Ostrzeżenie

JUser::_load: Nie można załadować danych użytkownika o ID: 51.

JUser::_load: Nie można załadować danych użytkownika o ID: 53.

JUser::_load: Nie można załadować danych użytkownika o ID: 64.

JUser::_load: Nie można załadować danych użytkownika o ID: 55.

JUser::_load: Nie można załadować danych użytkownika o ID: 44.

JUser::_load: Nie można załadować danych użytkownika o ID: 54.

Kultura i sport

Kultura i sport (36)

sobota, 23 marzec 2013 20:30

WIELKIE ŚWIĘTO ZMARTWYCHWSTANIA

Napisane przez

Jak Polska długa i szeroka, zawsze Wielkanoc świętowano w Polsce hucznie i radośnie. To najważniejsze – i najstarsze – święto chrześcijańskie, które początkowo obchodzono w tym samym dniu, w którym w judaizmie świętowana jest Pascha, a od 325 r. w pierwszą niedzielę po pierwszej wiosennej pełni Księżyca. W ten sposób symbolicznie dobiega też końca Wielki Post.

Zwiastunem nadchodzącej Wielkanocy był dźwięk kołatek, grzechotek i terkotek, który po trzech tygodniach odmawiania sobie uciech stołu przypominał o śródpościu. Wkrótce później o drzwi domów roztrzaskiwały się wypełnione popiołem garnki, a tydzień później topiono w rzekach kukły Marzanny. Po czterdziestu dniach poszczenia nadchodziła zaś Niedziela Palmowa, rozpoczynająca Wielki Tydzień.

Ten pierwszy akt wielkanocnego spektaklu miał zawsze symbolizować nieśmiertelność duszy i nieuniknione jej zmartwychwstanie. Utarły się też inne nazwy – Niedziela Kwietna lub Wierzbowa – ze względu na fakt, że palemki to w gruncie rzeczy wierzbowe rózgi, umajowe gałązkami bukszpanu, malin i porzeczek, a dodatkowo kwiatkami, mchem, ziołami, czasem nawet kolorowymi piórkami. Bywały oczywiście wyjątki: np. na Kurpiach palemki przygotowywano z bibuły.

Poświęconą palemką warto było symbolicznie „obić” domowników, co miało gwarantować szczęście na resztę roku. Kropiono nimi dom i resztę gospodarstwa, z bydłem włącznie. Bazie z palemek połykano (ale też dawano do połknięcia zwierzętom): była to wróżba na zdrowie i bogactwo oraz ochrona przed bólami zębów i przeziębieniami, a zatknięcie palemki za święty obrazek chroniło gospodarstwo. Na Pomorzu chętnie przywiązywano palemki do sieci rybackich i łodzi, w innych regionach wkładano je do pszczelich uli. Na Rzeszowszczyźnie chętnie umieszcza się palemki w rogu pola – by chroniły przed żywiołami i zapewniały urodzaj. Z kolei mieszkańcy Podlasia wieszali też pod sufitem „pająki” – zbitki słomy, bibuły, piórek, grochu i wełny.

Po kilku dniach spokoju nadchodził Wielki Czwartek, pierwszy dzień Triduum Paschalnego. Jak powszechnie wierzono, to dzień, w którym żyjących odwiedzały dusze zmarłych. Dlatego unikano prac wiążących się z harmidrem i hałasem. Tego dnia kościelne dzwony nie biły, nie rąbano drewna, nie mielono w żarnach, ani nie tłuczono kaszy.

W Wielki Piątek żałoba osiągała apogeum: z ołtarzy zdejmowano elementy ozdobne, a za to odsłaniano udekorowane inscenizacje grobu Jezusa. Przez kolejne dwie doby pilnowali ich wyznaczeni do tego zadania mężczyźni, od żołnierzy po ministrantów (na południowo-wschodnich rubieżach Polski, ze względów historycznych nazywani czasem Turkami). Jednocześnie zaczynały się przygotowania do wielkanocnych posiłków: od pieczenia ciast po przygotowanie mięs. Wtedy też zaczynano przygotowywać wielkanocne pisanki – całe sterty jaj były gotowane, a następnie zdobione. Z przygotowaniem tego najważniejszego elementu świątecznej symboliki należało zdążyć przed nocą.

A wszystko po to, by księża zdążyli poświęcić jedzenie w Wielką Sobotę. Najpierw kapłani odwiedzali wiernych w domach, z czasem jednak utarła się tradycja wędrowania z „koszyczkiem” do kościoła. Skład wiktuałów w koszyczku różnił się jednak w rozmaitych regionach: chleb, mięsa czy wędliny, sól, chrzan z cukrem i, oczywiście, pisanki były stałym zestawem. Przy czym rzadko pokarmy te zjadano, a przynajmniej – nie od razu. Pisanki były zakopywane pod progiem domu czy w kurnikach – dla zapewnienia ochrony i urodzaju. Chrzanem smarowano zęby – dla zdrowotności. Nawet woda po ugotowanych jajkach służyła za amulet zapewniający szczęście i urodę. Zapalone w kościele i przyniesione do domu świece symbolizowały nieśmiertelność i zjednoczenie zarówno z żyjącymi, jak zmarłymi. Łemkowie przynosili jedzenie do domu dopiero w nocy z soboty na niedzielę, przedtem obnosząc je trzykrotnie wokół domu.

Kluczowym punktem świąt była oczywiście Niedziela Wielkanocna. Rozpoczynana rezurekcją – czyli świąteczną mszą, urozmaicaną odpalanymi petardami, a na Podlasiu też wyścigami furmanek – a po powrocie do domu wieńczona świątecznym posiłkiem. Tak jak i dziś, od stuleci dzielono się wówczas jajkiem oraz życzeniami. To był ten moment, kiedy na stole lądował pieczony w całości prosiak, wędliny, baranek z ciasta, „baby kołacze” itd. Menu było oczywiście zróżnicowane – na kurpiowskich stołach nie mogło choćby zabraknąć ciasteczek z miodu i marchewki. W Małopolsce polewano lanckorońską chrzanówkę, polewkę na bazie chrzanu, mającą też charakter afrodyzjaku – a do tego podawano żur na serwatce, przygotowywany m.in. na bazie wędlin.

Jeszcze kilkadziesiąt lat temu wychodzono z wszystkimi tymi przysmakami poza dom – na pola. Rzucano przez ramię kawałki mięsa, kruszono paskę, czyli specjalnie na tę okazję upieczone „chlebki”. W bogatszych domach szukano poukrywanych przez gospodarzy prezentów.

Już w nocy z niedzieli na poniedziałek, nocy „diabelskiej”, jak ją nazywano, zaczynały się psoty. Na Podbeskidziu miały miejsce śmiergusty – próby wdarcia się do domów panien przez młodych, barwnie ubranych i hałasujących mężczyzn. Ukoronowaniem tych zabaw były strugi wody lejące się na wszystkich „w zasięgu wiadra” w poniedziałek. Śmigus-Dyngus, jak zwykło się nazywać Lany Poniedziałek, niegdyś oznaczał zresztą dwa zwyczaje: Śmigus – bicie witkami wierzbowymi, Dyngus – oblewanie wodą.

