Ostrzeżenie

JUser::_load: Nie można załadować danych użytkownika o ID: 83.

JUser::_load: Nie można załadować danych użytkownika o ID: 82.

JUser::_load: Nie można załadować danych użytkownika o ID: 78.

JUser::_load: Nie można załadować danych użytkownika o ID: 76.

JUser::_load: Nie można załadować danych użytkownika o ID: 53.

JUser::_load: Nie można załadować danych użytkownika o ID: 51.

Kultura i sport

Kultura i sport (36)

sobota, 24 maj 2014 16:06

POCZTÓWKA Z FESTIWALU RADOŚCI ŻYCIA

Napisane przez

W listopadzie 2013 r. w Wyszkowie odbył się Festiwal Radości Życia Osób z Niepełnosprawnościami – wydarzenie wyjątkowe, godne uwagi już choćby z racji idei, jaka mu przyświecała. Impreza była ukoronowaniem projektu Kalkulator Kosztów Zaniechania (KKZ), realizowanego przez Mazowieckie Centrum Polityki Społecznej, SGH i Radomskie Centrum Przedsiębiorczości.

KKZ to projekt szkoleniowy skierowany do samorządowców, pracowników opieki społecznej, centrów pomocy rodzinie oraz do osób z organizacji pożytku publicznego. Jego głównym celem było wprowadzenie na Mazowszu innowacyjnego rozwiązania w obszarze polityki społecznej – analizy kosztów zaniechania działań, które aktywizują i wspierają osoby zagrożone wykluczeniem społecznym, w tym osoby z różnego rodzaju niepełnosprawnościami.

Realizowana na Mazowszu polityka społeczna oceniona została przez badaczy problemu jako pasywna i zachowawcza, ukierunkowana na interwencję, a co za tym idzie – mało wydajna. Tymczasem koncepcja KKZ zakłada zmianę sposobu prowadzenia lokalnej polityki społecznej tak, by stała się ona efektywna, spójna w swych działaniach pomocowych, które powinny być oparte na aktywizacji i integracji osób potrzebujących wsparcia.

Według ustaleń realizatorów KKZ, prawie 100 samorządów gminnych i powiatowych na Mazowszu nie realizuje aktywnej polityki społecznej – mimo przeznaczonych na to funduszy z UE. Gmina Wyszków we współpracy z OPS i instytucjami pożytku publicznego wzięła udział w konkursie, a Jan Woźniak – prezes wyszkowskiego Stowarzyszenia Ważna Róża, działającego na rzecz osób niepełnosprawnych – wnioskował o otrzymanie środków unijnych na realizację tego celu.

Sam  pomysł na formę imprezy to efekt wspólnych działań przedstawicieli różnych instytucji pomocowych z terenu gminy, w tym: Stowarzyszenia Ważna Róża, Polskiego Stowarzyszenia na Rzecz Osób z Upośledzeniem Umysłowym, Warsztatów Terapii Zajęciowej, ŚDS Soteria dla osób z zaburzeniami psychicznymi, Polskiego Związku Niewidomych, grupy wsparcia dla osób chorych na stwardnienie rozsiane działającej przy OPS, a także Wyszkowskiej Wielobranżowej Spółdzielni Socjalnej „Szron”. Organizacje te reprezentowały różne obszary problemowe, z jakimi borykają się ludzie dotknięci niepełnosprawnością, i było to pierwsze przedsięwzięcie tego typu realizowane wspólnie przez tak różne instytucje.

Warto przyjrzeć się, jaki przebieg miał ten wyjątkowy Festiwal i jaki przekaz zawarły w nim  zaangażowane w jego organizację osoby z niepełnosprawnościami. Ich udział zasługuje na szczególną uwagę, ponieważ właśnie aktywizacja i integracja osób zagrożonych wykluczeniem była ideą przyświecającą przedsięwzięciu. Od początku realizacji projektu towarzyszyło założenie, że osoby niepełnosprawne mają być jego twórcami, a nie konsumentami.

Zachwycający pokaz tańca integracyjnego

Zaskakująca była niewątpliwie artystyczna oś festiwalu, który odbył się w Wyszkowskim Ośrodku Kultury „Hutnik” i zgromadził liczną publiczność. Nie zabrakło tu ani sztuk plastycznych, ani tańca, muzyki czy teatru. Sam ten pomysł niósł ze sobą silny przekaz dla ludzi zdrowych i dość stereotypowo myślących o osobach niepełnosprawnych. Chodziło o to, by uzmysłowić ludziom, że sztuka nie jest obszarem zarezerwowanym wyłącznie dla osób zdrowych, że zdolność kreacji artystycznej wymyka się sztywnym ramom kompetencji  intelektualnych czy sprawności fizycznej. W dodatku jej tworzenie wnosi w świat twórcy i odbiorcy całą gamę emocji, których przeżywania nie warunkują zdrowie czy choroba, są w pełni demokratyczne, dostępne dla każdego zaangażowanego.

Najlepszym dowodem na to, jak bardzo artystyczna forma festiwalu uderzała w szablonowe myślenie o sztuce i niepełnosprawności, był zachwycający, zdumiewający, emanujący energią i radością występ tancerzy – aktualnych mistrzów świata i Europy w tańcu integracyjnym – Pawła Karpińskiego i Nadine Kinczel. Trudno było uwierzyć, że wózek inwalidzki może być rekwizytem w pięknym, tanecznym spektaklu, podczas gdy na co dzień jest narzędziem gwarantującym artyście możliwość poruszania się. Inspirujące i dodające wiary w siebie widowisko!

Nieco przewrotną atrakcją Festiwalu była zabawa przeznaczona dla osób odpowiadających w gminie za jakość życia jej mieszkańców, także tych niepełnosprawnych. Burmistrz Wyszkowa Grzegorz Nowosielski, starosta powiatu wyszkowskiego Bogdan Pągowski, dyrektor OPS Agnieszka Mróz i dyrektor PCPR Joanna Kurowska, na oczach publiczności mieli okazję doświadczyć, jak to jest być osobą niepełnosprawną – stąd podroż burmistrza i starosty na wózku inwalidzkim przez tor przeszkód w postaci krawężnika i kilku trudnych do ominięcia słupków. Jak zapewniał konstruktor toru, był on tylko namiastką prawdziwych torów przeszkód, jakie na co dzień muszą pokonywać osoby niepełnosprawne ruchowo. Często zwyczajnie przerasta to ich możliwości i czyni wiele miejsc w mieście  niedostępnymi. Czy włodarze spojrzą po takim doświadczeniu bardziej empatycznie na swoje plany renowacji i remontów, czy uwrażliwią się na problem osób poruszających się na wózkach czy o kulach, dając temu wyraz w konstrukcji budżetów? Na pewno jednak pokaz ten uświadomił problem ludziom w pełni sprawnym. – Po Festiwalu zwróciłam uwagę mojej dentystce, że wejście po krętych schodkach do jej gabinetu jest zwyczajnie niemożliwe dla osoby niepełnosprawnej i źle świadczy to o jej medycznej wyobraźni. Była zaskoczona. Kiedy ostatnio przechodziłam koło jej gabinetu trwały prace budowlane, powstanie tam podjazd. Czasem wystarczy skłonić ludzi do myślenia – opowiada 23-letnia studentka administracji, gość Festiwalu.

Kolejna artystyczna kreacja oparta na tańcu i muzyce została wykonana przed podopiecznych PSOUU i WTZ. Była to wzruszająca etiuda pt: „Jest jak kwiat”. Grupa wsparcia dla osób chorych na stwardnienie rozsiane, działająca przy OPS, zaprezentowała przejmujący film „The Kladko Family”, opowiadający o życiu z tą chorobą.

Wędrowiec, który szczęścia szukał

Organizatorzy docenili terapeutyczne, integrujące i aktywizujące właściwości teatru – dlatego też na Festiwalu można był zobaczyć aż dwa przedstawienia. Powstały one na warsztatach teatralnych, które odbywały się regularnie przez trzy miesiące poprzedzające Festiwal. Warsztaty te były okazją do spotkań z ludźmi, współpracy, nauki roli, gestów i innych elementów kreacji aktorskiej. Dały szansę na odkrycie swych zdolności i możliwości. Podopieczni Ważnej Róży wystąpili w adaptacji „Małego Księcia”, pt. „Pamiętniki Małego Księcia”. Zaskoczyli publiczność świetnym wczuciem się w role, sugestywnym oddaniem fabuły i puenty opowieści o małym chłopcu odwiedzającym planety zamieszkałe przez ludzi, którzy stracili z oczu to, co najważniejsze.

Z kolei przedstawienie pt. „Opowieść o Wędrowcu, który szczęścia szukał” było wspólnym dziełem zaangażowanych w projekt podopiecznych wszystkich uczestniczących w nim instytucji. Stanowiło kluczowy element prezentacji oparty na współpracy osób borykających się z różnymi niepełnosprawnościami. Współpraca ta okazała się nie tylko możliwa, ale wręcz bardzo owocna i przyniosła zdumiewające efekty. Temat przedstawienia wybrali sami uczestnicy warsztatów, a scenariusz powstał w oparciu o ich refleksje, spostrzeżenia. Zaskakiwać może fakt, że uczestnicy warsztatów, osoby często bardzo chore, borykające się z licznymi ograniczeniami i trudną codziennością, postanowiły opowiedzieć światu o… szczęściu, jego różnych obliczach i poszukiwaniu go wbrew wszystkiemu. Tekst baśni zaprezentowanej przez aktorów zawierał w sobie dydaktyczny przekaz i skłaniał do namysłu.

„Nie buduj murów, buduj mosty” – rzekła do Wędrowca jedna z Wróżek, a Smok Dwugłowy grany przez komiczny duet dodaje, że „źle tylko ten czyni, kto nie chce wyjść ze swej jaskini”. Celem baśni było zwrócenie uwagi na to, że ani egoizm, ani brak akceptacji życia takim, jakie jest, ani wrogość i rezygnacja nie prowadzą do szczęścia, że trzeba się wyzbyć obaw, otworzyć na ludzi, czerpać radość z drobiazgów („bo to z nich życie się składa, z nich piękna opowieść się układa”). Zachód słońca i uśmiech przyjaznego człowieka – w przaśnej codzienności nie dostrzegamy prostego szczęścia, „bo gdy już szczęście mamy, to go nie widzimy i nie doceniamy. I kolejnego szczęścia szukamy. W biegu, w pośpiechu, w nadmiarze – nie pamiętamy, jaki cud otrzymaliśmy w darze”.

Przekaz baśni skierowany był do osób z niepełnosprawnościami – by nie zamykały się i nie rezygnowały z aktywności dla siebie dostępnych. Mimo gorzkich i trudnych doświadczeń, nie powinny tracić nadziei na to, że są ludzie, którzy rozumieją ich specyficzną sytuację i problemy, a ich  pomoc może być tak profesjonalna, jak  serdeczna. W scenariuszu znalazły się także komunikaty skierowane do ludzi zdrowych – że ich stosunek do słabszych i nieobojętność przekładają się bezpośrednio na jakość i wartość życia, że mogą być komuś potrzebni, przyczynić się do poprawy losu drugiego człowieka, że powinni otworzyć oczy na to co dzieje się w ich okolicy, „bo choć różne mamy charaktery, słabości i mocne strony – do jednej gramy bramki” – jak oświadczył zrezygnowanemu Wędrowcowi szacowny Druid.

W baśni padły także słowa „szczęście to hart ducha, który w trudnych czasach może być tarczą, bo nigdy nie wiesz, jaką dolą wyroki losu cię obarczą”. I nad tym zdaniem należałoby się zastanowić, ponieważ zwykle trudno zdać sobie sprawę z tego, jak dzielni są ludzie dotknięci niepełnosprawnością i jak wielu wyzwaniom muszą sprostać zarówno oni, jak i ich rodziny. Taką właśnie treść, odczucia i refleksje postanowiły przekazać widzom osoby uczestniczące w realizacji projektu. Ta premiera  przerosła najśmielsze oczekiwania – zarówno aktorów, jak i publiczności, która nagrodziła spektakl  wielkimi brawami.

Wszystkie smutki Sławka

Jednym z długotrwałych efektów, jakie udało się osiągnąć dzięki Festiwalowi, jest kontynuacja teatralnej pasji przez podopiecznych ŚDS Soteria. Do tych, którzy brali udział w projekcie, dołączyli nowi uczestnicy, gdyż Festiwal pokazał im, że teatr może być świetną zabawą i sposobem na urozmaicenie codzienności. Warto zatem posłuchać, jak wyglądał Festiwal Radości Życia z perspektywy osoby, która wzięła na siebie ciężar wielkiego wyzwania, jakim zapewne była główna rola w spektaklu.

Odtwórcą roli Wędrowca był Sławek Łabędowicz, uczestnik Soterii. Sławek ma 25 lat i  zmaga się z chorobą, która utrudnia mu kontakt i komunikację z ludźmi, ale pytany o swój stosunek do niej odpowiada, że każdego dnia uczy się z nią żyć. Musi dawać radę i stara się pokonywać własne słabości – dlatego zdecydował się na udział w projekcie, i dlatego też nadal uczestniczy w zajęciach teatralnych. Uważa, że zarówno nauka roli, próby, ćwiczenia, poszukiwanie optymalnej interpretacji tekstu dodają mu pewności siebie, a każdy publiczny występ i uznanie publiczności rekompensują mu tremę i obawy, które przeżywa. Zapytany o współpracę z innymi osobami niepełnosprawnymi w trakcie przygotowań „Opowieści o wędrowcu” stanowczo podkreśla, że akceptacja i zrozumienie są warunkiem udanej współpracy, a także – że czuł się odpowiedzialny za swoich towarzyszy. Wiedział, że mogą być potknięcia, że ktoś się może pogubić, a zatem zadbał o to, by być przygotowanym na każdą sytuację. Jednocześnie nie wątpił, że każdy aktor na scenie spisze się świetnie i podniesie poprzeczkę własnych możliwości.

