązania Skarbu Państwa należy w chwili obecnej uznać za niewskazane – uciął. Wszystko więc jasne, prawda?

Innymi słowy, należy się spodziewać, że w kolejnych latach sprawy będą się miały tak jak dotychczas: poszczególne, indywidualne decyzje podejmować będą sądy – najczęściej po myśli roszczeniodawców. Złagodzenie potencjalnych roszczeń i sposobu egzekucji wyroku będzie kwestią „dogadania” się obu stron sporu. Reprywatyzacja wciąż będzie miała charakter „dzikiej”, a próba przeforsowania jakichkolwiek rozwiązań ograniczających wysokość potencjalnych odszkodowań czy rekompensat zostanie zapewne uznana za „dekrety Bieruta bis”. W tej sytuacji zarówno samorządowcom, jak i osobom występującym z roszczeniami, można doradzać tylko cierpliwość i szukanie kompromisu. Cóż, łatwo powiedzieć.

niedziela, 30 listopad 2014 14:46

ZASTRZYK WARTY 600 MILIONÓW

Inwestycje wodno-kanalizacyjne, gospodarka odpadami, infrastruktura transportowa, rewitalizacja budynków – takie mają być priorytety wydatkowania środków z powołanego w październiku do życia Funduszu Infrastruktury Samorządowej. W puli znajdzie się 600 milionów złotych.

To przedsięwzięcie jest wspólną inicjatywą Banku Gospodarstwa Krajowego i Polskich Inwestycji Rozwojowych, które 8 października podpisały umowę dotyczącą powołania do życia Funduszu. „Udziałowcy” Funduszu zrzucą się na wspomnianą pulę środków po połowie. – Żeby samorządy mogły w pełni wykorzystać przysługujące im fundusze unijne na lata 2014-2020, będą potrzebowały wkładu własnego równego 60 miliardom złotych – tłumaczył Michał Lubieniecki, dyrektor inwestycyjny i wiceprezes PIR. – Tymczasem wiele samorządów w ostatnich latach mocno zwiększyło zadłużenie i ma ograniczone możliwości zaciągania dalszych zobowiązań. FIS jest odpowiedzią na ten problem – pozwoli samorządom inwestować bez zwiększania zadłużenia – dodawał.

Mechanizm różni się od pożyczek, jakich dotychczas udzielał JST Bank Gospodarstwa Krajowego. – Będziemy wchodzić do projektów realizowanych przez samorządy, obejmując w nich mniejszościowe udziały lub akcje. W ten sposób lokalne władze dostaną do dyspozycji kapitał, który nie podniesie wskaźników zadłużenia – podkreślał Dariusz Kacprzyk, prezes BGK. – To pomoże podtrzymać wysoką aktywność inwestycyjną samorządów – kwitował. Finansowanie inwestycji ze środków Funduszu miałoby zawierać się w widełkach od 10 do 120 milionów złotych na pojedynczy projekt, co oznacza wejście FIS w co najmniej kilkadziesiąt inwestycji na terenie całego kraju. Ba, FIS mógłby również obejmować udziały i akcje w już istniejących spółkach komunalnych.

W grę wchodzą zatem dwa modele funkcjonowania: w pierwszym FIS obejmuje – poprzez podwyższenie kapitału – udziału w samorządowych spółkach jako mniejszościowy udziałowiec, dostarczając podmiotowi kapitału na realizację inwestycji wieloletnich, zakładających modernizację lub stworzenie nowej infrastruktury. Drugi zasadza się na odkupieniu na określony czas udziałów w tych spółkach – dzięki temu samorząd dostawałby do rąk środki, mogące służyć do realizacji zadań własnych.

Jeżeli ta formuła „chwyci”, FIS ma szansę wpisać na się w samorządowy krajobraz na kolejne dwie dekady – taką „żywotność” projektu przewidują bowiem jego twórcy. Instytucjonalnie Fundusz ma powstać w ramach TFI BGK S.A., natomiast jego aktywami mają zarządzać specjaliści PIR. Szczegóły przedsięwzięcia mają zostać dopracowane podczas spotkań i konsultacji z samorządowcami – te powinny zacząć się lada chwila, tym bardziej, że pierwsze środki z FIS powinny popłynąć do zainteresowanych już w pierwszym kwartale przyszłego roku.

Infrastrukturalna czarna dziura

- Postęp w zakresie infrastruktury jest duży, ale wciąż ocena polskiej gospodarki pod kątem jej konkurencyjności i stanu rozwoju infrastruktury jest niska – tak oceniał sytuację w Polsce szef zespołu analiz ekonomicznych Ernst & Young, Marek Rozkrut, podczas czerwcowego Europejskiego Kongresu Finansowego w Sopocie. – Mamy dużo zaległości do odrobienia w infrastrukturze drogowej i kolejowej, mniejsze w telekomunikacji – dodawał. Według niego na tle reszty Europy Polska jest przeciętniakiem. Wyróżniają ją na dodatek „silnie zaburzone proporcje między sektorami publicznym i prywatnym w finansowaniu inwestycji infrastrukturalnych” – ze wskazaniem na ogromną rolę sektora publicznego w tym zakresie. Cóż, FIS przyczyni się zapewne do dodatkowego jej zwiększenia.