Najczęściej ofiarą żartownisiów były młode dziewczęta, co zresztą pozwalało też na zawoalowane zaloty: im bardziej zmoczona wodą była panna, tym bardziej uchodziła za atrakcyjną. Pisanki przydawały się i tego dnia – wręczona przez dziewczynę była wykupem od oblania, wręczona przez chłopaka – wyrazem uczuć. Ale też nie wszędzie chodziło o relacje damsko-męskie: w Małopolsce „dziady śmigustne” zbierali „pod groźbą wiadra” datki, nie wypowiadając przy tym ani słowa, co miało być nawiązaniem do biblijnych niedowiarków, którzy stracili mowę. Jedynie pod kościołami czyhał na dziewczęta Siuda Baba, usmolony mężczyzna polujący na dziewczęta – które mogły się wykupić datkiem lub pocałunkiem. Gdzieniegdzie amory zaczynały się zresztą wcześniej: w Wielkopolsce w noc z czwartku na piątek oblewano okna panien żurem – brak rozplaśniętego na szkle żuru mógł być dla panny przyczyną wielkiego smutku…

Inna sprawa, że w Wielkopolsce znęcanie się nad dziewczętami najszybciej dobiegało końca. Już w południe prześladowcy zamieniali wiadra na przebranie – niedźwiedzia, bociana czy czapli – i ruszali w spacer po wsi czy miasteczku. Z „niedźwiedziem” na sznurku obchodzono domy, śpiewając i przyjmując jedzenie jako zapłatę. Wielkopolanie – a szczególnie Wielkopolanki – mogli więc mówić o szczęściu. Na Kujawach przez cały dzień czekano na pechowców, którzy przejdą pod zawieszonym na sznurku garnkiem, rzadko kiedy z wodą – częściej z popiołem lub gnojem. „Dziewki unikają tej wędrówki, aby się na przykre skutki owej swawoli chłopców nie naradzić, więc je nierzadko ci ostatni pochwytują z zasadzki, gwałtem pod ów garnek ciągną, i nie wypuszczają dopóty, dopóki ich całkiem niemal sadzami i popiołem nie oszpecą, od czego wszakże, chronić je zwykło wykupne, to jest kilka groszy danych na wódkę" – pisał o tym zwyczaju, z lekkim zgorszeniem, etnograf Oskar Kolberg. 

sobota, 23 marzec 2013 14:27

Białostockie pisanki Podhalanki

Napisane przez

Kiedy w domu Aleksandry Mosiejczuk czuć zapach wosku, domownicy mówią, że… nadchodzi wiosna. Zaczyna się wielkanocne malowanie pisanek.

Po rodzicach– z domu Wojdyła – jest góralką. Mama urodziła się pod Tarnowem, a tata w Rabce Podhalańskiej. W górach przede wszystkim kultywuje się święta Bożego Narodzenia, mimo to pani Aleksandra ma szczególne zamiłowanie do robienia batikowych pisanek. Dzisiaj jest coraz więcej dostępnych w sklepach „sprytnych” i wymyślnych rzeczy, które ułatwiają dekorację jajek, jednak jej pisanki powstają tradycyjnymi metodami ludowymi, a wzornictwo pochodzi z… Białostocczyzny.

Podlaskich motywów nauczyła się od starszej koleżanki – suwałczanki Władysławy Brzezińskiej. Najpierw ją podpatrywała, a od czterdziestu lat, w sezonie, sama przygotowuje setki pisanek.

Zanim rozpoczynamy rozmowę o wielkanocnych zwyczajach i tradycjach, pokazuje, jak wykonać taką piękną pisankę. Wydaje się, że do ich robienia nie potrzeba wielkich nakładów, ale ich twórczyni przyznaje: w tej sztuce przydają się zdolności manualne.

− Do zdobienia najlepsze są białe jajka, chociaż coraz ciężej je dostać – mówi Aleksandra Mosiejczuk. – Przy farbowaniu niekoniecznie musimy ograniczać się do sztucznych barwników. Już dawno temu ludzie wymyślili na to naturalne sposoby. Intensywne kolory możemy uzyskać, zanurzając jajka w wywarze z buraków, który nadaje mocną, różową barwę. Z gotowanych skorupek orzecha włoskiego i kory dębu wychodzą czarne jajka. Z kolei z gotowanych łupin cebuli i olchowych szyszek uzyskuje się wyrazisty, brązowy kolor. Czarne jagody barwią na niebiesko. Całkiem niezła okazuje się również krepina, a jej zaletą jest to, że jeżeli chodzi o różnorodność barw nie ma granic – odsłania tajniki swojego warsztatu.

Wosk uzyskuje się z kolei ze świeczki lub z bryły wosku od pszczelarza, topiąc go na małym ogniu. Trzeba jednak uważać: zbyt mocno podgrzany czernieje. Potem pani Aleksandra maluje pierwsze wzory ołówkiem z wbitą w gumkę szpilką z dość dużą główką, która pozostawia charakterystyczną „łezkę”. Farbuje jajko na żółto. Znowu dodaje ozdobne motywy i wrzuca jajko do czerwonego barwnika. Jeszcze raz nakłada batiki i zanurza w granatowej farbie. A na koniec ściera wosk.

Nie jest to, jak widać, takie proste. Kolory na pisankach można dobierać według uznania, pamiętając jednak o zasadzie – od najjaśniejszego do najciemniejszego.

Kiedy pierwsza pisanka nasiąka kolorami, pani Aleksandra opowiada o swojej kolekcji baranków. Ma ich około stu i, jak mówi, nie jest to żaden cenny zbiór – ale można się w nim doszukać kilku wyjątkowych egzemplarzy. Wśród najbardziej typowych wielkanocnych baranków można znaleźć baranka z Bolesławca, niemieckiego, amerykańskiego, spod krokwi w Zakopanem, wykopaliskowego ze Słowacji. Baranki są z różnych materiałów: plastikowe, pluszowe, porcelanowe. Jeden z nich jest nawet w dekoracyjnej śnieżnej kuli. Mają też różne funkcje: jest baranek gwizdałka, baranek zegar i przylepki na lodówkę – też baranki.

Jednego roku – wspomina − z kuzynką zrobiła tysiąc pisanek… w sierpniu. Zamówienie złożyli Austriacy, którzy polowali w okolicach Wałcza i zatrzymali się u jej rodziców. − Z nieba lał się żar, okna były pootwierane na oścież – opowiada pani Aleksandra – ale za pieniądze zarobione wtedy na pisankach kupiłam pierwszy kolorowy telewizor – uśmiecha się.

Zwykle pisanki sprzedaje w Muzeum Ziemi Wałeckiej, gdzie jest kustoszem, ale jak podkreśla to nie żaden sposób na świąteczny biznes, a hobby. Jej białostockie, wielobarwne pisanki można również obejrzeć w wiejskiej chacie w skansenie, w Osieku nad Notecią.

Najmniej w tym całym robieniu pisanek lubi… wydmuchiwać jajka. Ze „środków” piecze za to mnóstwo ucieranych ciast, przyrządza domownikom jajecznicę albo rozdaje wśród znajomych.

Wielkanocne jajka różnią się, w zależności od miejsca, gdzie powstają. − Tam, skąd pochodzę, w Krakowskiem, nie robiło się pisanek, tylko jednobarwne kraszanki, w Opolskiem − drapanki, w Łowickiem – naklejanki, na Kurpiach oklejane są sitowiem, na Mazurach jajka przeplata się kolorową włóczką, a białostockie pisanki charakteryzuje wielobarwność – sięga do regionalizmów Aleksandra Mosiejczuk, z wykształcenia, było nie było – etnografka.

− Już w czasach pogańskich jajko było symbolem budzącego się życia – odnosi się z kolei do historii pani Aleksandra. – Najstarsza zachowana polska pisanka została znaleziona w wykopaliskach na Śląsku, w Ostrowiu, i jest najprawdopodobniej z X wieku, ale już najstarsza na świecie pisanka, pochodząca z terenu dawnej Persji – ma 4000 lat! Jajka malowali również chrześcijanie. Według przypowieści, kiedy św. Magdalena płakała nad grobem Jezusa, ukazał się jej anioł i rzekł: Nie płacz, Chrystus zmartwychwstał. Gdy wróciła do domu, na stole znalazła jajka zabarwione na czerwono – tłumaczy niezwykła artystka.

Na Podhalu jest o wiele mniej zwyczajów dotyczących świąt wielkanocnych. Od rodziców pani Aleksandra przejęła sposób robienia palm, takich w rodzaju bukietu. Układa je z bazi i świeżych kwiatów, przeplatając wstążkami z kolorowej bibułki. Bardzo lubi palmy wileńskie z barwnych trawek. Dziś można je kupić chociażby na krakowskim Rynku.