Sławek, zapytany o swoje codzienne doświadczenia z ludźmi, denerwuje się. – Jeśli ktoś chce się ze mnie śmiać, to niech najpierw przeżyje to, co ja, a potem drwi – mówi. Nie wnikając głębiej w jego osobiste przeżycia, możemy się domyślać, że nie raz przyszło mu doświadczać czyjejś ignorancji, a może nawet okrucieństwa. Stygmat choroby psychicznej i ogromna niewiedza, a także brak wyobraźni czy wrażliwości przeciętnego Kowalskiego, czyni osoby dotknięte zaburzeniami psychicznymi szczególnie narażonymi na wykluczenie społeczne. Panuje przekonanie, że depresja jest fanaberią, na schizofrenię cierpią ludzie słabi lub głupi, albo że choroba psychiczna jest wymysłem  pacjenta lub żądnych zysku psychiatrów. Ponadto wychodzimy z założenia, że osoba chora psychicznie jest groźna dla otoczenia, leniwa lub cwana – znalazła wygodny sposób na życie, udaje lub nie potrafi „wziąć się w garść”.

W badaniach socjologicznych aż 67% ankietowanych wyraża się o ludziach chorych pejoratywnie – per „wariat”, „świrus”, „nieobliczalny”, „głupek”. Aż 12% badanych opowiada się za ich izolacją. Ludzie zapominają, że choroba psychiczna nie jest kwestią wiary i przekonań, ale kwestią wiedzy opartej na badaniach naukowych. Tymczasem negatywnemu stosunkowi do chorych towarzyszy  brak kontaktu z nimi – aż 68% respondentów deklaruje, że nie zna żadnej chorej psychicznie osoby i tylko 6% zakłada możliwość współegzystencji. W rankingu chorób budzących największy lęk, choroby psychiczne wyprzedzają narkomanię, nowotwory i alkoholizm.

A nie chodzi przecież o sytuacje wyjątkowe. Według statystyk, na schizofrenię zapada 1% populacji w krajach wysoko rozwiniętych – w Polsce zatem można mówić o 400 tysiącach osób dotkniętych tą chorobą. Schizofrenia charakteryzuje się miedzy innymi osłabieniem funkcjonowania społecznego, niezdolnością do dbania o siebie i zaspakajania swych potrzeb, wiąże się z obniżonym nastrojem i stan ten odbiega daleko od satyrycznych wizerunków uśmiechniętych facetów w kapeluszu Napoleona. Takie spłaszczanie i deformowanie zagadnienia, jakim jest choroba psychiczna, wyrządza wiele szkody osobom naprawdę cierpiącym. W niczym także nie poprawia ich społecznej sytuacji swoista moda na depresje i zespoły lęków, która rozplenia się w Internecie, czyniąc choćby dostępnym dla każdego Kwestionariusz Depresji Becka i gromadząc na forach zastępy osób rozpoznających u siebie różne symptomy. Prowadzi to do bagatelizowania problemów osób naprawdę nękanych zaburzeniami umysłowymi. Społeczeństwo nie ma świadomości tego, czym jest choroba psychiczna, jak trudno się z nią żyje i że zarówno diagnoza, jak i dobór leków to nie zabawa, a walka o życie i jego jakość.

Jako Wędrowiec Sławek spisał się świetnie, jego zdjęcia obiegły lokalną prasę. Pytany o wrażenia z tamtego dnia mówi, że pierwszy raz w życiu czuł ulgę i wielkie spełnienie, był z siebie dumny. Dlatego teraz skrycie marzy, że jeszcze będzie miał okazję wystąpić w tej roli na jakiejś scenie. Ponieważ teatroterapia weszła na stałe do oferty terapeutycznej ŚDS Soteria, Sławek ma szansę wraz ze swoją grupą występować w różnych wcieleniach i twierdzi, że wszystkie role tworzy w oparciu o własne życie, że dzięki pracy nad rolą poznaje lepiej samego siebie i ludzi. Nie stresuje się już, bo wie, że jest dużo czasu na ćwiczenia, naukę – i trochę mu żal, że niektórzy boją się spróbować swoich sił, brakuje im wiary we własne możliwości. Jest pewny, że w teatrze jest miejsce dla każdego. W spektaklu o Wędrowcu na pewno utożsamiał się z granym przez siebie bohaterem, zwłaszcza gdy ten uskarżał się na monotonię i rutynę – bo to one właśnie  doskwierają Sławkowi najbardziej. – A teatr, zarówno próby, jak i występy, tę rutynę łamią. Są swoistą odskocznią, poruszają wyobraźnię i stawiają cele do zrealizowania. Dają okazję do poznawania nowych osób, do zaprezentowania swoich umiejętności i udowodnienia, że my, artyści niepełnosprawni, mamy zdolności, pasje, że potrafimy zrealizować przedstawienie, które bawi, daje do myślenia, zapada w pamięć – podsumowuje Sławek.

Teoria kontra praktyka

Przypomnijmy, że we wrześniu 2012 r. prezydent Bronisław Komorowski ratyfikował Konwencję Praw Osób Niepełnosprawnych, która gwarantuje im równe traktowanie i możliwość uczestniczenia we wszystkich sferach życia społecznego, politycznego i kulturalnego. Przy tej okazji prezydent chwalił ogromny postęp w mentalności społecznej, uwrażliwienie na potrzeby osób z dysfunkcjami, wzrost świadomości co do szczególnej sytuacji takich osób i ich bliskich.

Stoi to, niestety, w jaskrawej sprzeczności z marcowymi protestami rodziców i opiekunów osób niepełnosprawnych w Sejmie, którzy zmuszeni są walczyć o zabezpieczenie socjalne swych rodzin.  Przywoływana Konwencja zakłada bezwarunkowe prawo osób niepełnosprawnych do otrzymywania wsparcia w realizacji wszystkich potrzeb – także kulturalnych, edukacyjnych, społecznych. Dokument ten otwiera nowe możliwości dla organizacji pozarządowych działających na rzecz osób z niepełnosprawnościami.

Miejmy nadzieję, że Festiwal był pierwszym, ale nie ostatnim wydarzeniem aktywizującym i integrującym osoby z tak różnych grup problemowych, otwierającym ich środowiska na całą społeczność. Wszystkim zainteresowanym, którzy chętnie ponownie wzięliby udział w podobnym przedsięwzięciu, pozostaje tylko mieć nadzieję, że uczniowie KKZ z Mazowsza pilnie odrobili lekcje.

„Sport i rekreacja mają istotne znaczenie w życiu człowieka. Bez nowoczesnej bazy sportowo-rekreacyjnej nie jest możliwe upowszechnienie sportu i uzyskanie sukcesu sportowego”.

Tezy te, zawarte w „Strategii Rozwoju Sportu do Roku 2015” opracowanej przez Ministerstwo Sportu, są podstawą do zaprogramowania zadań takich jak: budowa sali sportowej w każdej gminie i pływalni w każdym powiecie oraz budowa kilkuset ogólnodostępnych, wielofunkcyjnych boisk sportowych dla dzieci i młodzieży ze sztuczną nawierzchnią trawiastą.

Statystyki mówią, że na jedną salę sportową w Polsce przypada około 100 tys. osób, podczas gdy w Szwecji – 24 tys., we Włoszech – 28 tys., a Szwajcarii – 13 tysięcy. Szacuje się, że aby sprostać potrzebom rozwijającego się społeczeństwa i wyrównać dysproporcje, dzielące nas od bogatszych państw, osiągających lepsze wyniki w sporcie, o dłuższym okresie życia mieszkańców, należy wybudować w najbliższych latach co najmniej 3 tysiące sal sportowych, około 500 pływalni i 50 krytych lodowisk, a także – 10 tys. boisk o sztucznej nawierzchni, najlepiej trawiastej z instalacją mrożeniową na lodowisko w zimie.

Za co projektujemy i budujemy

Inicjatorem i inwestorem budowy obiektów sportowych są – i będą – samorządy, zwłaszcza gminne. Do tej pory gminy mogły liczyć na dofinansowanie ze środków Totalizatora Sportowego w wysokości do 33 proc. kosztów. Wyjątek to gminy o wysokim bezrobociu i niskich dochodach, lub nie mające  żadnej sali – te mogą liczyć na dofinansowanie w wysokości do 60 proc. Gminy muszą jednak wiedzieć, że pomimo starań nie wszystkie otrzymają to wsparcie. Wielkość środków Totalizatora jest bowiem wprost proporcjonalna do liczby grających, a więc liczby zakładów zawieranych na gry liczbowe. Można oszacować, że średnio jest to około 300–350 mln zł rocznie w skali kraju.

Te środki dzielone są na województwa. Przy podziale uwzględnia się liczbę mieszkańców każdego województwa, istniejącą bazę sportową, poziom sportu itp. Aby biedniejsze województwa nie były poszkodowane, stosuje się korzystniejszy dla nich przelicznik. Wojewódzkie sejmiki co roku mają więc do dyspozycji określoną kwotę, którą mogą przeznaczyć na inwestycje sportowe. Na tej podstawie ustalają plan inwestycyjny. To na szczeblu wojewódzkim zapadają decyzje, ile i która gmina dostanie i na jaki obiekt sportowy. Po przystąpieniu Polski do Unii Europejskiej polityka regionalna państwa realizowana jest przy znacznym udziale europejskich funduszy strukturalnych.

Co, jak i w jakim czasie

Należy opracować studium wykonalności inwestycji oraz założenia projektowe, określające program obiektu, jego funkcję i koszt. W grę wchodzą np. hala sportowa, basen, lodowisko-boisko, boiska do gier zespołowych, stadion lekkoatletyczny, ścieżka rowerowa, terenowe urządzenia sportowe itp. Niezmiernie ważne jest określenie okresu realizacji przedsięwzięcia.

Wymiary poszczególnych elementów danego obiektu są określone w wytycznych do projektowania oraz w międzynarodowych przepisach federacji sportowych. Oczywiście, konieczne jest sporządzenie tzw. biznesplanu. Pamiętać należy również o przygotowaniu przetargu zgodnie z nowymi przepisami. Znaczny udział środków z Unii Europejskiej pozwala na kompleksową realizację inwestycji. Zadanie nie powinno się ograniczać do obiektów kubaturowych, lecz także uwzględniać inne niezbędne elementy, takie jak: boiska, korty, oświetlenie, małą architekturę, parkingi, ogrodzenie itp. Dobre przygotowanie inwestycji jest podstawą do uzyskania i rozliczenia środków z Unii Europejskiej.

Ważnym czynnikiem rozwoju sportu w Polsce byłoby opracowanie modelowych rozwiązań technicznych miejskich, gminnych, osiedlowych ośrodków sportu i rekreacji. Niezależnie jednak od ewentualnych modeli, uniwersalnymi obiektami sportowymi będą: hala (sala) sportowa, pływalnia i lodowisko, a na otwartej przestrzeni – boiska do piłki nożnej (30 m x 50 m), siatkówki plażowej, koszykówki oraz korty tenisowe.

Spektrum możliwości

W zależności od posiadanych środków i potrzeb, gminy mogą realizować następujące możliwe obiekty:                                                                                          

- hala sportowa, najlepiej w  każdej gminie

Najbardziej uniwersalnymi obiektami są hale sportowe o wymiarach areny boiska brutto 24 m x 44 m, przy wysokości netto (od podłogi do konstrukcji dolnej dachu) wynoszącej minimum 12,5 m – jeśli w hali przewiduje się rozgrywki piłki siatkowej na poziomie mistrzowskim – lub 8 m dla koszykówki, tenisa, piłki ręcznej i siatkowej (zawody krajowe). Hala sportowa powinna posiadać trybuny dla widzów i niezbędne zaplecze socjalno-magazynowe.

Jako obiekty przyszkolne oraz wolnostojące w mniejszych miejscowościach realizuje się sale sportowe, w których dopuszcza się wymiary areny boiska brutto 36 m x 19 m i wysokość nad podłogą minimum 7 m. Realizacja mniejszych obiektów sportowych uniemożliwia praktycznie organizację wyczynowych zawodów sportowych. Mogą być to sale jedynie dla celów rekreacyjnych i zajęć wychowania fizycznego w szkole.

- kryte lodowisko/boisko wielofunkcyjne

Kryte, a w zasadzie przykryte lodowisko – bo może być bez bocznych ścian – jest bardzo przydatnym wielofunkcyjnym obiektem sportowym. W okresie październik-marzec służyć może jako lodowisko, ślizgawka itp., a w okresie wiosenno-letnim – jako kryte boisko do gier zespołowych i imprez rekreacyjnych. Ułożenie sztucznej trawy czy wykładziny pozwoli na rozgrywki piłkarskie, hokej na trawie, tenis itp., a rozkładana podłoga umożliwi grę w koszykówkę, siatkówkę, piłkę ręczną itd.