Według danych Eurostatu Polska wydaje też wyjątkowo spore dumy na rozbudowę infrastruktury – jedna czwarta nakładów inwestycyjnych w kraju wydawana jest na przedsięwzięcia z zakresu energetyki, gazownictwa, wodociągów i kanalizacji. Przy czym eksperci pomstują, że dzieje się to bez racjonalnego przemyślenia inwestycji. – Trzeba tworzyć takie rozwiązania, które zwiększają atrakcyjność inwestycyjną i przyciągają inwestorów – podkreśla prof. Leszek Pawłowicz, ekonomista i wiceprezes Instytutu Badań nad Gospodarką. – Wpływ infrastruktury na rozwój gospodarczy jest przeceniony – sekunduje mu były wicepremier i minister gospodarki, Jerzy Hausner.

Sytuacja jednak nie zmieni się zbytnio w ciągu najbliższych kilku lat, a przynajmniej – dopóki dostępne będą środki unijne, przeznaczone dla Polski w perspektywie finansowej na lata 2014-2020. Zgodnie z Umową Partnerstwa zawartą z Komisją Europejską wiosną br. największa część środków dla Polski zostanie przeznaczona na rozwój infrastruktury transportowej, a największy przyrost funduszy będzie dotyczył obszarów rozwoju gospodarki niskoemisyjnej, kolei i innowacji.

Przypomnijmy, kluczowe jest dla Polski pięć unijnych funduszy: Europejski Fundusz Rozwoju Regionalnego, Fundusz Spójności, Europejski Fundusz Społeczny, Europejski Fundusz Rolny na rzecz Rozwoju Obszarów Wiejskich oraz Europejski Fundusz Morski i Rybacki. W sumie z wszystkich tych źródeł polscy beneficjenci mają szansę otrzymać ponad 85 miliardów euro. I niemal 24 mld powinny zostać przeznaczone na infrastrukturę, zwłaszcza kolejową (ponad 10 mld euro, 80 proc. więcej niż w poprzedniej perspektywie finansowej UE). To oznacza olbrzymią presję: jeśli modyfikować czy budować infrastrukturę – to teraz.

Tyle że nigdy jeszcze finansowa sytuacja JST nie była tak ciężka. Co prawda, w ciągu ostatnich trzech lat zadłużenie samorządów nie zwiększyło się w istotny sposób (na koniec ubiegłego roku wynosiło 69,16 mld zł) – ale też, zgodnie z pesymistycznymi ocenami niektórych ekspertów, jest to kwestia stosowania „inżynierii finansowej”, pozwalającej balansować na krawędzi bankructwa. Z drugiej strony zwolennicy optymistycznego spojrzenia zapewniają, że mówienie o katastrofie w samorządowych budżetach jest próbą wywierania przez lokalne elity nacisku na władze centralne, albo przejawem histerii.

Nieufność do przyjaznego inwestora

Tak czy inaczej, FIS pojawia się w odpowiedniej chwili – choć 600 mln złotych może się wydawać kroplą w morzu potrzeb. Jak twierdzi Michał Lubieniecki, Fundusz nie będzie się zanadto wtrącać w to, co lokalne władze będą chciały sfinansować ze środków wyasygnowanych przez BGK i PIR. – Zadaniem Funduszu jest dostarczenie JST nowego instrumentu współfinansowania inwestycji infrastrukturalnych realizowanych w ramach nowej perspektywy finansowej – ucina. Można jednak oczekiwać, że gros pieniędzy zostanie wydane na inwestycje wodno-kanalizacyjne, miejskie sieci ciepłownicze, gospodarkę odpadami, infrastrukturę transportową, rewitalizację budynków, inwestycje społeczne z zakresu edukacji czy ochrony zdrowia.

- Jestem spokojny, jeśli chodzi o popyt na tego rodzaju instrument. Efekty jego wprowadzenia powinny być widoczne w ciągu kilku miesięcy – podkreślał z kolei Dariusz Kacprzyk. Cóż, w BGK podobna inicjatywa była już rozważana w 2011 r. i szefowie tej instytucji są głęboko przekonani, że pomysł jest rewolucyjny. – To bardzo ambitny, skomplikowany i nowatorski projekt, który otworzy drogę samorządom do zmian struktury własnościowej spółek komunalnych – dorzucił.

Rewolucja będzie miała też jeszcze inny wymiar. – Spółki komunalne będą zmotywowane do generowania dywidendy – zapowiada Joanna Budzińska-Lobing, dyrektor inwestycyjna PIR. FIS ma być bowiem narzędziem zarabiania, tyle że w dłuższej perspektywie i z pożytkiem dla JST. Pytanie, oczywiście, jak do tej formuły „cichej prywatyzacji” mienia komunalnego odniosą się samorządowcy. Podobnie bowiem, jak w przypadku innych adresowanych do nich inicjatyw – jak choćby partnerstwo publiczno-prywatne (PPP) – w grę wchodzi też nieufność wobec niestandardowych rozwiązań, mogących budzić kontrowersje wśród mieszkańców czy w mediach. I wtedy nawet zapewnienia o tym, że FIS ma być „przyjaznym inwestorem” nie pomogą.

Strona 1 z 9

Lock full review www.8betting.co.uk 888 Bookmaker

PARTNERZY