− Wielkanocny zając, czyli szukanie drobnych podarunków, to nie jest polski zwyczaj, dotarł do nas z Niemiec i Wielkopolski – wyjaśnia. − Jajka to też nie tylko pisanki. W czasie Wielkanocy można się nimi bić lub toczyć po trawie.

Ogólnie o potrawach wielkanocnych mówi, że są oparte na zieleninie. Z Podhala zna sodrę – zupę przyrządzaną z niezjedzonych resztek święconki. Wrzuca się do niej pokrojony w kostkę chleb, kiełbasę, jajka. Doprawia chrzanem. Trzeba też pamiętać o jednym: ze święconką do kościoła idzie najmłodszy w rodzinie.

O tradycjach i zwyczajach wielkanocnych mówi, że są dzisiaj w zaniku. Kiedyś ludzie bardziej nabierali się na primaaprilisowe żarty. − Sama uwierzyłam wujkowi, że przed moim domem idą słonie i pobiegłam do okna, żeby je zobaczyć. Śmigus-dyngus dawniej był szalenie popularny. Dzisiaj to zabawa dzieci, a kiedyś wodą lali się młodzi ludzie. Nie wiem od czego to zależy: brak chęci, lenistwo?!... – utyskuje.

A tymczasem jedną z pisanek kupiła jakaś pani i chwali, że „dzieło” to przypomina, jak kruche bywa życie i że trzeba się z nim obchodzić, jak z… jajkiem.

piątek, 22 luty 2013 20:43

INWESTYCJA W BOKS

Napisane przez

Dzielnica domków jednorodzinnych na uboczu, zielone płoty, zadbane podwórka i gdzieniegdzie prześwitujące dalej pola. W takiej okolicy mało kto spodziewa się klubu bokserskiego. I pewnie nikt by nie wiedział o jego istnieniu, gdyby nie wielki szyld przed jednym z budynków. „Champion Wołomin” w niczym nie przypomina jednak błyszczących, wymuskanych sieciowych klubów fitness. Kojarzy się raczej z amerykańskimi Boxing Gyms, znanymi z filmów o Rockym Balboa: zapach potu, połatane taśmą worki treningowe, wysłużone rękawice i hełmy upchnięte na regale przy jednej ze ścian.

Mimo spartańskich warunków na sali „Championa” codziennie o 18.00 rozgrzewa się około 30 młodych chłopców w wieku od 12 do 18 lat. Skąd taka popularność? Powód jest prozaiczny: „Champion” to jedna z nielicznych istniejących jeszcze w Polsce sekcji bokserskich, gdzie młodzi ludzie do osiągnięcia pełnoletniości trenują za darmo. – Dla jednego rodzica 10 złotych to majątek, a dla drugiego 100 – to nic. Tyle, że dziecko tego pierwszego właśnie może mieć talent – mówi nam Paweł Babicki, założyciel i trener „Championa Wołomin”. – W ten sposób automatycznie zamyka się droga dla tych, których na trenowanie nie stać – dodaje. Jednak na taki sposób działania klub może sobie pozwolić tylko dzięki pieniądzom z gminy – „Champion” to organizacyjnie część OSIR-u Wołomin.

Oderwać ludzi od DVD i komputera

Jednak tylko nieliczne mniejsze gminy w Polsce decydują się na finansowanie jakichkolwiek zajęć sportowych dla swoich mieszkańców, nie mówiąc już o boksie. Koszt rocznego funkcjonowania jednej sekcji sportowej to około 50 tysięcy złotych. Gminy zaś najczęściej mają pilniejsze wydatki niż zapewnienie ruchu swoim obywatelom. Z drugiej strony prawda jest jednak taka, że młodzi ludzie coraz rzadziej uprawiają sport, a ostatni medal olimpijski – akurat w boksie – Polak (Wojciech Bartnik) zdobył w 1992 roku w Barcelonie.

- Żyjemy w takich czasach, gdzie jest mnóstwo sposobów spędzania wolnego czasu ciekawszych niż ciężki trening. Można pójść do kina, włączyć sobie DVD, czy odpalić grę na komputerze. Nie ma znaczenia, czy ktoś mieszka na wsi, czy w mieście. Na treningu nie dość, że się spocisz, złapiesz zadyszkę, to jeszcze możesz oberwać po mordzie – uważa Babicki. – A oprócz tego młodzi ludzie nie mają gdzie sobie wyrobić kondycji i koordynacji ruchowej.

To jest problem, który zaczyna się w domu – rodzice coraz rzadziej dbają o to, żeby ich dzieci uprawiały jakiś sport. Jak wygląda WF w szkole każdy wie. A nawet jak trafi się nauczyciel, który wymaga i uczy – to zaraz są skargi, że dzieci są spocone, że zmęczone itd. W efekcie dzieciaki, które jednak trafiają do mnie czasami są tak zaniedbane „ruchowo”, że musimy spędzić z nimi nawet parę lat, żeby wyrobić podstawową koordynację oraz kondycję i móc zacząć naukę techniki – wylicza trener.

Bez amatorów nie ma zawodowców

Wówczas bywa już jednak za późno. Młodzi ludzie wkraczający w dorosłe życie nie są w stanie pogodzić pracy, treningów i wyjazdów na zawody. – Z boksu raczej nie da się żyć. Nawet zawodowi pięściarze w Polsce zarabiają bardzo źle. Jak któryś – rzadko – ma stypendium, to może liczyć na około 1000-1500 złotych. A i tak, żeby zostać zawodowcem, to najpierw trzeba być amatorem i pokonać wszystkie przeszkody, o których mówiłem wcześniej – stwierdza Babicki. – Bez dobrej bazy amatorskiego boksu, nie ma dobrych zawodowych pięściarzy. To oczywiste. Tylko, żeby ludzie chcieli uprawiać boks na poziomie amatorskim, trzeba im przede wszystkim stworzyć warunki i jakoś do tego zachęcić i zatrzymać przy tym sporcie. I żebyśmy się dobrze zrozumieli: nie chodzi mi o robienie jakiejś reklamy, czy obchodzenie się z zawodnikami jak z porcelaną. Chodzi o zupełnie przyziemne sprawy. Póki ktoś jest nastolatkiem, to najczęściej nie musi się martwić o to jak zapewnić sobie byt. Ale potem musi pracować. Nie da się pogodzić pracy, treningów i wyjazdów na zawody. To jest właśnie sedno drugiego problemu: brak jakiegoś systemu chociażby skromnych stypendiów dla bokserów-amatorów – uważa założyciel „Championa Wołomin”.

Żeby zaś znalazły się pieniądze, muszą być wyniki. Błędne koło się zamyka. W czasach PRL-u dobrzy bokserzy-amatorzy mieli po prostu fikcyjne etaty w fabrykach, czy biurach. Przychodzili tam tylko po wypłaty, a ich prawdziwa praca, to był trening i walki. To był już jednak zaawansowany poziom. Wszystko zaczynało się od darmowych sekcji sportowych zarówno takich jak słynna warszawska Gwardia, która nota bene jest obecnie na skraju likwidacji, jak i kluby w rodzaju „Championa Wołomin”. Z masy zgłaszających się i trenujących można było wyłonić więcej potencjalnych mistrzów.

Zdaniem Babickiego inwestycja w boks i bardziej generalnie – w sport – już na poziomie mniejszych gmin opłaca się nie tylko pod względem prestiżu. – To nie jest oczywiście inwestycja, która przynosi pieniądze. Ale oprócz prestiżu przynosi zdrowie mieszkańcom. Skoro już przy tym jesteśmy – przecież nie każdy musi trenować po to, żeby walczyć na zawodach. Boks, to jeden z najlepszych sportów ogólnorozwojowych, który dodatkowo znakomicie wyrabia charakter. Jeśli stworzy się młodym ludziom odpowiednie warunki i da alternatywę wobec komputera i telewizora, to na pewno część z nich z tej opcji skorzysta. A w przyszłości pewnie zdecyduje się pozostać w gminie, która stwarza takie warunki życia swoim mieszkańcom – uważa Babicki.