Podstawowe wymiary areny 30 m x 60 m, zaś wysokość 7-8 m (nad areną). Dopuszcza się mniejsze wymiary – np. 28 m x 54 m. Obiekt wymaga zaplecza sanitarno-magazynowego i dobrego oświetlenia. Dostępne dziś technologie, kontenerowe agregaty, przenośna instalacja mrożąca itd., dają możliwość aranżacji lodowisk i ślizgawek w dawnych halach fabrycznych i magazynowych przy niewielkiej adaptacji i niskich kosztach.

- boiska otwarte

Warunki  klimatyczne w naszym kraju – długa zima, wiosenne roztopy, częste deszcze – poważnie utrudniają korzystanie z boisk piłkarskich z naturalną trawą. Przeobrażają się one na wiosnę w błotne grzęzawiska, co utrudnia utrzymanie nawierzchni trawiastej w ciągu roku. Dlatego coraz częściej stosuje się sztuczne nawierzchnie, w tym trawy.

Finansowanie budowy obiektów

Mówiąc o finansowaniu budownictwa sportowego, należy zaznaczyć, że istotnym, perspektywicznym czynnikiem rozszerzającym zakres tego finansowania przy wykorzystaniu funduszy z Unii Europejskiej  jest program Partnerstwa Publiczno-Prywatnego (PPP). Stwarza on możliwość realizacji wspólnych przedsięwzięć przez samorządy lokalne i inwestorów prywatnych. Taka wspólna inwestycja gwarantuje właściwe wykorzystanie i utrzymanie obiektu sportowego. Sprawdzać się to będzie w  takich obiektach jak: kompleksy kortów tenisowych, mini-aquaparki, lodowiska (ślizgawki), sale do piłki nożnej w większych aglomeracjach, kręgielnie, siłownie i kluby fitness.

Dzięki dużej aktywności samorządów lokalnych, wspieranych dofinansowaniem ze środków Unii Europejskiej, istnieje szansa zrealizowania wielu nowych obiektów. I tu pojawia się problem  właściwego zaprojektowania i wykonawstwa. Obiekty sportowe to niejednokrotnie jedyne budowy w gminie czy powiecie. Realizują je często firmy, które nigdy przedtem tego nie robiły, a projekty opracowują nieprzygotowani projektanci. Najczęstszy efekt – powstawanie budowlanych bubli. Sprzyja temu zarówno ustawa o zamówieniach publicznych, dopuszczająca cenę jako jedyne kryterium wyboru oferty, jak i brak doświadczonych kadr odpowiedzialnych za realizację inwestycji w organach samorządowych. Rezygnacja z nadzoru państwowego w imię działań „wolnego rynku” dopełnia szalę marnotrawstwa. Często zdarza się tak, że w sąsiadujących ze sobą gminach buduje się hale o zbliżonym standardzie i kubaturze, z których jedna jest dwa razy droższa od drugiej.

Podłoga – przedmiot szczególnej troski

Wśród najważniejszych elementów obiektów sportowych szczególną uwagę należy zwrócić na dobór podłogi sportowej. Należy przy tym uwzględnić wszystkie przypadki użytkowania. W halach sportowych uniwersalnych należy wybrać podłogę z powłoką wierzchnią o odpowiednio większej odporności na obciążenia punktowe (krzesła, stoły, podesty itp.).

Podłoga sportowa musi być zaprojektowana i wykonana w ten sposób, by nie zagrażała higienie i zdrowiu użytkowników, w szczególności poprzez uwalnianie się szkodliwych substancji.

Nie można tu zapominać o powłoce wierzchniej oraz oznakowaniu pola gier. Powłoka wierzchnia musi być matowa. Kolor powłoki wierzchniej nie powinien wpływać na trudność w rozpoznawaniu oznakowania pola gier. Rozładowania elektrostatyczne nie mogą objawiać się w nieprzyjemny sposób. Wykładziny podłogowe muszą odpowiadać normom dla wykładzin. Przy linoleum powinna być stosowana grubość nie mniej niż 3,2 mm.

Brak kompetencji i zrozumienia istoty sportu wśród inwestorów i wykonawców powoduje, że najważniejszy w hali element – podłoga, na której się gra (ściany i dach służą do zabezpieczenia przed zimnem, śniegiem i deszczem) – realizowana jest na końcu i zwykle brak na nią środków. Inwestorzy szukają tu już najtańszych, czyli najgorszych, rozwiązań. Niektórzy wyodrębniają podłogę i wyposażenie z generalnego wykonawstwa – i organizują odrębne przetargi. To najgorszy scenariusz – cena w realizacji podłogi sportowej to rzecz drugorzędna.

Zdarza się, że – dla obniżenia ceny produktu – polscy dealerzy renomowanych firm zachodnich wykorzystują do konstrukcji materiały krajowe, lecz posługują się dokumentami zagranicznymi, które sporządzone są dla oryginalnych systemów. „Podróbki” te wykorzystywane są w nieuczciwej konkurencji. Nadużywa się zbyt często rekomendacji międzynarodowych federacji sportowych jako wymogu w specyfikacji przetargowej. Jest to wymóg w zasadzie bez znaczenia, gdyż certyfikaty rekomendacyjne dostają ci producenci, którzy płacą najwięcej w danej chwili – a co dwa-trzy lata to się zmienia. Tymczasem, w praktyce homologacje na podłogi i wyposażenie (np. kosze, sprzęt do siatkówki) sprawdza się rzadko i wyłącznie w obiektach dopuszczonych do organizacji mistrzostw Europy, świata czy olimpiady. Dlatego też nie należy wyodrębniać zadania instalacji podłogi sportowej z budowy obiektu lub remontu hali (sali) połączonej z wymianą  podłogi i, wspólnie z generalnym wykonawcą robót, wybrać najlepsze rozwiązanie drogą przeglądu ofert. Niezbędny jest także nadzór w trakcie montażu podłogi, aby uniknąć w przyszłości przykrych niespodzianek.

Inne istotne elementy, na które należałoby zwrócić uwagę to: wentylacja i ogrzewanie w zamkniętych obiektach sportowych oraz oświetlenie i bezpieczne drogi ewakuacji w obiektach każdego typu.

Uwagi końcowe

Każdy gospodarz miasta czy gminy chciałby wybudować piękny i funkcjonalny obiekt sportowy. Wybudować to jedno, ale utrzymać i właściwie eksploatować, to drugie. Niejednokrotnie, po przecięciu wstęgi i początkowym zachwycie następuje powrót do rzeczywistości i wynikających z niej problemów.

Poważnym – i zbyt często powtarzającym się – mankamentem jest niewłaściwe użytkowanie hal i krytych pływalni. „Oszczędnościowe” wyłączanie wentylacji i ogrzewania powoduje zawilgocenie ścian, gnicie i wypaczanie się podłogi oraz przyspieszone zużywanie się sprzętu sportowego. Niechęć stosowania właściwych środków konserwujących pogłębia ten stan.

Doświadczenia z kilku ostatnich lat pozwalają stwierdzić, że nastąpiła jednak wyraźna poprawa w projektowaniu i wykonawstwie obiektów sportowych. Wprowadzane są nowe rozwiązania i technologie. Należy jednak poszukiwać rozwiązań prostych, funkcjonalnych i tanich, unikając jednak nieodpowiednich materiałów zastępczych i nieuzasadnionych oszczędności.

Trzeba pamiętać, że w nowym rozdaniu środków unijnych – perspektywie na lata 2014-20 – również znajdują się środki na rozwój sportu. Można też sięgać po środki na budowę i modernizację obiektów sportowych i rekreacyjnych z Regionalnych Programów Operacyjnych. Przed samorządami, projektantami wykonawcami pojawiają się więc wielkie szanse – życzę wszystkim, by z nich skorzystali, zachęcając też do prowadzenia dyskusji w sprawie tego, jak środki te są wykorzystywane.

piątek, 25 kwiecień 2014 11:16

MŁODZIEŻ OGLĄDA FILMY Z GŁOWĄ!

Napisane przez

Od 10 marca trwa kolejna odsłona kampanii społecznej „Skrytykuj!”, promującej świadomą dyskusję o kinie wśród młodzieży. Polski Instytut Sztuki Filmowej rzucił wyzwanie młodym widzom, by zachęcić ich do krytycznej rozmowy o oglądanych na co dzień filmach.

Jak można opowiadać o ważnych dla siebie filmach – pokazują młodzieży Anna Bielak, Błażej Hrapkowicz i Kaja Klimek. Zaproszeni do akcji krytycy prowadzą debaty filmowe „Skrytykuj!”, które podczas tej edycji kampanii odbywają się w całej Polsce – jako wydarzenia towarzyszące inauguracjom Pracowni Filmoteki Szkolnej, czyli sal lekcyjnych dostosowanych do projekcji filmów.

Od zeszłego roku już prawie 1000 młodych widzów debatowało w ponad dwudziestu miejscowościach! Na trasie „Skrytykuj!” znalazły się m.in. Gdańsk, Radomsko, Kluczbork, Białe Błota, czy Supraśl – a w kolejce czekają kolejne miasta.

Wśród omawianych filmów przeważają krótkie metraże zrealizowane w ramach Studia Munka, które jest producentem debiutów filmowych, działającym w strukturach Stowarzyszenia Filmowców Polskich. Młodzież miała szansę podyskutować m.in. o „Chomiku” Bartka Ignaciuka, czy nagrodzonym na Festiwalu Filmowym w Sundance „Gwizdku” Grzegorza Zaricznego. Podczas dyskusji omawiane są takie kwestie, jak różnica między kinem dokumentalnym a fabularnym, kreacja świata przedstawionego, ekspozycja bohatera czy zabiegi formalne jakimi posługuje się film.

Jak zauważa Błażej Hrapkowicz: – Celem tych spotkań jest uwrażliwienie młodzieży na język kina, tak, żeby nauczyć ich świadomego i krytycznego odbioru filmów, rozpoznawania różnych zabiegów właściwych kinu, i tego, w jak różne sposoby można je wykorzystywać.

W powszechnym przekonaniu oglądanie filmów to czysty relaks, a jedyne, co warto zrobić po seansie, to – opowiedzieć fabułę. Tymczasem młodzież, po udziale w debatach, jest pod wrażeniem liczby poruszanych wątków oraz tego, że nawet krótkie filmy można rozpatrywać na tak wielu płaszczyznach. Dzięki temu uczniowie zaczynają dostrzegać, żewarto zwracać uwagę na wszystkie elementy tworzące film. To w nich tkwi prawdziwa siła kina, to także ich znajomość sprawia, że rozmowa na temat ostatnio obejrzanego obrazu Almodóvara, Tarantino, czy Smarzowskiego może wyjść poza standardowe ramy „lubię to!” czy „ale słabe!”.

– Tak jak w szkole nie uczymy tylko połowy alfabetu, tak nie powinniśmy traktować po macoszemu filmu, bo wtedy pozwalamy na taki wizualny półanalfabetyzm ocenia Ambasador kampanii, dr Jacek Wasilewski z Instytutu Dziennikarstwa UW. Dopóki młodzież nie będzie miała możliwości rozmawiania o metaforach w filmie, dopóty będzie traktować film jako ruchomą wersję tabloidu z ulubionymi aktorami dodaje.

Debaty filmowe to nie jedyny element kampanii „Skrytykuj!”. 11 kwietnia zakończył się konkurs, w ramach którego PISF zaprosił młodzież ze szkół średnich do nadsyłania własnych recenzji dowolnego filmu w formie pisemnej bądź wideo. Oryginalny, twórczy i indywidualny pomysł, ale przede wszystkim świadomy charakter wypowiedzi – to kryteria, według których oceniane są prace młodych krytyków. Autorów najlepszych recenzji filmowych poznamy już 2 maja, gdy zasiądą w Jury młodzieżowym na Festiwalu Off Plus Camera w Krakowie!

By ułatwić młodzieży zmierzenie się z trudną materią krytyki filmowej, na stronie kampanii – skrytykuj.pl – zamieszczone zostały poradniki krytyka Pawła T. Felisa oraz vlogi Ambasadorów kampanii. Cenieni artyści, wśród których znaleźli się Joanna Kulig, Monika Brodka, Kasia Zielińska, Tomasz Schuchardt, Eryk Lubos i Arkadiusz Jakubik dzielą się w swoich wideoblogach refleksjami na temat ulubionych filmów. Wśród produkcji, o których opowiadają ambasadorzy kampanii, znaleźć można „Stalkera” Andrzeja Tarkowskiego, ale też „Wyjście przez sklep z pamiątkami” brytyjskiego artysty graffiti Banksy’ego czy „Dzień świra” w reżyserii Marka Koterskiego.

Strona kampanii stanowi na co dzień forum wymiany filmowych wrażeń w ramach udostępnionej platformy blogowej. Jak zauważa Kaja Klimek: – Kino to nie jest tylko film, ale to są też ludzie, z którymi można o tym pogadać. I nie ma do końca znaczenia czy rozmawiamy o filmach złych czy dobrych, ważne, że ta dyskusja się wokół tego toczy.

Poza pisaniem i nagrywaniem wideo-recenzji, młodzi internauci mogą też tworzyć własne memy i rozsyłać je znajomym oraz zamieszczać w serwisach społecznościowych.