 

NIK krytykuje samorządy. Za sport

To że gminy dosyć obojętnie podchodzą do działalności sportowej na swoim terenie, to nie jedyny problem. Tam, gdzie decydują się ją wesprzeć, bardzo często pojawiają się problemy z właściwym finansowaniem. Opublikowany jesienią ubiegłego roku raport Najwyższej Izby Kontroli nie pozostawia wątpliwości: nieprawidłowości są tu na porządku dziennym.

Finansowanie sportu w gminach i zlecanie zadań klubom sportowym odbywa się według niejasnych zasad, sport wyczynowy jest dotowany niezgodnie z prawem, a wydawane przez kluby środki nie są należycie nadzorowane – konkludują swoje opracowanie inspektorzy NIK.

Zgodnie z prawem sport rekreacyjny można wspierać poprzez dotacje. Sport wyczynowy podlega jednak innym zasadom: w tym przypadku gminy mogą fundować stypendia i nagrody dla zawodników oraz trenerów. I tu pojawia się problem – większość gmin narusza te reguły, udzielając dotacji na kluby zajmujące się sportem wyczynowym. 95 proc. dotacji dla klubów przyznano w otwartych konkursach ofert, resztę – na podstawie wniosków składanych przez same kluby. W ofertach i wnioskach kontrolerzy doszukali się jednak luk: braku wymaganych danych, niezgodności ze stanem faktycznym, nieprawidłowości przy ocenie ofert.

Również kluby sportowe mają swoje grzechy na sumieniu. Jak stwierdziła NIK, ponad 70 proc. z nich nie przestrzegało zapisów zawartych w umowach. Otrzymane pieniądze wydawano niezgodnie z warunkami zawartymi w umowach, na inne cele niż zgłoszono, a kluby nie rozliczały się z nich właściwie. Np. w zawodach, dofinansowywanych z samorządowych środków, brała udział mniejsza liczba zawodników niż zapowiadano, albo skracano czas ich trwania. Na dodatek, kluby źle szacowały planowane koszty i przychody z organizacji imprez sportowych, zaniżając je. NIK wytknęła taką sytuację szczególnie OŚ AZS Poznań, który osiągnął zysk trzykrotnie przekraczający wysokość dotacji – innymi słowy, poradziłby sobie z powodzeniem bez samorządowej dotacji.

niedziela, 27 styczeń 2013 22:17

Sportowe Starachowice

Napisane przez

Wszyscy zachwycamy się pięknymi obiektami sportowymi, które powstały na EURO 2012. Warto jednak budować obiekty sportowe również poza metropoliami, także dla innych dziedzin sportu, a przede wszystkim z myślą o rozwoju masowej kultury fizycznej, w szczególności wśród dzieci i młodzieży.

I tak się dzieje. Doskonałym tego przykładem są Starachowice, gdzie wszędzie widać nowe lub zmodernizowane obiekty sportowe czy ścieżki rowerowe.

Nie tylko dla zawodowców

Sportową wizytówką miasta jest oddana do użytku w 2002 r. Miejska Hala Sportowa. W kompleksie jest pełnowymiarowe boisko do piłki nożnej, koszykówki, siatkówki, sala fitness, siłownia i sauna. Na co dzień hala wykorzystywana jest przez uczniów miejscowych szkół na potrzeby lekcji wychowania fizycznego. Po zajęciach, a także w weekendy, okresy ferii zimowych oraz wakacje obiekt tętni sportowym życiem.

W ramach rządowego projektu "Moje Boisko Orlik 2012", przy niektórych szkołach  powstały – dzięki dofinansowaniu z Ministerstwa Sportu i Urzędu Marszałkowskiego -  boiska sportowe. Za ponad milion złotych wybudowano też boiska przyszkolne, w tym wielofunkcyjne boisko o sztucznej nawierzchni. W ramach programu "Budowa wielofunkcyjnych boisk sportowych ogólnie dostępnych dla dzieci i młodzieży" powstały kolejne obiekty,  m.in. boiska wielofunkcyjne o nawierzchni poliuretanowej 22x44 m, służące do gry w piłkę nożną, ręczną, do siatkówki, koszykówki, tenisa.

KlubyiStowarzyszenia funkcjonujące na terenie gminy Starachowice otrzymują z budżetu miasta dotacje na szkolenie dzieci i młodzieży, zakup sprzętu,  udział we współzawodnictwie sportowym oraz organizację obozów sportowych.

Prezydent miasta funduje także stypendia sportowe dla młodych sportowców i nagrody za wybitne osiągnięcia sportowe.

Pływalnia z życiem

Dziś, baza sportowa w mieście, to także kompleks rekreacyjno-sportowy (boisko, skatepark, plac zabaw), a także … kryta pływalnia z basenem sportowym o wymiarach 12,5x25 m i głębokości od 1,80 do 4 metrów, rekreacyjnym z wieloma atrakcjami (rwąca rzeka, gejzer powietrzny, ławka rurowa z masażem), brodzikiem dla dzieci, jacuzzi, zjeżdżalnią wodną o długości 47 m i pomieszczeniem odnowy biologicznej.

Projekt pływalni, który okazał się przysłowiowym „strzałem w dziesiątkę”, powstał  dzięki współfinansowaniu przez Unię Europejską z Europejskiego Funduszu Rozwoju Regionalnego w ramach Regionalnego Programu Operacyjnego Województwa Świętokrzyskiego i Funduszu Rozwoju Kultury Fizycznej. Wartość projektu to ok. 23 mln zł, zaś wkład własny ok. 16 mln zł.

- Jest to obiekt na miarę oczekiwań starachowiczan. Oddana w 2010 r. inwestycja stała się wizytówką tego miasta. Nasz basen odwiedzają nie tylko mieszkańcy Starachowic. Korzystają z niego również mieszkańcy ościennych gmin. Basen cały czas tętni życiem. Organizowane są na nim różne prestiżowe imprezy rangi Mistrzostw Polski, jak chociażby Grand Prix Polski w ratownictwie wodnym czy Mistrzostwa Ligi Obrony Kraju w płetwonurkowaniu. Kryta Pływalnia to również miejsce organizacji licznych imprez dla mieszkańców miasta, jak np. Rodzinne Igrzyska Wodne, czy promujących naukę pływania oraz bezpieczeństwo w wodzie, m.in. program:  „Z Delfinkiem Woprusiem” (adresowany do przedszkolaków), „Już pływam” (bezpłatne zajęcia z nauki pływania dla młodzieży szkolnej) prowadzone we współpracy z Zarządem Głównym Wodnego Ochotniczego Pogotowia Ratunkowego. To również miejsce pracy trzech sportowych klubów pływackich: „Orka”, „Kalmar”, „Barakuda  – mówi Radosław Dulęba – kierownik Referatu Obsługi Krytej Pływalni.

Dziś wiele samorządów buduje baseny, a potem one niszczeją, gdyż brakuje środków na ich utrzymanie. Starachowice utrzymanie obiektu wpisały w katalog priorytetów. - Owszem jest to dość duży koszt, ale jednak basen to inwestycja, która pełni specyficzną rolę w życiu gminy. Żaden basen w Polsce nie przynosi dochodów. Pełni za to inne funkcje użytkowe i rolę społeczną. Ludzie po to płacą przecież podatki, aby potem mogli korzystać z tego typu nowoczesnych obiektów - dodajeRadosław Dulęba.