Kampania „Skrytykuj!” w naturalny sposób rozszerza działalność edukacyjną PISF prowadzoną w programach Filmoteka Szkolna i Akademia Polskiego Filmu. Instytut – poprzez udostępnione kanały komunikacji – daje nastolatkom możliwość wyrażenia swoich opinii o oglądanych na co dzień filmach, wierząc, że umiejętność interpretacji i analizy kina mainstreamowego, ułatwi w przyszłości zrozumienie bardziej wyrafinowanego języka filmowego oraz przełoży się na zainteresowanie kinem artystycznym.

W 2014 roku odbędą się jeszcze dwa konkursy, w których główną nagrodą będzie członkostwo w Jury młodzieżowym podczas festiwalu filmowego. Więcej szczegółów pojawi się już wkrótce na stronie skrytykuj.pl.

Pomysłodawcą i organizatorem kampanii społecznej „Skrytykuj!” jest Polski Instytut Sztuki Filmowej. Partnerami kampanii są: Festiwal Off Plus Camera, Festiwal Filmowy w Gdyni, Festiwal Filmów Młodego Widza „Ale Kino!”, IPLEX.PL, filmweb.pl, Cogito, Studio filmowe KADR  oraz agencja marketingu interaktywnego GoldenSubmarine.

 

czwartek, 24 kwiecień 2014 22:04

FESTIWAL BEZ POPCORNU

Napisane przez

30 kwietnia już po raz jedenasty ruszy w Sanodmierzu Festiwal Filmów NieZwykłych. Wraz z twórcami prezentowanych dzieł po raz kolejny ruszymy w poszukiwaniu refleksji, pytań – nie zawsze odpowiedzi, ludzkich portretów. W tym roku najważniejszymi bohaterami Festiwalu będą Feliks Falk (Reżyser Niezwykły 2014) oraz Jerzy Stuhr (Aktor Niezwykły 2014).

„Powinniśmy uczyć młodzież właściwego wyboru. Wychowywać w ten sposób, aby byli zdolni do sprzeciwu wobec sterowania ich pragnieniami, namiętnościami. A nie szli na lep wszystkiego, co im podają” – ta fraza z „Szansy” Falka, przypomniana przez organizatorów sandomierskiego Festiwalu, mogłaby równie dobrze uchodzić za jego motto.

Każdy ze starannie wybranych do pokazania widzom filmów to sztuka wymagająca, zmuszająca do myślenia. W programie imprezy (30 kwietnia-4 maja) są „portrety osób borykających się ze światem, z jego pięknem i okropnościami, portrety ludzi niekiedy mocnych, chwilami słabych, ludzi czasami do nas podobnych, czasem zupełnie innych” – podkreślają autorzy sandomierskich spotkań ze sztuką. Pokazywane publiczności obrazy mają trafić do osób, które szukają w życiu znacznie więcej niż tylko rozrywki, a przy okazji służą promocji polskich twórców oraz ambitniejszych dzieł ze świata, zarówno regionów nam bliskich, jak i tych dalekich.

Co więcej, adresatami nie są wyłącznie ludzi dorośli i doświadczeni. Pod patronatem Akademii Filmowej Otwórz oczy! w Sandomierzu mogą też edukować się najmłodsi: specjalnie dla nich organizatorzy przygotowali prezentacje literatury pięknej, wspólnego pisania bajek, wystawy, koncerty. Do tego wszystkiego przed ekranem w Sandomierzu siadamy bez popcornu…

Bez pośpiechu

To właśnie od programu dla najmłodszych rozpocznie się tegoroczna edycja Festiwalu. 30 kwietnia przed ekranem siadać będą kolejne roczniki najmłodszych – od klas I-III, które będą miały okazję obejrzeć „Rycerza Blaszkę. Pogromcę smoków”, przez starsze klasy podstawówki, którym pokazana zostanie „Dziewczyna w trampkach” – ambitne i słynne już dzieło z Arabii Saudyjskiej, rezultat pracy pierwszej kobiety-reżysera z tego odległego kraju, Haify al-Mansour. Dwie godziny później gimnazjaliści będą oglądać „Joannę” Feliksa Falka.

To na twórczości tego artysty skoncentrują się organizatorzy – a wraz z nimi i widzowie – w tym roku. Przed nami „Szansa”, „Był jazz”, „Wodzirej”, „Rzecz o banalnej miłości”… Esencja dzieł klasyka. 1 maja reżyser spotka się też z uczestnikami festiwalowych pokazów. Ale nie tylko on będzie gościem imprezy – pojawią się tu również Jan Kazimierz Barnaś, Marian Suchanecki, Piotr Wojtowicz, Robert Gliński, Janusz Głowacki, Nona Olejniczak czy dokumentaliści Wojciech Szczudło i Krzysztof Wierzbicki.

Dla każdego coś dobrego: program obejmuje zarówno głośniejsze polskie filmy ostatnich lat – od „Ogrodu Luizy” Macieja Wojtyszko, przez „Chce się żyć” Maciej Pieprzycy, „Idę” Pawła Pawlikowskiego po głośną premierę ostatnich miesięcy – „Kamienie na szaniec” Roberta Glińskiego. Ale równocześnie będziemy mieli szansę zmierzyć się z kinem dla koneserów, dziełami, które nie przyciągnęły uwagi mass-mediów, a jednocześnie znalazły uznanie w oczach widzów. Zobaczymy więc „Bobry” Huberta Gutkowskiego, „Światła domu” Nony Olejniczak, wspólne dzieło grupy twórców – „Stację Warszawa”, wybór krótkich metraży i filmów dokumentalnych. Do tego dochodzą najwartościowsze filmy zagraniczne ostatnich miesięcy: allenowskie „Blue Jasmine”, „Co jest grance, Davis?” braci Coen czy „Wielkie piękno” Paolo Sorrentino.

Myliłby się jednak ten, kto sądzi, że widzom Festiwalu Filmów NieZwykłych pozostaje tylko biegać między jednym pokazem, a drugim. Organizatorzy przewidzieli dla uczestników szereg dodatkowych zajęć. Poza wspomnianymi warsztatami i imprezami adresowanymi do dzieci, a także spotkaniami z artystami, w programie znajdziemy również Salon Poezji Solidarności z Narodem Ukraińskim, wystawę obrazów Feliksa Falka, koncert na dwie marimby, warsztaty sieci kin studyjnych i lokalnych (Filmowe Ogrody Wyobraźni), warsztaty dla młodych dziennikarzy czy seminarium filmoznawcze.

Potencjał, energia, siła twórcza

Ta różnorodność nie powinna dziwić. Organizatorzy Festiwalu nie chcą schlebiać gustom przeciętnym lecz te gusta kształtować w sposób, który pociągałby ich samych. Sam festiwal, rodząc się jedenaście lat temu, był pewnym przypadkiem: propozycją rzuconą w trakcie spotkania reżysera Witolda Leszczyńskiego z publicznością w Kinie Moskwa w Kielcach. To wtedy niemal jednogłośnie uznano, że towarzyszący pokazowi przegląd należy powtórzyć. Z corocznych pokazów, których bohaterami stawali się kolejni twórcy kina wysmakowanego, niecodziennego, zrodziła się idea festiwalowa pełną gębą.

I tak bohaterami kolejnych edycji stali się Witold Leszczyński, Jan Jakub Kolski, Lech Majewski, Agnieszka Holland, Wojciech Marczewski, Andrzej Barański, Joanna Kos Krauze i Krzysztof Krauze, Janusz Majewski, Kazimierz Kutz – i wreszcie, Feliks Falk. Trzy lata temu symboliczna nagroda trafiła także do rąk Mistrza Niezwykłego, Andrzeja Wajdy.

Pod opiekę profesjonalistów współpracujących przy kolejnych edycjach trafia też młodzież – z Polski, Włoch, ale też z odległego Maroka. W ramach tej kooperacji młodzi twórcy uczą się realizować zarówno animacje, jak i filmy dokumentalne. Cała nadzieja w tym, że właśnie to sandomierskie pokolenie twórców będzie kontynuować najlepsze tradycje X muzy. – Tu nikt nie ściga się o nagrody, nie ma efektownych premier, ani wielkich pieniędzy – mówił jeden z festiwalowych gości, Andrzej Seweryn. – Tutaj spotykają się normalni ludzie, artyści. I chcą ze sobą rozmawiać… Tego typu działalność odbywa się poza wielkim centrum i jest skierowana do aktywnych i wrażliwych widzów, na co dzień pozbawionych kontaktu z ambitnym kinem artystycznym. Tu jest ogromny potencjał, energia i siła twórcza – dodawał.

czwartek, 24 kwiecień 2014 22:03

STRONG. JACK STRONG

Napisane przez

Milion widzów pofatygowało się do kin w ciągu pierwszych sześciu tygodni od premiery, by zobaczyć najnowsze dzieło Władysława Pasikowskiego – „Jacka Stronga”, czyli filmową historię pułkownika Ryszarda Kuklińskiego. Tym samym film przebił wyniki ubiegłorocznych hitów, „Wałęsy” Andrzeja Wajdy oraz „Drogówki” Wojciecha Smarzowskiego.

„Dobre, solidne, dobrze sprawdzone źródło osobowe, które siedziało na wszystkich zebraniach gabinetu rządu, było często bardziej przydatne niż sterta dosłownych transkrypcji z elektronicznych podsłuchów na każdym zebraniu gabinetu. Człowiek, który bierze udział w podejmowaniu decyzji w kuluarach, uczestniczy w życiu społeczności, bywa na przyjęciach i zna plotki, może wiedzieć czy słowa przywódców, nawet wypowiadane na zamkniętym zebraniu, czy w rozmowie telefonicznej, przedstawiają prawdziwą historię” – pisał w wydanej w Stanach Zjednoczonych w latach 80. książce „Tajne wojny CIA” weteran amerykańskiego dziennikarstwa śledczego, Bob Woodward.

„Dobre źródło osobowe umie przesiać fakty, przeniknąć zasłony dymne, wysortować konwencjonalną mądrość. To naprawdę pożądany, cenny współpracownik – całodobowy, dyżurujący system ostrzegania” – dodaje Woodward. Takim właśnie źródłem był Kukliński i Woodward, który w owym czasie nie mógł ustalić personaliów amerykańskiego agenta, nie ukrywa, że było to najprawdopodobniej najważniejsze „źródło osobowe”, jakim mogła dysponować Agencja w Bloku Wschodnim.

Licencia poetica

I – mimo upływu kolejnych dekad od stanu wojennego i końca zimnej wojny – to wszystko, co wiemy na pewno. Mimo wspomnień i książek na temat działalności pułkownika Kuklińskiego nadal mnożą się teorie i tłumaczenia jego działań – a przede wszystkim, interpretacje roli historycznej, jaką miał do odegrania w procesie upadku Imperium. Jedno wydawałoby się pewne: historia „najważniejszego szpiega” za żelazną kurtyną to idealny materiał na thriller tej klasy co „Szpieg” Tomasa Alfredsona. Najwyraźniej uwierzyli w to również twórcy „Jacka Stronga”.

Stąd trzęsienie ziemi na początek: egzekucja pułkownika Olega Pieńkowskiego, jednego z najważniejszych szpiegów Zachodu po drugiej stronie berlińskiego muru. Pieńkowski w 1962 r. został zdekonspirowany, aresztowany, postawiony przed sądem i skazany na karę śmierci przez rozstrzelanie. O jej wykonaniu poinformowano post factum, co pozwoliło temu wydarzeniu obrosnąć legendą, którą jako pierwszy spisał na kartach „Akwarium” Wiktor Suworow. Pułkownik miał zostać wrzucony żywcem do pieca hutniczego. Ta wersja wydarzeń pojawia się również na kartach poświęconych Kuklińskiemu wspomnień – wznowionej ostatnio książki arii Nurowskiej „Mój przyjaciel zdrajca”. Tyle że okrutna egzekucja może być licencia poetica – kilka lat temu sam Suworow odcinał się od przypisywania opisanej sytuacji do historii Pieńkowskiego. Historycy do tej pory nie byli w stanie potwierdzić lub zdementować okoliczności zgładzenia szpiega.

Ale dla opowiedzianej w „Jacku Strongu” historii wydaje się to nie mieć znaczenia. Twórcy mieli tylko dwie godziny, żeby opowiedzieć o legendzie zimnowojennych czasów – i to w sposób, który wciągnie widzów młodych, dla których okres sprzed transformacji jest abstrakcją. Sposób „bondowski”, nazwijmy to umownie. Dlatego mamy tu choćby te słynne „przebitki” na siedzibę CIA w Langley, widmo nuklearnego Armageddonu (o którym w tamtym czasie już raczej nie było mowy), krańcowy kontrast między rozchełstanymi i brutalnymi Rosjanami – a eleganckimi i zatroskanymi o swoje „źródło” Amerykanami, dylematy „bohatera z przypadku” – jak portretowany jest tu Kukliński i jego próby chronienia rodziny przed prawdą. I wreszcie – finałowy pościg samochodowy, jak kpił recenzent „Newsweeka”: „najwolniejszy pościg w dziejach kina”.