Zdrowy duch

Dla kondycji i zdrowia mieszkańców ważniejszy od sportu zawodowego czy  wyczynowego jest rozwój sportu masowego.- W części polskiego społeczeństwa wciąż brakuje świadomości, jak ważne dla ich dzieci jest wychowanie fizyczne, sport, zwykła aktywność fizyczna. Dopóki nie zmienimy radykalnie podejścia do uprawiania sportu w polskich rodzinach, trudno będzie poprawić poziom wychowania  fizycznego w szkołach, coraz trudniej będzie o profesjonalne sukcesy sportowe polskich zawodników – przekonuje Jan Michał Salamon, kierownik Referatu Sportu, Promocji i Turystyki

Nasze miasto  - dodaje - to prężnie rozwijający się ośrodek sportowy, ważne miejsce na sportowej mapie Polski.  Samorząd nie szczędzi środków na kluby sportowe i stowarzyszenia, wspierając je nie tylko finansowo, ale i organizacyjnie. Efektem tej współpracy jest upowszechnianie oraz rozwój kultury fizycznej i sportu, a także organizacja wielu festynów rodzinnych oraz imprez sportowo-rekreacyjnych adresowanych do szerokiego grona odbiorców .

Tym co godnie  wieńczy starania samorządowców i sportową aktywność mieszkańców miasta jest fakt zwycięstwa Starachowic w kolejnej edycji Sportowego Turnieju Miast i Gmin z całej Polski ( w grupie piątej od 40-100 tys. mieszkańców). – Ubiegłoroczny  sukces, to dla  miasta trzecie już zwycięstwo w ostatnich czterech latach.  W ramach ubiegłorocznego Europejskiego Tygodnia Sportu dla Wszystkich odbyło się w Starachowicach  138 imprez, w których - wróżnych formach aktywności fizycznej - udział wzięło ponad 28 tysięcy osób.

Na pytanie czy warto więc inwestować w sport,  starachowiccy samorządowcy mają jedną odpowiedź: - Oczywiście, że tak. Przecież kultura fizyczna to skuteczne i bardzo motywujące narzędzie mogące pomóc młodzieży w rozwijaniu umiejętności przywódczych, zdolności komunikowania się i zarządzania w sposób nie tylko efektywny, ale i sprawiający przyjemność. Młodzi i dorośli mają gdzie się spotykać, doskonalić swoje umiejętności czy też aktywnie spędzać czas.

niedziela, 27 styczeń 2013 20:00

Prawosławne Święta

Napisane przez

W Kościele prawosławnym, deklarującym wierność względem najstarszych tradycji chrześcijańskich oraz zasad Pisma Świętego, na szczególną uwagę zasługuje bogaty, mistyczny i symboliczny ceremoniał, głęboko przeżywany przez wiernych.

Wyznawcy prawosławia stanowią drugą pod względem liczebności grupę religijną w Polsce. Hierarchowie Cerkwi oceniają, że osób tego wyznania jest w Polsce około 500-600 tys. Najwięcej prawosławnych zamieszkuje tereny Białostocczyzny, czyli województwo podlaskie. Liczne skupiska osób tego wyznania znajdują się terenach północno-wschodnich kraju, ale cerkwie prawosławne możemy spotkać również w Szczecinie czy Wrocławiu. Czuwają nad wiernymi hierarchowie Kościoła prawosławnego, kierujący diecezjami: warszawsko-bielską, wrocławsko-szczecińską, białostocko-gdańską, lubelsko-chełmską, łódzko-poznańską i przemysko-nowosądecką.

Prawosławne Boże Narodzenie – 6 stycznia

Prawosławne i Grekokatolickie Święta Bożego Narodzenia rozpoczynają się 13 dni po Świętach katolickich, czyli 6 stycznia 2013 r. Wynika to z kalendarza juliańskiego, którym kierują się Kościoły wschodnie, podczas gdy Kościół rzymskokatolicki przyjmuje określanie czasu zgodnie z kalendarzem gregoriańskim.

W Kościele prawosławnym, deklarującym wierność względem najstarszych tradycji chrześcijańskich oraz zasad Pisma Świętego, na szczególną uwagę zasługuje bogaty, mistyczny i symboliczny ceremoniał, głęboko przeżywany przez wiernych. Nabożeństwa odprawiane są w językach narodowych, ale nieodłącznymi elementami liturgii są: teksty starocerkiewnosłowiańskie i śpiew.

Podobnie jest w Wigilię, którą prawosławni nazywają: nawieczeriem lub soczelnikiem.

Wigilia Bożego Narodzenia i Święta

Aż do wieczerzy wigilijnej wyznawcy prawosławia i grekokatolicy poszczą. Do kolacji zasiadają przed rodzinną ikoną w gronie najbliższych. Uroczystość rozpoczyna się od dzielenia się prosforą, czyli przyniesionym z cerkwi przaśnym, pobłogosławionym chlebem. Wcześniej rolę chleba pełniło socziwo, czyli gotowana pszenica polewana miodem, odpowiednik dzisiejszej kutii – potrawy z pszenicy, maku i miodu. Dzieleniu się chlebem towarzyszą życzenia składane sobie przy choince.

Na wigilijnym stole znajdują się obowiązkowo postne dania: ryby, np. karp, kisiel z owsa czyli kisełycia, szczułok, czyli kompot z suszonych owoców, barszcz, potrawy z grzybami czy smażone na oleju placki. Dań symbolicznie musi być 12, podobnie koniecznie powinny się znaleźć w wigilijnym menu: chleb – symbol pożywienia, sól – symbol obfitości, miód – symbol słodyczy oraz czosnek - symbol zdrowia.

Po wieczerzy najbliżsi wręczają sobie prezenty, a następnie udają się do cerkwi na uroczyste, wielogodzinne, połączone z całonocnym czuwaniem nabożeństwo. To ono stanowi najważniejszy moment Świąt, które składają się nie z dwóch, a z trzech dni: 6 stycznia jest Wigilia, 7 stycznia – Boże Narodzenie, 8 stycznia – Sobór Bogurodzicy, a 9 stycznia obchodzi się dzień pierwszego męczennika Stefana.

Święta Bożego Narodzenia to czas rodzinnych spotkań. Pierwszego dnia Świąt wszyscy w rodzinie zasiadają do uroczystego, już nie postnego, śniadania, a w kolejnych dniach odwiedzają się wzajemnie i przyjmują wędrujących z gwiazdą kolędników. 

niedziela, 27 styczeń 2013 19:53

Musimy wrócić do Boga

Napisane przez

z Arcybiskupem Ablem, Ordynariuszem Prawosławnej Diecezji Lubelsko-Chełmskiej, rozmawia Ewa Piechota

1.      Jak określiłby ksiądz Arcybiskup misję kościoła prawosławnego w Polsce?

Żyjemy obecnie w dosyć ciekawym czasie. Dla kościoła prawosławnego w Polsce, na przestrzeni całej tysiącletniej historii Prawosławia w Polsce, są to czasy prawdopodobnie najbardziej sprzyjające. Bez względu na większą lub mniejszą sympatię tej, bądź innej, ekipy rządzącej mamy uregulowany status prawny, co jest niezbędne, aby właściwie prowadzić naszą działalność - jako Kościół i jako wiele kościelnych osób prawnych, tj. diecezji, parafii, uczelni, bractw, stowarzyszeń, fundacji bądź też ośrodków promujących duchowość i kulturę Prawosławia.

Dzisiaj dostrzegam, iż z każdym dniem rodzi się silniejsze przekonanie, że Prawosławie jest nieodłącznym elementem polskiego dziedzictwa narodowego i źródłem państwowotwórczym. Ważne jest przekazywanie rzetelnej informacji o historii Prawosławia w Polsce, i to przede wszystkim z okresu I Rzeczypospolitej. Wznowione przez nas wydanie pracy Kazimierza Chodynickiego „Kościół Prawosławny a Rzeczpospolita - Zarys historyczny 1370 – 1632” wywołuje ogromne zdziwienie u licznych naszych sympatyków, wiele też osób całkowicie zmieniło pogląd na obecność Prawosławia w Polsce. Należy również wspomnieć smutny okres międzywojenny – akcję burzenia prawosławnych cerkwi na Chełmszczyźnie i Południowym Podlasiu w 1938 r. Prezydent Polski, śp. Lech Kaczyński, wyrażając w imieniu Państwa ubolewanie wobec tego, co się stało, napisał, że niszczenie cerkwi w tamtym okresie było dla prawosławnych chrześcijan w Polsce ogromną krzywdą.

Jeszcze do niedawna mawiano przecież, że katolik nie może wstąpić do świątyni prawosławnej. W dzisiejszych czasach relacje między kościołami: katolickim, protestanckim i prawosławnym są raczej poprawne. Prowadzimy ze sobą dialog na płaszczyznach ekumenicznych, działają zespoły bilateralne. Jestem w pełni przekonany, że twórcze polemiki pomiędzy intelektualistami katolickimi i prawosławnymi oraz wszelkie relacje ekumeniczne będą prowadziły do stopniowej eliminacji wszelkich nieporozumień i animozji z lat przeszłych. Samo zainteresowanie kultem ikony, bądź melodiami śpiewu cerkiewnego w dzisiejszych polskich realiach staje się dowartościowaniem dorobku liturgicznego Kościoła prawosławnego. Promocja w naszym życiu społecznym tego piękna, które ma właściwości zbawcze, jest swoistą misją naszego Prawosławia.

2.      W jaki sposób Kościół, którym ksiądz Arcybiskup kieruje, uczestniczy w życiu lokalnych społeczności?

Przez cały czas swojej biskupiej posługi staram się być człowiekiem otwartym, chcąc być wszędzie i ze wszystkimi. Daje mi to możliwość bezpośredniego obcowania ze społecznością prawosławną mojej diecezji lubelsko-chełmskiej. Diecezja ta pozostaje dzisiaj w stanie szczątkowym, gdy chodzi o jej potencjał społeczny. Po tragicznych doświadczeniach minionego stulecia nasza społeczność bardzo często jest nie do końca przekonana, że nastały nowe czasy. Mieszkańcy nadbużańskich wsi mają mnóstwo problemów, aby otrzymać fachową pomoc medyczną czy też wsparcie w organach administracji rządowej czy samorządowej. Dzieje się tak także w ośrodkach miejskich. W takich przypadkach służę często swoją osobą jako pośrednik. Taką praktykę polecam również mojemu duchowieństwu parafialnemu.

Powołane centra Kultury Prawosławnej w Białej Podlaskiej, Chełmie, Terespolu i Siedlcach dają możliwość dokładnego zgłębienia swojej tożsamości wyznaniowej, a jednocześnie służą integracji społecznej. Tradycyjny już Międzynarodowy Festiwal Kolęd Wschodniosłowiańskich w Terespolu integruje prawie trzecią część naszej społeczności diecezjalnej. Wszędzie tam zazwyczaj, jako hierarcha, uczestniczę osobiście. Od 23 lat pełnię posługę biskupią w diecezji lubelsko-chełmskiej, zaś ze społecznością prawosławną na Lubelszczyźnie związany jestem od 1978 r. i faktem jest, że osobiście znam niemalże jedną trzecią swoich diecezjan, co tłumaczy łatwość kontaktów z nimi.

3.      Jak dotrzeć z przesłaniem miłości i postawą dialogu, którego ksiądz Arcybiskup jest orędownikiem, do podzielonego współczesnego świata i skłóconych ze sobą ludzi?

W dzisiejszej dobie, dobie rozkwitu techniki, mamy dostęp do nowoczesnej technologii. Temu służy w naszej diecezji lubelsko-chełmskiej radio internetowe – Orthodox.fm. Na tym portalu nasi wierni oraz społeczność interesująca się naszą problematyką może znaleźć bardzo interesujące materiały: kazania, nabożeństwa, muzykę cerkiewną, reportaże, wspomnienia starszego pokolenia. Wprowadziliśmy możliwość video-prezentacji.

Młodzież zintegrowana jest w Diecezjalnym Bractwie Młodzieży Prawosławnej. Wydaje ono kwartalnik „Istocznik”. Dzięki młodym kwartalnik ten dociera prawie do każdego domu wiernych w naszej diecezji. Takie formy stanowią najlepszą formę działalności misyjnej naszego kościoła.

Jestem przekonany, że przekazywane w ten sposób posłannictwo „Dobrej Nowiny” jest dobrym stymulatorem dla współczesnego świata, a jednocześnie balsamem dla tak często zwaśnionych ludzi.

4.      W swojej duszpasterskiej pracy wiele uwagi poświęca ksiądz Arcybiskup obiektom sztuki sakralnej. Ma ksiądz Arcybiskup wielkie zasługi w ratowaniu np. pięknych niszczejących cerkiewek. Jak społeczności lokalne i władze państwowe mogłyby wspierać takie działania?

Wspominałem wcześniej o problemach historycznych, o doświadczeniach, które były udziałem mojej diecezji. Dzisiaj musimy odbudowywać utracony potencjał, również potencjał naszej architektury. W czasie mojej biskupiej posługi udało nam się wybudować dwadzieścia nowych świątyń prawosławnych, najczęściej w miejscach po świątyniach zburzonych w okresie międzywojennym, tam, gdzie była taka potrzeba. Wielkim dla nas zadaniem jest rewitalizacja zabytkowych świątyń prawosławnych. W tym wyzwaniu korzystamy z różnych zewnętrznych finansowych środków pomocy. Udało nam się ocalić i podnieść z ruin dwie znaczące świątynie - w Szczebrzeszynie i Dołhobyczowie. Było to możliwe, dzięki Norweskiemu Mechanizmowi Finansowemu – Priorytet 3 Ochrona Kulturowego Dziedzictwa Europejskiego. Wiele zawdzięczamy Ministerstwu Kultury i Dziedzictwa Narodowego oraz środkom Unii Europejskiej, dostępnym w ramach Programu Rozwoju Obszarów Wiejskich.

Jestem niezmiernie wdzięczny Wojewódzkiemu Konserwatorowi Zabytków oraz Urzędowi Marszałkowskiemu za nieustanną otwartość na nasze wnioski. To dzięki nim możemy ratować perły architektury sakralnej naszego regionu. Samorządy gminne, wójtowie gmin, w szczególności te, znajdujące się na Podlasiu, są zawsze otwarte na wszelkie kontakty z Prawosławiem.

5.      Jak współczesny człowiek ma szukać Boga?

Rozpowszechnione jest przekonanie, że wiek XXI albo będzie wiekiem religii, albo nie będzie go wcale. My - jako chrześcijanie, nie możemy gonić za modą. Powinniśmy wszyscy - i prawosławni, i protestanci, i katolicy zachować naszą tożsamość chrześcijańską. Dlatego Kościół powinien być stanowczy w zachowaniu pewnej dozy konserwatyzmu. Musimy naszą społeczność nauczyć modlitwy. To ona jest najwyższą formą dialogu z Bogiem. Dzisiejsza rzeczywistość powinna każdego z nas niepokoić, bo współcześni ludzie modlą się rzadko. To efekt sekularyzacji, wynikający z radykalnego zracjonalizowania ludzkiego życia.

Dawniej zawsze były obecne w ludzkim życiu pewne formy tajemniczości, formy misteryjne, co szczególnie dotyczyło życia małżeńskiego i rodzinnego. Dzisiaj sfera tajemnicy zostaje wyeliminowana. Tam, gdzie wszystko musi być transparentne, przejrzyste – tam na tajemnicę, a więc i na modlitwę, nie ma miejsca. Trudno też doświadczyć wartości mistyki, która polega na doświadczaniu Boga w pełni, w najrozmaitszych ludzkich sytuacjach – w miłości, w cierpieniu, w staraniach o pokój i dobre relacje międzyludzkie. Sami bez Boga sobie nie poradzimy. Modlitwa jest najlepszą receptą dla dzisiejszego człowieka.

Dzisiejszym procesom zeświecczenia Kościół przygląda się ze spokojem, choć z dozą bólu. Kiedy patrzymy szerzej niż tylko na nasz europejski wycinek dziejów, zauważamy, że wiele razy w historii z religijnością człowieka było o wiele gorzej niż dziś. Wystarczy przypomnieć epokę Oświecenia. Z drugiej strony trudno nie dostrzec, że szerzący się egoizm utrudnia dzisiaj, szczególnie młodym ludziom, wiązanie się z kimkolwiek na stałe. Nie chcą oni wchodzić w trwałe relacje ani z Bogiem, ani z człowiekiem. Stąd kryzys małżeństw.