I dlatego zapewne w „Jacku Strongu” trudno odnaleźć to, co w historii Ryszarda Kuklińskiego najważniejsze – przez wcześniejsze dekady pułkownik bez większych wahań i wątpliwości pracował dla polskiego wywiadu, choćby zbierając informacje podczas rejsów swoim jachtem wzdłuż wybrzeży Zachodniej Europy. Awansował – w końcu nie przypadkiem – i należał do uprzywilejowanych elit, którym troski PRL-owskiego dnia codziennego były w sporej mierze obce. Nie ulega wątpliwości, że cieszył się powodzeniem u kobiet i korzystał z tego bez większych dylematów. Co sprawiło, że postanowił zmienić strony? Czy podejmując decyzję o nawiązaniu kontaktu z CIA, przewidywał dla siebie rolę taką, jaką dziś skłonni jesteśmy mu przypisywać? Na jakie skutki swoich działań liczył? Jakie były w rzeczywistości jego relacje z prowadzącym go agentem Davidem Fordenem – i z rodziną, która koniec końców musiała podzielić jego los wiecznego tułacza? Próbując upakować w dwugodzinnym dziele geopolitykę, historię głównej postaci, dzieje przyjaźni i kryzysu małżeńskiego, a do tego dodać tu i ówdzie nieco kina akcji, dostajemy film, który pytania najważniejsze pozostawia jednak nieco z boku.

Fantastyczna rzecz

Ale być może właśnie Pasikowskiemu udaje się dzięki takiej formule dzieła filmowego dotrzeć do tych widzów, których na co dzień nie tak dawna – a jednocześnie jakże skomplikowana – historia zazwyczaj nie interesuje. Tym bardziej, że „Jack Strong” jest dziełem najwyższej klasy profesjonalistów. Olbrzymim atutem filmu jest grający Kuklińskiego Marcin Dorociński – aktor, który swój wszechstronny talent ujawnia w każdym praktycznie dziele, w którym bierze udział, bez względu na konwencję. Doskonale wpisujący się w rolę przeciętnego w sumie człowieka, wepchniętego na poły przypadkiem w tryby historii.

Partnerują mu równie doskonali aktorzy: Maja Ostaszewska w roli żony, jeden z ulubionych aktorów Pasikowskiego – Mirosław Baka, Krzysztof Globisz, Paweł Małaszyński, Krzysztof Pieczyński (odtwarzający tu postać doradcy Białego Domu, Zbigniewa Brzezińskiego) czy Zbigniew Zamachowski. Perełką w ekipie jest autorka zdjęć – Magdalena Górka – 36-letnia operatorka z olbrzymim hollywoodzkim doświadczeniem, która od kilkunastu lat współpracuje z Pasikowskim. Dzięki niej twórcy filmu mogli stworzyć skrzące się mocnymi kolorami dzieło – ekipa od razu postawiła na odejście od szarości, brązów i czerni, które zwykle dominują w polskich filmach historycznych, zwłaszcza tych, opowiadających o czasach komunistycznych, kiedy najwyraźniej słońce świeciło słabiej, niebo było bardziej wyblakłe, drzewa obdarte z liści lub kurzem otulone, a świeżo malowane ławki czy ściany „w przyrodzie nie występowały”.

Warsztatowa doskonałość i pomijanie meandrów historyczno-obyczajowych epoki, czy też uproszczenie biografii Ryszarda Kuklińskiego mają swój cel. Podobnie jak wcześniejszy film Pasikowskiego – „Pokłosie” – „Jack Strong” ma „służyć dawno zapomnianej funkcji społecznej opowiadania ciekawych historii”. – Moim zadaniem nigdy nie było i nie jest pouczanie kogokolwiek – mówił reżyser w wywiadzie dla „Polityki”. – Przy okazji tego filmu nauczyłem się jednej fantastycznej rzeczy: żeby nie oceniać nikogo pochopnie, dopóki nie przyjrzymy się jego prawdziwym, często skrywanym motywom. Na użytek zaś lekcji historii w klasach IV-V mogę powiedzieć, że przykład pułkownika uczy nas, jak ciężko zostać bohaterem w czasach, gdy nikt tego od nas nie oczekuje i gdy nikt o tym nie będzie wiedział. A wręcz przeciwnie, gdy czyny te zostaną już ujawnione, wtedy istnieje prawie pewność, że będą rozumiane opacznie – dodawał.

Klasy IV-V, miejmy nadzieję, zrozumieją to przesłanie. Póki co jednak, wystarczyłoby gdyby „Jack Strong” uczulił widzów na to, jak płynna jest granica między pojęciami „zdrady” i „bohaterstwa”, jak polska historia i nieoczywiste wybory – jakich musieli dokonywać jej mimowolni aktorzy – podlegają zmiennym interpretacjom, zwłaszcza gdy w grę wchodzi interes państwa i narodu, przeciwnicy nie są demonami zła, a sojusznicy nie są tak krystaliczni. Wystarczyłoby skłonić, zwłaszcza młodego widza, do takiej refleksji. To byłaby fantastyczna rzecz.

czwartek, 24 kwiecień 2014 21:55

INNOWACJA PEDAGOGICZNA Z WYSZKOWA RODEM

Napisane przez

Wykluczenie społeczne, patologie, wysokie wskaźniki bezrobocia – to tematy wstydliwe dla gmin. Zatem inicjatywy obywatelskie zorientowane na profilaktykę społeczną, wspierane przez władze miasta, są warte uwagi i powinny być raczej powodem do dumy niż milczenia. Taki projekt realizowany jest właśnie w Wyszkowie.

„Oderwij dzieci od ulicy”, „Narkotyki nie prowadzą do raju” i wiele innych programów profilaktycznych – to dorobek wyszkowskiego Stowarzyszenia Wiatrak, od 2008 r. zajmującego się pedagogiką ulicy. Inicjatorem tych projektów, który wzorce działania zaczerpnął od warszawskiej Fundacji Wspólna Droga, był wyszkowski działacz społeczny Artur Laskowski. To on zgromadził wokół siebie utalentowanych, pełnych pasji pedagogów i – jak mówi jeden z nich – „rzucił ich na głęboką wodę”.

Kluczem jest tarcza

Wszyscy dostrzegamy w swoim otoczeniu dzieci i młodzież z ubogich rodzin, często dotkniętych alkoholizmem. Zwykle przechodzimy obok nich obojętnie, czasem z obawą.

Ta młodzież z handlowych galerii i osiedlowych ławek, słucha muzyki, która dla starszego pokolenia jest kompletnie niezrozumiała, a czas spędza, wałęsając się między blokami. Ale portrety, jakie moglibyśmy namalować na podstawie biografii tych dzieci, są wielobarwne i nie mają wspólnego mianownika innego niż nieumiejętność odnalezienia się w świecie pełnym sprzeczności. Zwłaszcza, gdy nikt nie pokazuje im możliwości i perspektyw, nikt nie zaszczepia poczucia własnej wartości i pasji, które pedagodzy nazywają „tarczą”.

To do tej grupy skierowane są inicjatywy Stowarzyszenia Wiatrak – organizacji, która powstała dzięki ludziom nieobojętnym. – Jak to się zaczęło? – pytam Andrzeja Grajczyka, pedagoga ulicy, trenera sztuk walki, instruktora surwiwalu, który działa metodą streetworkingu i prowadzi wiele interesujących zajęć dla młodzieży. – Wskoczyłem w ich świat, wszedłem w grupę wyrostków i, od słowa do słowa, rzuciłem kilka pomysłów. Najpierw byli sceptyczni i nieufni, potem postanowili spróbować, właściwie jeden postanowił, ale za nim poszła reszta, gdy stwierdził: P…ę, co będę na klatce siedział? – opowiada Grajczyk. – Już wiedziałem, że ich kupiłem. Nie, to oni kupili mnie – dorzuca.

Także władze Wyszkowa są świadome, jak ważna jest działalność profilaktyczna, przeciwdziałanie marginalizacji, praca u podstaw. Wszakże 2 miliony dzieci w Polsce żyje w rodzinach dotkniętych nędzą, a ich jedyny kontakt z kulturą stanowi telewizor. Na terenie gminy prowadzone są więc różne działania z zakresu profilaktyki uzależnień, działania kierowane do dorosłych w zakresie przeciwdziałania skutkom nadużywania alkoholu – ale też praktyka profilaktyczna Wyszkowa koncentruje się w dużej mierze na dzieciach, bowiem im wcześniej rozpoczyna się takie programy, tym bardziej są skuteczne.

Gmina angażuje się w różne projekty profilaktyczne dla młodych osób, przy czym zdecydowanie dominuje tzw. aktywna profilaktyka – oparta na doświadczaniu przez młodzież konstruktywnych form spędzania czasu, poszukiwaniu pasji i budowaniu świadomości zagrożeń. Podczas gdy trudno ocenić skuteczność konwencjonalnych działań profilaktycznych w szkołach – spotkań i pogadanek z psychologami, których młodzież widzi zapewne pierwszy i ostatni raz w życiu – łatwo przyjrzeć się choćby rezultatom pedagogiki ulicy, choćby na przykładzie Stowarzyszenia Wiatrak: zaangażowana w projekty Stowarzyszenia młodzież aktywnie uczestniczy w organizowanych przez działaczy akcjach, wyprawach czy zajęciach. Wcześniej czy później, uchyla drzwi do swojego świata, zaprasza do niego tych, którym zaczyna ufać.

Gmina nie jest obojętna na te inicjatywy. Wspiera i finansuje projekty Stowarzyszenia.

Dystans wobec praw ulicy

Pod koniec 2013 r. burmistrz Wyszkowa Grzegorz Nowosielski przyznał Stowarzyszeniu 57 tysięcy złotych na realizację zadań profilaktycznych i prewencyjnych w 2014 r. Zdecydowało doświadczenie i profesjonalizm ekipy, jej szczere, aktywne zaangażowanie i skuteczność działań.

To zalety streetworkingu – pracy z młodzieżą w jej naturalnym środowisku i stopniowego poszerzania tego środowiska o nowe wymiary aktywności. Ta forma pomocy nie jest inwazyjna, nie narzuca – a proponuje, nie zmusza – a skłania do działań. Uczestnicy proponowanych zajęć – spływów kajakowych, wypraw na bagna, treningów sztuk walki, wycieczek w ciekawe miejsca – tworzą z czasem coś na kształt wspierającej się wspólnoty. Opiekun grupy i inicjator działań, by dobrze spełniać swoją rolę i cieszyć się zaufaniem takiej grupy, musi liczyć się z jej zdaniem. Pytać choćby, czy chcą, by do grupy dołączyła nowa osoba – i wbrew wcześniejszym postawom, chcą. Wytraca się bowiem gdzieś ta wcześniejsza wrogość wobec obcych, świata i ludzi.

- Tę wiarę w siebie chcemy budować jako pierwszą – mówią streetworkerzy. – Jak już uda się dzieciakowi odzyskać wiarę w siebie, to zaczyna się rozwijać. I przy odpowiednim wsparciu może wiele osiągnąć. Uważam, że wszelkie zawody, małe i duże sukcesy, wzmacniają człowieka, zwłaszcza młodego. Potem nie będzie patrzył na chuliganów, jak na mistrzów, tylko jak na nieudaczników. Tu chodzi o wzorce. Jeżeli jedynym punktem odniesienia dla młodego człowieka jest kumpel żłopiący piwo i nienawidzący całego świata za to, że jego życie wygląda, jak wygląda, to trudno oczekiwać, by nie powiększała się rzesza tych wyrzuconych poza nawias ludzi, którzy szkodzą i sobie, i innym – dodają.

Socjolodzy wskazują, że za nienawiścią i poczuciem odrzucenia idzie agresja: wandalizm, samobójstwa, akty kryminalne. Utrwalane są fatalne wzorce rodzinne – i potrzeba wiele pracy, by takie dziedzictwo odrzucić. Rodzice zwykle wspierają wysiłki pedagogów, ale czasem jednak streetworker jest zmuszony się wycofać: nie może narzucać swoich wartości i podejścia całej rodzinie. Choćby w sytuacji, gdy ta uzna, że należy zakończyć edukację dziecka, bo priorytetem jest praca zarobkowa i jak najszybsze usamodzielnienie się.

Na szczęście, jak wskazują doświadczenia Andrzeja Grajczyka, zostają w nich zaszczepione umiejętności, zainteresowania i dystans wobec praw ulicy. Młode osoby wpisują się w normalność, przestają siedzieć pod sklepem – pracują, w wolnym czasie biwakują, uprawiają sport – choćby w klubie Apis w Wyszkowie – opowiadają o swoich przeżyciach. Zamiast uciekać od rzeczywistości, mają odruch poszukiwania ludzi, którzy wesprą, pomogą, rozładują złość.

Kolega w zasadzie musi uciekać z miasta

Kiedy koledzy 17-letniego M., „chyba z nudów i szarości” – jak opowiada on sam, wpadli po raz pierwszy na pomysł, by kupić amfetaminę, on akurat przemierzał z ekipą niekonwencjonalnych pedagogów bagna nad Bugiem. Trząsł się z zimna, niewiarygodnie wkurzony, przeklinał chwilę, w której zdecydował się na nadbużańską eskapadę, z ciągle uśmiechniętym gościem w moro i bojówkach. Jakby było się z czego cieszyć – zimno, głodno, daleko do domu. A w tym samym czasie chłopaki siedzą pewnie w hot-spotach, wygrywają kasę, śmieją się z jego „zaangażowania”.

Teraz – po kilku latach – z jednym z kolegów kontaktu już nie ma. Ten cały czas spędza w którymś z ośrodków leczenia uzależnień. Z drugim nie ma o czym mówić, kolega pożyczył kasę i przepadł. – Gość wszystkie pieniądze wrzuca w automaty, wziął pożyczki od szemranych typów i w zasadzie, chyba musi uciekać z miasta – mówi M.

Dzień na bagnach, w świecie ludzi tak odmiennych od dotychczas znanych, M. wspomina jako moment, w którym stanął na rozstaju dróg, nawet o tym nie wiedząc. Tak samo bezwiednie ruszył właściwą drogą. – Zmarzłem, wymęczyłem się i odkryłem, że mam co wspominać, mam przyjaciół, chcę wyruszyć znowu, bo na osiedlu nie dzieje się nic interesującego. No i zaangażowałem się. Jeździłem, gdzie się dało, wiele godzin przegadałem z Sensejem – wspomina Grajczyka M. – O sensie życia, o tym, co robić ze sobą w życiu, jak znaleźć się w tym całym syfie, jak gadać z rodzicami, żeby z tych rozmów coś wynikało, a nie tylko pretensje i wrzaski – kwituje.

Kontakt z dawnymi kompanami z podwórka rwał się stopniowo. – Wydawali się coraz bardziej dalecy, ograniczeni i… nieszczęśliwi – mówi M. – Kiedy zaproponowali mi fetę, odmówiłem. Tak po prostu, nawet nie wiem, dlaczego. Chyba zwyczajnie uznałem, że nie chcę robić tego, co oni, że to jakaś farsa: ćpają coś, co ich niszczy, osłabia. Nawymyślali mi od leszczów, ale najdziwniejsze, że miałem już wtedy gdzieś to, co o mnie myślą. Bardziej interesowało mnie, czy trener weźmie mnie do ekipy, jadącej na spływ kajakowy. Nigdy nie byłem na spływie i wiedziałem, że moi kumple też nie byli, ale ja miałem szansę popłynąć. Im nawet by się nie chciało, stwierdziliby, że to głupie, lepiej posiedzieć na automatach, chociaż nie raz proponowałem im jakiś wypad. Nie chcieli – wspomina.

Z Wiatrakiem się nie walczy

Stowarzyszenie Wiatrak współpracuje też z wyszkowskim Ośrodkiem Pomocy Społecznej. Jego pracownicy mają wgląd w potrzeby rodzin niepełnych, wielodzietnych, tych na życiowym zakręcie. Opieka nad nimi wymaga wielopłaszczyznowych działań – i tu wkracza Stowarzyszenie. Gdy dzieci mają zapewnioną profesjonalną opiekę i zagospodarowany czas wolny, rodzice – często samotni, bezrobotni, na zasiłkach – mogą szukać pracy czy chodzić na kursy, pomagające w jej znalezieniu.

Organizacja pracuje też z młodzieżą, mającą ma koncie pierwsze naruszenia prawa, wyroki w zawieszeniu. W takich przypadkach streetworkerzy próbują zapobiec recydywie – ale nie poprzez moralizowanie, straszenie zmarnowanym życiem, lecz dostarczanie doświadczeń, pozwalających odnaleźć się w nowej roli: osoby robiącej rzeczy ciekawe, wartościowe, godne uznania i naśladowania. Choćby poprzez sport czy surwiwal.

Z Wiatrakiem się nie walczy. Albo się w nim jest, albo nie. Streetworkerzy nikogo nie zmieniają na siłę, nie zmuszają do niczego, nie oceniają. Każdy podopieczny wyznacza własne granice zaangażowania, ale też nie zauważa, jak się one zmieniają. Nagle, zamiast obojętności i pozycji zamkniętego w swojej skorupie ślimaka, przyjmują postawę, którą cechuje troska o rówieśników w podobnej sytuacji, współpraca z grupą, utożsamianie się z nią, samo-rozwój, stawianie sobie konkretnych, realistycznych celów. A w przypadku trudności bez zażenowania proszą o pomoc, wiedząc, że mogą ufać ludziom, którzy kiedyś trafili na ich podwórka.

W takich przypadkach opiekunowie ze Stowarzyszenia nie wahają się rozmawiać z nauczycielami, szukać sposobów wsparcia takich osób. Czasem przezwyciężenie nieumiejętności porozumienia się przynosi choćby sukcesy na mistrzostwach sztuk walki, śpiewająco zdane matury, satysfakcję wszystkich zaangażowanych. Potencjał Wiatraka to właśnie ta niezachwiana wiara, że każdy zasługuje na szansę i odpowiednio pokierowany, wzmocniony poczuciem własnej wartości, może odnosić sukcesy i chronić się przed skutkami pochopnych decyzji, jak choćby rezygnacja z matury.

Otworzyć oczy na świat

Takie decyzje potrafią bowiem położyć się cieniem na całe życie. Frustracja, niemożność znalezienia pracy i robienia tego, do czego ma się smykałkę, to czynniki wyrzucające młodych ludzi na margines, na antypody uzależnień. Na te osiedlowe ławki, gdzie słychać śmiech, a w duszy – ból i gniew. Gdzie pozostaje tylko pójść do sklepu po kolejne piwo.

Pozostaje tylko cieszyć się z otwarcia wyszkowskich władz na streetworking. Pedagogika ulicy, nazywana też pedagogiką niekonwencjonalną – dla wielu „pedagogika ulicy” brzmi stygmatyzująco – to w Wyszkowie przykład profesjonalnie nawiązanego i realizowanego dialogu między władzami miasta, członkami Stowarzyszenia i adresatami podejmowanych przez obie strony działań. Dzięki temu udaje się nie zamiatać problemów, choćby tych związanych z uzależnieniami, pod dywan. Zamiast tego tworzy się system wsparcia na miarę XXI wieku. Otwierając dorosłym i młodzieży oczy na świat.

W marcu 2014 roku Polski Instytut Sztuki Filmowej otworzy pierwsze Pracownie Filmoteki Szkolnej w województwach mazowieckim, łódzkim, opolskim, małopolskim, świętokrzyskim i lubelskim.

Jednocześnie 14 000 polskich szkół gimnazjalnych i ponadgimnazjalnych otrzyma bezpłatny dostęp on-line do ponad 100 polskich filmów fabularnych, dokumentalnych i animowanych. Celem akcji jest wprowadzenie elementów edukacji filmowej do programów nauczania.

Pracownie Filmoteki Szkolnej

Pracownie Filmoteki Szkolnej to kolejna inicjatywa, za pośrednictwem której Polski Instytut Sztuki Filmowej upowszechnia edukację filmową w szkołach, wspomaga nauczycieli w procesie dydaktycznym i realizowaniu działań filmowych, które angażują młodzież i lokalne społeczności.

Pracownie Filmoteki Szkolnej mają służyć popularyzacji szkolnej edukacji filmowej. Opiekunowie merytoryczni pracowni to nauczyciele – liderzy Filmoteki Szkolnej – którzy podjęli się nie tylko prowadzenia lekcji przedmiotowych dla uczniów z danej szkoły, ale także warsztatów dla nauczycieli i młodzieży z całego regionu. W ten sposób budowany jest kolejny element systemu wsparcia metodycznego w całej Polsce. Do końca czerwca  PISF otworzy Pracownie Filmoteki Szkolnej w każdym województwie.

W ramach adaptacji na Pracownię Filmoteki Szkolnej, każda sala klasowa zostanie dostosowana do projekcji filmów, wyremontowana i wyposażona w profesjonalny sprzęt: serwer, projektor i ekran, system nagłaśniający oraz podłączenie do Internetu, umożliwiające odtwarzanie filmów on-line.

Biblioteka filmów i nowoczesne narzędzia dydaktyczne

Otwarciu Pracowni Filmoteki Szkolnej towarzyszy poszerzenie filmowego repertuaru dostępnego bezpłatnie we wszystkich szkołach ponadpodstawowych w Polsce. Od marca nauczyciele i uczniowie mogą oglądać ponad 100 polskich filmów przez stronę www.filmotekaszkolna.pl. Wśród tytułów znajdują się m.in. wybitne produkcje zrekonstruowane cyfrowo: „Rękopis znaleziony w Saragossie” Wojciecha Jerzego Hasa, „Wesele” Andrzeja Wajdy, jak również nominowana do Oscara „Katedra” Tomasza Bagińskiego czy dokument „Muzykanci” Kazimierza Karabasza. Filmy podzielone są na lekcje tematyczne, m.in.: „W społeczeństwie”, „Człowiek i sztuka”, „Moje korzenie”.

Opracowany materiał dydaktyczny ułatwia młodzieży świadomie i krytycznie obcowanie ze sztuką filmową i rozpoznawanie filmowych środków wyrazu.  Co ważne, przygotowuje do uczestnictwa w kulturze i pomaga w zrozumieniu współczesnego świata.

Zastosowana technologia pozwala na dostęp do filmów w dobrej jakości, a także umożliwia nauczycielom korzystanie z rozwiązań takich, jak przygotowanie playlisty, szybki dostęp do fragmentu filmu, stworzenie lekcji z wykorzystaniem materiałów ze strony internetowej Filmoteki Szkolnej.

Współpraca międzyinstytucjonalna

Filmoteka Szkolna realizowana jest przez Polski Instytut Sztuki Filmowej we współpracy z instytucjami partnerskimi od 2009 roku. Razem z organizacjami zrzeszonymi w Koalicji dla Edukacji Filmowej – m.in.: Centrum Edukacji Obywatelskiej, Warszawską Szkołą Filmową, Fundacją Generator, Stowarzyszeniem Nowe Horyzonty i Stowarzyszeniem Filmowców Polskich – prowadzone są warsztaty metodyczne i filmoznawcze, zajęcia operatorskie, montażowe i aktorskie. Ponadto organizowane są konkursy  filmowe i recenzenckie oraz Filmowe Gry Miejskie.

Otwarta formuła Filmoteki Szkolnej umożliwia nauczycielom prowadzenie zajęć w zróżnicowany sposób, zarówno w systemie lekcyjnym, jak i pozalekcyjnym (koła zainteresowań, szkolne dyskusyjne kluby filmowe). Mogą z niej korzystać nauczyciele wielu przedmiotów – języka polskiego, wiedzy o kulturze, historii czy wiedzy o społeczeństwie.

– Film na stałe zagościł w życiu młodzieży, która na kontakt z mediami nie tylko przeznacza znacznie więcej czasu niż kiedyś, ale przede wszystkim już od wczesnego dzieciństwa żyje w świecie nasyconym przekazami audiowizualnymi. W tej sytuacji nauka o filmie poprzez film wydaje się nie tylko wyzwaniem, lecz także koniecznością – mówi Agnieszka Odorowicz,dyrektor Polskiego Instytutu Sztuki Filmowej.

Kalendarium wydarzeń:

Uroczyste otwarcie Pracowni Filmoteki Szkolnej zaplanowano w terminie 10-19 marca 2014 r. w następujących miejscowościach:

  • 10 marca (poniedziałek) – Piaseczno, Liceum Ogólnokształcące im. Pierwszej Dywizji Kościuszkowskiej
  • 11 marca (wtorek) – Radomsko, I Liceum Ogólnokształcące im. F. Fabianiego
  • 12 marca (środa) – Kluczbork, Zespół Szkół Ogólnokształcących im. A. Mickiewicza
  • 17 marca (poniedziałek) – Kielce, Katolickie Liceum Ogólnokształcące im. św. S. Kostki
  • 18 marca (wtorek) – Wola Rzędzińska, Gimnazjum nr 1
  • 19 marca (środa) – Krasnystaw, II Liceum Ogólnokształcące im. C.K. Norwida

W każdej ze szkół otwarcie Pracowni Filmoteki Szkolnej rozpocznie się od konferencji prasowej o godz. 11.00. Wezmą w niej udział: przedstawiciele Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego, Ministerstwa Edukacji Narodowej, Dyrektor PISF Agnieszka Odorowicz, prof. Sławomir Bobowski oraz władze miasta i regionu. Wydarzeniu towarzyszyć będą: projekcja filmu dla uczniów połączona z debatą „Skrytykuj.pl”, którą poprowadzą krytycy filmowi Kaja Klimek, Błażej Hrapkowicz i Anna Bielak, wykład dla nauczycieli oraz dyrektorów szkół dotyczący miejsca edukacji filmowej w podstawie programowej oraz prezentacja dobrych praktyk przygotowana przez nauczyciela –  lidera Filmoteki Szkolnej.

Szczegółowych informacji na temat programu Filmoteka Szkolna udziela Agata Sotomska z Polskiego Instytutu Sztuki Filmowej: Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie w przeglądarce obsługi JavaScript., tel. 22 42 10 559, 695 363 351, www.filmotekaszkolna.pl.

piątek, 14 marzec 2014 13:13

BIEG W STRONĘ ŚWIATŁA

Napisane przez

10 stycznia do kin wchodzi „Biegnij, chłopcze, biegnij” w reż. Pepe Danquart’a. To adaptacja książkowego bestsellera Uriego Orleva pod tym samym tytułem – historia ośmiolatka, któremu udaje się uciec z warszawskiego getta w trakcie jego likwidacji w 1942 r. W obsadzie sławy polskiego kina: m.in. Grażyna Szapołowska, Izabela Kuna, Zbigniew Zamachowski, Olgierd Łukaszewicz, Mirosław Baka. W głównej, zagranej wspólnie z bratem-bliźniakiem Andrzejem, roli – Kamil Tkacz, którego debiut w głośnym „Chce się żyć” Macieja Pieprzycy zachwycił niedawno nie tylko polskich kinomanów.