Jestem przekonany, że musimy jednak jako ludzkość odbić się od dna i wrócić do Boga. Jeżeli się nie ockniemy na czas, grozi nam samounicestwienie nie tylko z powodów moralnych, ale także klimatycznych czy ekologicznych. Jestem jednak przekonany, że miłosierny Bóg nie pozwoli zniszczyć swojego stworzenia. Trzeba mu zaufać. I w tej kwestii nieodzowna jest modlitwa.

6.      Jakie przesłanie przekazałby ksiądz Arcybiskup ludziom na początku Nowego, 2013 Roku?

Przeżyliśmy wielką tajemnicę Bożej miłości, Bożej światłości i Bożego życia, świętując Święta Bożego Narodzenia. Boże Narodzenie jest dla nas najlepszą okazją, aby dostrzec wielki Majestat Bożej Prawdy, która zbawia człowieka. Nowy, 2013 Rok, niechaj będzie dla nas czasem zdominowanym przez szczodre łaski Bożego błogosławieństwa, abyśmy w pełni duchowej radości mogli przezwyciężyć wszystkie nasze życiowe wyzwania.

Serdecznie dziękuję za rozmowę i życzę wszelkiej pomyślności w Nowym Roku.

Ewa Piechota

poniedziałek, 26 listopad 2012 18:27

KILKA MITÓW O KULTURZE W GMINIE

Napisane przez

Życie kulturalne w gminie często przekracza granice wyobraźni przeciętnego mieszkańca dużego miasta, który może iść do filharmonii czy do muzeum.

Nic się nie dzieje. Nieprawda

Kiedy okazjonalnie pytam mieszkańców odwiedzanej gminy o wydarzenia kulturalne, nader często słyszę odpowiedź „nic się nie dzieje.” Bywa, że komuś coś się przypomni, np. występ znanego zespołu muzycznego, ale zaraz dodaje, że to było dawno. Wystarczy jednak poczytać plakaty rozwieszone w mieście czy tablicę ogłoszeń w Urzędzie Miasta i Gminy, a już przegląd w Internecie rocznych planów z zakresu kultury w kilku gminach może przyprawić o zawrót głowy. Odbywają się najróżniejsze wystawy, spotkania poetyckie, koncerty i konkursy recytatorskie, imprezy kulinarne i sportowe, działają dyskusyjne kluby filmowe i kursy wykonywania biżuterii.  

Autorami twierdzenia „nic się nie dzieje” bywają najczęściej ci, którzy tak naprawdę nie są zainteresowani udziałem w koncercie czy spotkaniu z pisarzem. Być może oferta animatorów kultury nie trafia w potrzeby ewentualnych zainteresowanych lub działalność kulturalna nie ma skutecznej promocji. Zawsze jednak taka odpowiedź powinna skłaniać do refleksji.

Kultura tylko w Ośrodku Kultury. Nieprawda

Gminny Ośrodek Kultury czy Centrum Kultury to nie jedyny podmiot prowadzący działalność kulturalną. W wielu gminach miejscem wydarzeń kulturalnych staje się także gminna biblioteka i jej filie, ośrodek sportowy, Koło Gospodyń Wiejskich, kino, teatr, księgarnia, muzeum albo izba regionalna, galeria lub salon artystyczny, ognisko artystyczne czy świetlica.

Jak wynika z wielu badań, w gminach najwięcej jest właśnie świetlic i klubów. W niewielkiej gminie taki właśnie ośrodek kultury organizuje nie tylko wystawy, festyny, koncerty, ale także imprezy związane z obchodami świąt państwowych.

Natomiast w środowisku miejskim kulturą zajmuje się kilka różnych instytucji, takich jak: opera, filharmonia, kina, teatry, muzea, a duże plenerowe imprezy są prowadzone przez zespoły fachowców.

Więcej ofert dla seniorów niż dla młodych. Nieprawda

Na wsi czy w małym miasteczku wiejska świetlica jest naturalną przestrzenią spotkań. Bywa, że to jedyne miejsce, do którego można zaprosić większą grupę gości. W Lisim Polu (zachodniopomorskie) w świetlicy odbywają się imprezy z okazji osiemnastych urodzin młodych mieszkańców.

Gminne Ośrodki Kultury to dziś w większości miejsca, gdzie młodzi mogą rozwijać swoje zainteresowania i talenty. Zespoły wokalne i orkiestry dęte to niemal standard. Np we Lwówku działa także grupa choreograficzna, tzw. pomponistki, które towarzyszą występom plenerowym orkiestry dętej. W innych ośrodkach prowadzone są kursy robienia witraży czy batiku. Istnieją koła plastyczne, komputerowe, turystyczne, taneczne, teatralne.

Oferta gminnego Koła Gospodyń Wiejskich na pewno zainteresuje smakoszy dobrego jedzenia - w różnym wieku. Często zdarza się, że panie zapraszają np. na degustację pierogów. Liczne w gminach zespoły artystyczne pieśni i tańca ludowego, kapele ludowe (często z wieloletnim stażem i uznanym dorobkiem) to nie miejsca wyłącznie dla seniorów. Obecność w nich ludzi młodych jest często wyrazem potrzeby poznania tego, co można nazwać poczuciem emocjonalnej więzi ze środowiskiem. I w wielu gminach właśnie tak jest.

Większość wybiera festyn. Prawda

Tak wynika z publikacji podsumowującej projekt badawczy „Rola instytucji kultury w społecznościach wiejskich”, dofinansowywany ze środków Narodowego Centrum Kultury w ramach „Obserwatorium kultury”, w którym zajęto się rolą instytucji kultury na przykładzie gminy Mielnik w województwie podlaskim.

Festyny, jarmarki, festiwale, święta … - w każdej miejscowości inne, o innym charakterze i wciąż nowe. W gminie Chojna w tym roku po raz pierwszy zorganizowano „Festiwal Święto Zupy. Polsko-Niemieckie Wielkie Gotowanie”. Od lat w Trzebiatowie obchodzi się „Święto kaszy”, w Kaliszu Pomorskim – „Święto kiszonego ogórka”. W miejscowym jeziorze, zwanym ogórkowym, co roku tradycyjnie zatapiane są beczki z tegorocznymi ogórkami i jednocześnie wyławiane beczki z ubiegłorocznego kiszenia. Licznie zgromadzeni amatorzy kiszonych ogóreczków mogą na miejscu sprawdzić smak tego specjału.

Gminna impreza plenerowa to okazja do spotkania znajomych z innej wioski, spędzenia czasu wolnego podczas weekendu. Wspólna zabawa łączy nawet nieznajomych. Często organizator takiego festynu dba o dojazd mieszkańców z odległych miejscowości, co nie jest bez znaczenia dla mniej mobilnych mieszkańców. Wbrew pozorom lubimy być razem, mieć poczucie wspólnoty podczas, np. „Dni naszej gminy”, kiedy gra kapela ludowa czy zespół rockowy, otaczają nas wokoło kiermasze plonów, zapachy z grilla i możemy obserwować konkursy dla najmłodszych.    

Liczy się pomysł. Prawda

Pomysłowość animatorów kultury bywa imponująca. Cenny jest fakt, że pomysł przyjęty do realizacji staje się pochodną oczekiwań i potrzeb mieszkańców. To warunek, by zaplanowana impreza miała wielu uczestników i budowała poczucie lokalnej tożsamości.

Szachowe Mistrzostwa Barlinka zainspirowane zostały faktem, że w tym mieście urodził się Emanuel Lasker (1868-1941), przez 27 lat drugi mistrz świata w szachach. Był matematykiem, filozofem, brydżystą. Zmarł w Nowym Jorku.