„Biegnij, chłopcze, biegnij” toporuszające losy dziecka, które straciło całą rodzinę i zdane jest na pomoc ze strony obcych. Zimą 1942 r. trafia do domu życzliwej Polki (w tej roli Elisabeth Duda). Kobieta decyduje się przygarnąć chłopca i namawia, by dla bezpieczeństwa przyjął nową tożsamość: osieroconego Polaka wyznania rzymskokatolickiego.

Wskutek dramatycznego splotu wydarzeń, chłopiec musi jednak opuścić gościnny dom i rusza w pełną niebezpieczeństw wędrówkę przez ogarnięty wojną kraj. Korzystając z pomocy polskich rodzin i przybranej tożsamości, próbuje przetrwać koszmar okupacji. Próbując przeżyć, napotka na swej drodze niekiedy otwarte drzwi, życzliwość i zrozumienie, ale niekiedy na jego pukanie odpowiedzi nie będzie żadnej, a czasem odpowiedzią będzie podstęp i zdrada…

 

Jak Anna Frank lub Imre Kertesz

Jak zaznaczają twórcy filmu, ta historia wydarzyła się naprawdę. Protoplastą postaci głównego bohatera – Srulika/Jurka jest Yoram Fridman, dziś starszy pan, mieszkający w Izraelu. Jego dramatyczne, wojenne losy opisał Uri Orlev – pisarz adresujący swoje dzieła przede wszystkim do dzieci, wielokrotnie nagradzany m.in. Międzynarodową Nagrodą Literacką im. Janusza Korczaka przyznawaną przez Polską Sekcję IBBY (International Board on Books for Youngsters).

Książka „Biegnij, chłopcze, biegnij”została już przetłumaczona na ponad 15 języków i opublikowana w 17 krajach. W Polsce ukazuje się równolegle z premierą filmową. – Od dłuższego czasu szukałem pomysłu na film historyczny, który byłby na tyle mocny, że już sama lektura scenariusza sprawiałaby, że serce bije mocniej – opowiada reżyser filmu, Pepe Danquart. – Chciałem zrobić film, który nie byłby kolejnym przykładem dobrze zrealizowanego kina rozrywkowego, ale wyjątkową i poruszającą opowieścią, odnoszącą się do najbliższej historii i przedstawioną w sposób zupełnie nowy dla publiczności. Film, który byłby wart każdego wysiłku i ryzyka podjętego przy jego produkcji. Film, który przemawiałby do zbiorowej wyobraźni. I wreszcie znalazłem to, czego tak długo szukałem – książkę Uriego Orleva „Biegnij chłopcze, biegnij” – dodaje.

– Ta książka jest wyjątkowa. Nie tylko ze względu na niezwykłą historię Jurka, ale także dlatego, że jest zapisem wycinka ludzkiej historii, podobnie jak „Dziennik” Anny Frank, czy „Los utracony” Imre Kertesza – twierdzi Danquart. – Sztafaż przygodowej fabuły kryje poważne dylematy dziecka, które za cenę uratowania życia musi pozbyć się swojej żydowskiej tożsamości i udawać katolickiego sierotę. Walcząc o przetrwanie, mały Jurek powoli zapomina o swoim rodzeństwie, a twarz matki zaciera się w jego wspomnieniach. W końcu znajduje bezpieczną przystań i miłość w domu polskiej rodziny mieszkającej na wsi. Wewnętrzny konflikt związany z tożsamością ma swój kulminacyjny moment w końcowej części filmu. Mam wrażenie, że nigdy dotąd ten temat nie był w kinie podejmowany w tak poruszający sposób – wyznaje  reżyser.

 

Hołd dzieciom

Jak podkreśla, w jego zamierzeniu film ma stać się hołdem dla wszystkich dzieci, które w przeszłości – a w niektórych częściach świata nawet po dziś dzień – były i są zmuszone walczyć o swoje życie. A także dla tych, którym – mimo przerażających okoliczności – udało się nie tylko przetrwać, ale też zachować człowieczeństwo. Ma być odą na cześć życia, wiary i nadziei. Jak w ostatecznym rozrachunku wyszło?

Kinowa historia małego żydowskiego chłopca, przez kilka lat ukrywającego się w lasach i wioskach niedaleko Warszawy, jest całkiem solidnym kinem, ale dla odbiorcy młodzieżowego. Nie wolnym więc od schematów, uproszczeń i… nadmiaru słów. Jednak dość ciekawie, klarownie rozpisanym i zagranym. Największe brawa dla bliźniaków: Andrzeja i Kamila Tkaczów!

Co ciekawe, moim zdaniem, losy Srulika/Jurka, choć pozornie nieprawdopodobne, im dalej w głąb kinowej lektury zyskują na tej jedynej wiarygodności, która to może poruszyć oglądającego. A jestem przekonany, że ta historia może dotrzeć do serc widzów w każdym zakątku świata. Także w Polsce film ten nie powinien nas jakoś specjalnie podzielić. W sposób przejmujący, i jednocześnie bardzo prosty, pokazuje bowiem, czym jest zło i czym jest dobro…

Nie jest to oczywiście filmowe dzieło o Dobru, Złu i niewyobrażalnej wręcz walce o życie tej miary co np. „Essential Killing” Jerzego Skolimowskiego, czy „W ciemności” Agnieszki Holland.  Zwłaszcza ten pierwszy mógłby być znakomitym artystycznym kontrapunktem dla swojej epoki – to film, który nieodmiennie świadczy też o wielkiej oryginalności tego właśnie twórcy (zarówno, gdy chodzi o wybór tematu, jak i jego do końca tajemnicze poprowadzenie!).

 

Kino bez zaokrąglonych kątów

Wiem oczywiście, że w przypadku jakby nie było adresata młodzieżowego „Biegnij, chłopcze, biegnij” tego Milczenia i tej Tajemnicy nie mogło być tu za wiele. Ale, niestety, tego właśnie mi najbardziej zabrakło, przynajmniej w wielu scenach.

Zupełnie inna sprawa to wybór tematu… Marzy mi się, by w Polsce, albo w Europie, powstał wreszcie film, który byłby choć przyczynkiem do zastanowienia się i zapytania: dlaczego tak się stało, że to właśnie dwa narody – polski i żydowski – tak szczególnie ucierpiały podczas II wojny światowej? Przeróżni politycy, artyści, konformiści tak lubią wciąż w tej materii „zaokrąglać kąty” i uciekać od całej, złożonej i wielowymiarowej prawdy, gdy czasem ta prawda nie pasuje do ubitych ogólnoświatowych stereotypów… Marzy mi się więc przy okazji takich właśnie premier i „nasz, polski bieg w stronę światła”. Historia II wojny światowej pokazuje, że zdarzyło ich się niemało. Ale w kinie wciąż ich bardzo brak.

Cykl Z FILMEM NA TY powstaje we współpracy z Polskim Instytutem Sztuki Filmowej.

www.pisf.pl

środa, 22 styczeń 2014 00:44

Spółdzielnia socjalna: gdzie kucharek pięć…

Napisane przez

Sołtys i szefowa koła gospodyń wiejskich w Wałczu Drugim, Jadwiga Matysek, namówiła cztery kobiety, by założyły spółdzielnię socjalną. Od dłuższego czasu były bez pracy. W sierpniu ubiegłego roku otrzymały dotację, zakasały więc rękawy…

Wykorzystały te umiejętności, które mają i zajęły się gotowaniem. Potrawy przygotowują tak, jak robią je dla swoich rodzin. Według członkiń spółdzielni, to właśnie źródło ich sukcesu: ich obiady smakują, jak w domu. Dzisiaj każdy dzień zaczynają już o trzeciej rano, by wywiązać się z zamówień.

Spółdzielnię, którą nazwały „Ogrodem Smaków”, tworzy pięć kobiet. Najmłodsza z nich ma 32 lata, najstarsza 57. Jedna dojeżdża z Dobina – sąsiedniej wsi.

I sukces, i porażka do podziału

Jadwiga Matysek wyjaśnia, jak powstał pomysł. Kilka lat wcześniej – jako sołtys – przystąpiła do prężnie działającej w gminie pozarządowej Lokalnej Grupy Działania „Lider Wałecki” i wielokrotnie brała udział w szkoleniach, jakie organizowała grupa. Na wyjazdach podpatrywała, jakie inni ludzie mają pomysły na przedsiębiorczość.

Na jednym z warsztatów usłyszała o spółdzielniach socjalnych. Dowiedziała się, jakie są zasady ich funkcjonowania: skoro kobiety mają problem ze znalezieniem zatrudnienia, muszą same stworzyć sobie stanowisko pracy, a najlepiej znaleźć kilka chętnych osób. Wówczas można podzielić zadania. Poza tym sukces w pojedynkę to nie problem, o wiele trudniejsze jest ryzyko. W grupie łatwiej też poradzić sobie z porażką.

Stabilizacja dla młodych

− Wówczas zaczęło mi świtać, że może coś takiego stworzyć samemu – mówi Matysek. Jednak najpierw, z mężem Ireneuszem, zastanawiała się, czy warto się w to angażować. Przysłowiowego chleba im nie brakowało, ale też – jak mówi pani Jadwiga – sama „kołysała się” między obowiązkami sołtysa, a pracą w kole gospodyń wiejskich. − Nic stałego – podsumowuje. Jednak najbardziej chodziło jej o młodsze kobiety.

− Moja córka i jej bratowa bez powodzenia szukały pracy. Trafiały się im zlecenia, ale po odliczeniu kosztów w sumie nie miały zarobku. W takiej małej miejscowości jest ciężko o pracę. Często to kwestia szczęścia, bo ktoś ją jednak dostaje – utyskuje pani Jadwiga.

Ruszają na szkolenia

Jesienią dwa lata temu, na spotkanie zorganizowane przez „Lidera Wałeckiego” przyjechali pracownicy Zachodniopomorskiej Agencji Rozwoju Regionalnego i zaproponowali udział w kursie tworzenia spółdzielni socjalnych od podstaw. Sołtys zgłosiła się na szkolenie.

Jednak jak przyznaje, o spółdzielni zaczęła myśleć na poważnie, dopiero kiedy pojawiła się szansa na duże dofinansowanie. Aby się o nie starać, kobiety musiały przebrnąć przez szereg formalności i szkolenia na temat tego, jak stworzyć biznesplan, z podstaw księgowości i prawa. Pierwsze warsztaty odbyły w Fundacji Pomocy Wzajemnej „Barka” w Poznaniu.

Kolejny warunek: spółdzielnię mogą założyć tylko osoby bezrobotne. Tu pojawił się problem. Jak wyjaśnia Jadwiga Matysek, razem z córką były pozbawione statusu osób bezrobotnych, bo odmówiły udziału w szkoleniu, które oferował Urząd Pracy. – Zaliczanie piątego kursu z obsługi komputera było bez sensu, dlatego straciłam status bezrobotnej. Jednak w ciągu tygodnia musiałyśmy potwierdzić, że jesteśmy bezrobotne. Pobiegłam do Urzędu Pracy. Przedstawiłam pani kierowniczce sytuację i okazało się, że była bardzo przychylnie nastawiona. Już na drugi dzień wszystkie byłyśmy ponownie zarejestrowane.

Kobiety musiały jeździć do Szczecina, żeby wypełniać stertę formularzy. Wyruszały pociągiem o piątej rano, żeby zdążyć do agencji na dziewiątą. Gdy już się z tym uporały, zakwalifikowały się do programu – ale to jeszcze o niczym nie przesądzało. Przeszły szkolenia, ale też w lutym jedna z nich urodziła dziecko. Na czas szkoleń zostawiała je pod opieką dziadków.

Granty na start

Przyszedł czas na sprawdzian umiejętności. – Dopiero oczy się nam otworzyły, że to wcale nie jest takie proste, jak się nam wydawało na początku. Było dużo niepewności – przyznaje Jadwiga Matysek. – W praktyce okazało się, że nie miałyśmy zielonego pojęcia, jak się tworzy biznesplan, mimo że byłyśmy po szkoleniu w tym zakresie.

Kiedy wstępną wersję przedstawiły w agencji w Szczecinie, okazało się, że wniosek zawierał wiele nieprawidłowości. Przyszło lekkie załamanie, ale osoba odpowiedzialna za weryfikację pokazała, co jest nie tak. − To był człowiek nerwowy, ale rzeczowy – mówi Matysek i podkreśla, że jego wskazówki były cenniejsze niż półroczne szkolenie.

W sierpniu otrzymały 100 tysięcy dofinansowania. Za te pieniądze wyposażyły kuchnię w najnowocześniejszy sprzęt, zakupiły między innymi piec konwekcyjno-parowy. Mają jeszcze problem z jego obsługą, ale uczą się metodą prób i błędów. Czasami coś się nie udaje.

O 6 tysięcy zwiększyła pulę kolejna dotacja, tzw. pomostówka, którą mogą przeznaczyć na ZUS i bieżące rachunki – na przykład za energię. Teraz starają się o następny grant, również w wysokości 6 tysięcy złotych. – Tyle że trzeba się wyrobić z dokumentami w bardzo krótkim czasie – martwi się szefowa spółdzielni. – Jest okres świąteczny – dodaje. Na załatwienie zaświadczeń z ZUS i Urzędu Skarbowego o tym, że nie zalegają z płatnościami, mają cztery dni.

Szefowa walczy o przetargi

Lokal znalazły we własnym zakresie, bez pomocy gminy. Na posesji Jadwigi Matysek zaadaptowały na kuchnię… dawny kurnik. Budynek był w opłakanym stanie. Dziś to miejsce jest nie do poznania. Wiele pracy wykonały własnym sumptem. Mąż Jadwigi Matysek położył kafelki, zainstalował sanitariaty, poprowadził kanalizację i centralne ogrzewanie.

„Ogród Smaków” musi przetrwać minimum rok. Jeśli sobie nie poradzą, będą musiały zwrócić cały sprzęt innej spółdzielni, którą wskaże agencja. Jednak są dobrej myśli. Na początku było dużo problemów, ale chyba się udało. Zaraz po otworzeniu spółdzielni stanęły do przetargu na dostarczanie posiłków dla szkół i… wygrały. Zdecydował łut szczęścia, bo jedyny konkurent nie dopełnił formalności, chociaż zadeklarował konkurencyjną cenę na obiady. Dziś Matysek przyznaje, że bez tego przetargu miały małe szanse na przetrwanie. Szkoły dają im byt. Częścią pracy podzieliły się nawet z bliźniaczą spółdzielnią, działającą w sąsiedniej wsi. W tym samym czasie w gminie powstały jeszcze dwa takie kobiece przedsiębiorstwa.

Szefowa „Ogrodu Smaków” już składa wnioski o kolejne przetargi, bo to zapewnia bezpieczeństwo spółdzielni. Duży ruch miały na święta. Samych pierogów przygotowały sto kilo, do tego domowy barszcz, krokiety i ciasta. Sama pani Jadwiga upiekła szesnaście makowców. To jej specjalność, choć tu mistrzynią jest Regina Stolarska.

Przygotowywały już wesela, „osiemnastki”, roczniki, konsolację, a ostatnio – wigilię sołtysów. Każdego roku organizuje ją jedno z sołectw w gminie. W tym roku wypadło na Wałcz Drugi. Zadania podjęły się kobiety ze spółdzielni. – Dziewczyny, rewelacja! – mówił zachwycony wójt.

Podstawą są potrawy przygotowywane tak, jak gospodynie robią je w domu. I chyba są smaczne, bo klienci wracają z kolejnymi zamówieniami. W ich kuchni nie wykorzystuje się mrożonek. Także zapas mięs i warzyw mają góra na trzy dni. Produkty zamawiają u sprawdzonych hurtowników, nigdy nie kupują ich w supermarketach.

Sposób na pracę i… figurę

Dzień rozpoczynają tuż przed czwartą rano. W kuchni pierwsza zjawia się J. Matysek, która nastawia zupy. Zaraz pojawiają się pozostałe panie. Dziennie przygotowują minimum 326 obiadów, jeśli nie mają innych zleceń. Przed dziewiątą posiłki do szkół: w Witankowie, Różewie, Strącznie i Gostomi. Rozwożą je najmłodsze. Kilka dni temu zakupiły – nie najnowszy, ale większy – samochód.

− Niby ja rządzę i trzymam wszystko w ryzach, zwłaszcza kasę – mówi pani Jadwiga. – Ale dziewczyny są odpowiedzialne. Nie ma spychologii. Każda z pań sprząta po sobie. Brudnych garnków nie zostawia się w kuchni, bo najłatwiej je zapuścić.

Spółdzielnia miała też pierwsze kontrole – skarbówki i sanepidu, ale wszystko było w porządku.

Kobiety pracują w spółdzielni na pół etatu. Na rękę każda z członkiń spółdzielni bierze 632 złote wynagrodzenia. Nie jest to zawrotna kwota, ale już mają więcej w rodzinnych budżetach.

Pani Jadwiga Matysek mówi, że stała praca wymagała zmiany trybu życia. Wszystkie wstają o świcie. Pracują od poniedziałku do piątku i, paradoksalnie, od tego gotowania wszystkie… schudły.

wtorek, 24 wrzesień 2013 16:12

BAŁAGAN W PRACOWNI

Napisane przez

Warunki w polskich szkołach bywają gorsze niż w więzieniach – taką prowokacyjną tezę postanowił kilka tygodni temu „Dziennik Zachodni”. Jednak, mimo skrajnych przypadków opisywanych na łamach gazety, sytuacja jest daleka od katastrofy, którą sportretowali dziennikarze. Nie da się natomiast ukryć, że wyposażenie szkolnych klas i specjalistycznych pracowni jest piętą achillesową systemu. W trudnych czasach szkoły radzą sobie, jak potrafią – ale skutkiem tego jest wszechobecny bałagan.

Dwa lata temu Wojewódzka Stacja Sanitarno-Epidemiologiczna sprawdziła śląskie szkoły – i okazało się, że w ponad 13 proc. placówek brak niezbędnych środków czystości (takich jak papier toaletowy czy mydło), a w 6 proc. z kranów płynie wyłącznie zimna woda. Rok temu powtórzono kontrolę: sytuacja pozostała bez zmian. Do dziś prawdopodobnie niewiele się w tym zakresie zmieniło.

Niż i cięcia

Oczywiście, w tak skrajnych przypadkach można się dopatrywać złośliwości i łobuzerstwa samych uczniów, tym niemniej przyczyny kryzysu związanego z doposażaniem szkół w mniej lub bardziej nowoczesne pomoce naukowe są trywialne: niedofinansowanie systemu. Dyrektorzy szkół jak jeden mąż narzekają na niskie subwencje oświatowe, co zmusza ich do cięcia nauczycielskich wynagrodzeń – co z kolei de facto powoduje odpływ najzdolniejszych z publicznego szkolnictwa – a także odwoływania się do hojności rodziców uczniów.

Cięcia w budżecie państwa i samorządów to nie jedyny argument urzędników odpowiedzialnych za oświatę. Likwidację placówek, czy też systematyczne zmniejszanie ich wydatków tłumaczy się też niżem demograficznym. Jednak nie wszyscy podzielają ten pogląd. – Tylko w tym roku w szkole podstawowej nr 13 przyjęto 9 klas pierwszych, a klas pierwszych gimnazjalnych jest 4. Już zdarzają się niższe klasy, w których jest ponad 30 osób – mówiła na łamach „Echa Gorzowa” nauczycielka z jednej z gorzowskich szkół, Danuta Przybysz. I nie oznacza to bynajmniej, że za kilka lat dla szkół nadejdą lepsze czasy.

- Kiedyś w związku z niżem zlikwidowano zawodówki i dotychczas trudno je odbudować – opowiada gazecie Przybysz. – Nauczyciele rozeszli się po różnych szkołach, ucząc zupełnie innych przedmiotów. Zniknęła cała baza, warsztaty itp. Były dobrze wyposażone gabinety, np. chemiczne, fizyczne, geograficzne, w których nauczyciel z młodzieżą prowadził doświadczenia. Obecnie prawie nic z tego nie zostało, bo nie ma pieniędzy na wyposażenie, ani na zapewnienie bezpieczeństwa – tłumaczy.

Widmo cyfrowej rewolucji

Ale brak globusów czy probówek w pracowniach wydaje się być mniejszym problemem niż kłopoty związane z nadchodzącą cyfrową rewolucją technologiczną w polskim szkolnictwie. Ogłoszony z pompą rządowy program Cyfrowa Szkoła – mający w założeniu „rozwijać kompetencje uczniów i nauczycieli w zakresie stosowania technologii informacyjno-komunikacyjnych” został z końcem ubiegłego roku uruchomiony w 399 szkołach (a więc 99 proc. wszystkich placówek zakwalifikowanych do udziału). Jego elementami jest sprzęt komputerowy dla szkół i darmowe e-podręczniki dla uczniów. Ba, ministerstwo edukacji chce uzyskać na ten cel ponad 6 mld zł z unijnego budżetu na lata 2014-2020.

Problem w tym, że osoby obserwujące realia Cyfrowej Szkoły mają znacznie bardziej sceptyczny stosunek do programu. Mniejsza o to, że rodzice musieliby pokryć koszt czytników do e-podręczników. Juliusz Bolek, przewodniczący Rady Dyrektorów Instytutu Biznesu zarzuca administratorom programu, że Cyfrowa Szkoła jest prowadzona z pogwałceniem zasad wolnorynkowych. Inni eksperci twierdzą, że zawodzą szkolenia dla nauczycieli, a e-podręczniki do tej pory nie trafiły do rąk (czy na czytniki) uczniów. Nie ma modelu nauczania, który precyzowałby, jaką wiedzę mieliby zdobyć w Cyfrowej Szkole uczniowie. – Wszystko wskazuje na to, że szkołę czeka rewolucja edukacyjna podobna do rewolucji śmieciowej, której żałosną realizację właśnie obserwujemy – kwituje Juliusz Bolek na łamach dziennika „Polska the Times”.

Cyfrowa Szkoła brzmi dobrze, ale póki co, każdy stara sobie radzić, jak może. Swego czasu Jarocin – kosztem 1,2 mln zł – postanowił kupić 820 netbooków, by w 26 szkołach gminy stworzyć mobilne pracownie. Zestaw składał się z komputera dla nauczyciela, routera i netbooków „pod Windowsem”, z pakietem Office i programem antywirusowym. W Krzywaczce salę wyremontowała gmina, ale multimedialne wyposażenie do nauki języków obcych czy tablica interaktywna to rezultat zrzutki rodziców.

Kablowy chaos

„Znam placówki, gdzie nie ma problemu z dostępnością pracowni (dotyczy to zespołów szkół posiadających 2-4 takich pracowni z dostaw MEN). Kłopoty pojawiają się w związku z ilością uczniów w klasach – te pracownie to 15 stanowisk, a w szkołach praktycznie prawie zanikł podział na grupy – samorządy tną koszty (na zajęciach np. z geografii, historii, matematyki w pracowni komputerowej nie ma nawet mowy o podziale klasy na grupy)” – pisał na stronach portalu EDUNEWS Adam Cichowicz, nauczyciel z Okszowa.

„W mojej szkole tak zorganizowałem pracownie komputerowe, że poza 15 stanowiskami komputerowymi mam jeszcze 12-14 tradycyjnych stanowisk – stoliki i krzesła. Do tego zaciemnienie okiem oraz duży ekran na stałe zamocowany do sufitu. Wiem, że wiele szkół w ostatnich latach w ramach środków pozabudżetowych zorganizowało u siebie sale multimedialne – pomieszczenie dla ok. 40 uczniów, z projektorem i rzutnikiem multimedialnym podwieszonym pod sufitem, stanowiskiem komputerowym dla prowadzącego + dodatkowe dla laptopa, dostęp do Internetu, telewizor LCD 50’, DVD z zestawem głośnikowym kina domowego. Niestety – nie każda szkoła może mieć do dyspozycji salę o powierzchni ok. 90 m kw.” – komentował.

No właśnie. Sale multimedialne czy wyposażenie klas to rezultat nie tyle standardu edukacyjnego, na straży którego stałoby ministerstwo czy choćby współpracujący ze szkołą ekspert, a raczej efekt pospolitego ruszenia: pasji nauczyciela prowadzącego zajęcia informatyczne, dobroci (albo porządków) w mieszkaniach rodziców uczniów, działań charytatywnych (albo porządków w biurach) lokalnych firm, wydawania „środków pozabudżetowych”, przetargów organizowanych przez samorządy np. dla wszystkich instytucji pozostających w gestii danej JST itp. Rezultat jest taki, że do szkół trafia sprzęt rozmaitego pochodzenia, standardów, na różnych etapach eksploatacji i, jak to już przyjęto w praktyce przetargowej w Polsce – po najniższej cenie. Dość wspomnieć, że choćby komputery z zainstalowaną najnowszą wersją Windows nie są w stanie współpracować ze kilkuletnimi „starymi” – ale jeszcze działającymi – urządzeniami, takimi jak skaner czy drukarka. A to dlatego, że producenci tego sprzętu już nie robią sterowników do niego na najnowszą wersję Windows. Przecież na świecie nikt już nie pracuje na 10-letnich drukarkach!

Poza kontrolą

I, na dodatek, nikt tego nie kontroluje. „Nie widać instytucji zewnętrznych w stosunku do organów prowadzących szkoły i placówki, weryfikujących wyposażenie pracowni, w których uczy się zawodu” – alarmuje na łamach magazynu „Dyrektor szkoły” Stanisław Szelewa. – Obecny system nadzoru nie sprzyja weryfikacji wyposażenia szkół i placówek kształcenia zawodowego. Kontrole i ewaluacje dokonywane raz na kilka lat nie zastąpią wiedzy o szkołach, jaką dawała regularna praca wizytatorów – czytamy w miesięczniku. W efekcie zdarzają się szkoły, które praktycznie nie posiadają zalecanego przez kuratorium wyposażenia.

Problem, w takiej samej mierze, dotyczy wszystkich szkół. – Od minimalnych środków na infrastrukturę szkolną i wyposażenie przedszkoli i szkół w pomoce dydaktyczne, po oskarżanie dyrektorów tych placówek o skorumpowanie, skoro wydawcy podręczników szkolnych zażądali w zamian za przekazanie tym placówkom nowoczesnego sprzętu multimedialnego stosowania w edukacji ich podręczników – charakteryzuje spektrum problemów prof. Bogusław Śliwerski, przewodniczący Komitetu Nauk Pedagogicznych PAN, na swoim sieciowym bogu.

Strona 2 z 3

Lock full review www.8betting.co.uk 888 Bookmaker

PARTNERZY