W tym roku w Wolinie odbył się XVIII Festiwal Słowian i Wikingów. Dziś jest to jedna z największych w Europie impreza tego typu. W tym roku zjechało się na nią ponad 1500 Słowian i Wikingów z całego świata. Byli Australijczycy, Amerykanie i mieszkańcy Nowosybirska. Oprócz średniowiecznych rzemiosł, które podziwiano przez trzy dni trwania festiwalu, mężczyźni zaprezentowali się w widowiskowej bitwie. Festiwal odwiedziło ponad 30 tysięcy turystów.

18 lat temu o tej imprezie wiedziało niewielu i niewielu w niej uczestniczyło. Po latach ogromne zainteresowanie tym niezwykłym festiwalem pokazuje, że pasja jego organizatorów niemal „zaczarowała” widzów, których coraz więcej każdego kolejnego roku przyjeżdża z Polski i całego świata.

Mity o kulturze w gminie należy odkłamać. Dzięki ludziom pracującym w najróżniejszych gminnych placówkach edukacyjnych i sportowych, kulturalne życie w gminach nie ma jednorodnego wymiaru. Najłatwiej jest powiedzieć, że „nic się nie dzieje”.

Życie kulturalne w gminie często przekracza granice wyobraźni przeciętnego mieszkańca dużego miasta, który może iść do filharmonii czy do muzeum, ale nie jest pewien, czy mu się chce. I często nie idzie. Frekwencja na prowadzonych w małych miejscowościach zajęciach w kółkach zainteresowań, gminnych konkursach grzybiarzy, wędkarzy czy na kursach batiku jest proporcjonalnie większa niż na podobnych, niszowych imprezach w dużych miastach.

Koszty organizowania działalności kulturalnej w gminach i kreatywność animatorów kultury pracujących w gminnych placówkach oświatowych, to jednak temat na zupełnie inny tekst. 

wtorek, 30 październik 2012 11:50

Biblioteka – serce gminy

Napisane przez

Tak dynamicznego, centralnego programu rozwoju bibliotek dotąd nie było. Dzięki niemu biblioteki gminne stają się dzisiaj nowoczesnymi, mającymi dostęp do Internetu, centrami kultury: miejscem spotkań młodzieży, ośrodkiem wsparcia dla dorosłych, przestrzenią rozwijania pasji dla seniorów.

Tworzenie nowoczesnych centrów kultury umożliwiają przede wszystkim programy: Rozwoju Bibliotek (PRB), prowadzony przez Fundację Rozwoju Społeczeństwa Informatycznego (FRSI) oraz Biblioteka +, stanowiący element wielkiego projektu Kultura +, któremu patronuje Ministerstwo Kultury i Dziedzictwa Narodowego. Realizacją zadań programu zajmują się m.in.: Fundacja Rozwoju Społeczeństwa Informatycznego, Instytut Książki, towarzyszą mu: Biblioteki Wojewódzkie, a także sieć telefonii Orange.
 
Na drodze przemian – wymierne sukcesy
Po pierwsze dokonało się informatyczne biblioteczne otwarcie na świat: bezpłatne podłączenie do Internetu otrzymało ponad 3500 gminnych bibliotek publicznych. Zawarta w 2008 roku umowa między czterema partnerami: dwoma ministerstwami: Kultury i Dziedzictwa Narodowego i Administracji i Cyfryzacji, Fundacją Rozwoju Społeczeństwa Informatycznego oraz Orange została przedłużona o kolejne trzy lata. To jeden ze szczególnych przykładów udanej współpracy publiczno-prywatnej.
 
Działania w sferze informatyzacji prowadzą także pozostali partnerzy porozumienia, np. z programu PRB przekazano do użytku mieszkańców gmin ponad 9300 sztuk różnego rodzaju sprzętu: komputerów, laptopów, drukarek, projektorów. 
 
Dzięki dotacjom z funduszu Ministerstwa Kultury, sięgającego 150 mln złotych, od dwóch lat możliwe są remonty generalne bibliotek gminnych - nawet do 1 mln złotych każdy. Środki na ten cel będą dostępne jeszcze przez dwa lata. Skorzystało z nich dotąd 56 bibliotek, nabór nowych podmiotów do programu ciągle trwa.
 
Nie tylko o książki tu chodzi
Opublikowany we wrześniu tego roku, przygotowany na zlecenie Fundacji RSI, raport „Po co Polakom biblioteki?” pokazuje, jak ewoluuje w gminie funkcja wypożyczalni książek. 
Dziś – dla wszystkich grup wiekowych, organizuje się tu spotkania: z podróżnikami, pisarzami, prowadzone są zajęcia edukacyjne - od językowych i komputerowych, po rękodzieło artystyczne i sztukę ludową. Bywa, że odbywają się dyskusje filmowe, przedstawienia teatralne. Tu też dorośli załatwiają codzienne sprawy: wypełniają PIT-y, piszą listy motywacyjne i CV.
Młodzież poprawia dzięki bibliotekarzom szkolne oceny (podkreśla to aż 68% respondentów raportu, 363 000 uczniów). 
 
Promocja gminy - w bibliotece
Instytut Książki we współpracy z Bibliotekami Wojewódzkimi wprowadza programy zarządzania zbiorami, dzięki którym można śledzić miejsce pobytu poszukiwanej książki. Bibliotekarze uczą się, jak animować życie społeczne w gminie, zarządzać nowoczesną biblioteką. Mówią, że coraz częściej czują się potrzebni samorządom – na zlecenie gminy organizują akcje promocyjne, spotkania wyborcze.
Szczególnie na wsi i w małych miasteczkach
 
Według raportu Programu Rozwoju Bibliotek w ubiegłym roku w gminach i małych miasteczkach skorzystało z punktów bibliotecznych objętych PRB blisko 2mln 670 tys. osób w wieku 13 + (spośród ok. 10 mln ogólnej liczby mieszkańców, zamieszkujących małe ośrodki, w których działa PRB).
W Raporcie Biblioteki Narodowej z 2010 r. podano, że 46% Polaków nie przeczytało w ciągu miesiąca tekstu dłuższego niż 3 strony. Myślę, że wskaźnik ten nie dotyczy gmin, w których znajdują się nowoczesne biblioteki. 
 

Dofinansowanie na budowę lub remont
Do 15 listopada 2012 r. można składać wnioski do priorytetu "Biblioteka+. Infrastruktura bibliotek". O dofinansowanie na budowę lub remont mogą się starać zwłaszcza biblioteki gminne oraz gminne instytucje kultury, w skład których wchodzą biblioteki.
 
Kultura+ jest uchwalonym przez Radę Ministrów wieloletnim programem rządowym na lata 2011-2015. 
 
Źródło: www.bibliotekaplus.pl    

Dobre Praktyki
 
Kino za regałem
Biblioteka w Babicach organizuje cykliczne projekcje filmów, połączone z klubem dyskusyjnym, warsztaty filmowe i konkursy.
 
Dzisiaj młodzi amatorzy - jutro wspaniali aktorzy
Pod takim hasłem w Baniach Mazurskich otworzył swoje podwoje amatorski teatr dla dzieci i młodzieży, warsztaty teatralne prowadziła w ramach wolontariatu pani polonistka.
 
Akademia (nie)młodego informatyka
Z arkuszem kalkulacyjnym Microsoft Excel oraz edytorem tekstu Microsoft Word zmagali się w Białym Dunajcu seniorzy (50 +), którzy pragnęli mieć szerszy dostęp do informacji.
 
Gra terenowa – poznać małą ojczyznę
W Bornym Sulinowie młodzież projektowała w bibliotece grę planszową dotyczącą historii miejscowości.
 
Brzeska Łokietkomania
W Brześciu Kujawskim odbyły się: konkurs wiedzy, prelekcje, wycieczki oraz prezentacja średniowiecznych narzędzi i sztuki kulinarnej.
Strona 3 z 3

Lock full review www.8betting.co.uk 888 Bookmaker

PARTNERZY