Ostrzeżenie

JUser::_load: Nie można załadować danych użytkownika o ID: 78.

sobota, 24 maj 2014 16:18

WSTRZĄSAJĄCE NON-FICTION

9 maja wszedł na ekrany film wyjątkowy. „Powstanie Warszawskie” to nie tylko dokument, to arcydzieło sztuki filmowej: archiwalne nagrania zostały zrekonstruowane, pokolorowane i zmontowane w opowieść, która chwyci za gardło nawet tych, którzy o przebiegu i legendzie Powstania wiedzą już wszystko.

Biuro Informacji i Propagandy Komendy Głównej Związku Walki Zbrojnej – Armii Krajowej, tak nazywała się jednostka w polskim podziemiu wyjątkowa. Stworzona już u progu wojny, wiosną 1940 roku, miała dokumentować zarówno inicjatywy londyńskiego rządu RP, jak i działania Niemców w okupowanej Polsce. Informować, a zarazem walczyć z niemiecką propagandą. Chętnych szkolono z fotoreportażu, reżyserii i obsługi megafonów. W szeregach Biura pracowali – czy właściwie: służyli – znani operatorzy i montażyści: Antoni Bohdziewicz, Wacław Kaźmierczak, Leonard Zawisławski, Seweryn Kruszyński; reżyserzy Jerzy Gabryelski, Jerzy Zarzycki, Andrzej Ancuta, Roman Banach, Ryszard Szope, Henryk Vlassak, Antoni Wawrzyniak; fotografowie Sylwester Braun i Joachim Joachimczyk, historyk Aleksander Gieysztor oraz filolog prof. Kazimierz Feliks Kumaniecki.

Tu fiction: Witek i Karol należą do tej elity. Choć to postaci wymyślone na potrzeby tego filmu, mają być idealnym odzwierciedleniem rzeczywistych bohaterów, którzy w dniach Powstania stali po drugiej stronie kamery. Jak to młodzi, chcą utrwalić obraz „prawdziwej” wojny, nie tej konspiracji co przez kilka ostatnich lat, ani mozołu życia cywilów za linią frontu. Najpierw zbierają i takie obrazki – na potrzeby kroniki filmowej, która ma zostać wyświetlona w kinie „Palladium”. Ale zbliżają się coraz bliżej linii walk, a w końcu wraz z jednym oddziałów uczestniczą „w akcji”.

Rzeczywistość przekracza ich najśmielsze oczekiwania. Z nieba lecą bomby i pociski, śmiejący się powstańcy wkrótce będą martwi, w szpitalach kłębią się lekarze i tysiące rannych, spod gruzów zwalonych domów cywile próbują wygrzebywać swoich bliskich i sąsiadów. Apokalipsa. Zagłada, której świadectwo trzeba zachować. Wraz z końcem filmu Witek i Karol przekradają się poza niemieckie linie…

22.971.520 megabajtów danych

Wróćmy do non-fiction – filmowcom z zespołów BIP udało się ocalić cząstkę z zarejestrowanych podczas powstańczej pożogi materiałów. Nikt nie wiedział dokładnie, ile taśm przetrwało: 122 rolki ukryto jeszcze przed upadkiem Powstania na Wilanowskiej w Warszawie. Rolki umieszczono w samochodowych gazogeneratorach, zakryto, owinięto osmołowaną papą i raz jeszcze włożono do dodatkowych pojemników.

W 1946 roku udało się je znaleźć. Taśmy trafiły do konserwacji i obróbki – z części zarejestrowanych scen powstał film „Warszawa walczy”, po czym… materiały zaginęły! W 1956 r. w przedziwnych okolicznościach odnalazły się jego skrawki: krótkie, bez żadnego porządku posklejane epizody.

Upłynęło przeszło pół wieku zanim filmowcy dostrzegli wybuchowy – nie tylko historyczny, ale też emocjonalny – potencjał zgromadzonego materiału. Z sześciu godzin oryginalnych ujęć przez siedem miesięcy zespół konsultantów z rozmaitych dziedzin – od militariów po varsavianistów – układał 85-minutową opowieść o Powstaniu. Pod patronatem, dzięki wsparciu finansowemu i merytorycznemu Muzeum Powstania Warszawskiego zrodziła się historia chwytająca za gardło.

Twórcy filmu dokonali tu zręcznego zabiegu. – Powstańcy pojawiają się na ekranie, ale zbyt krótko, by opowiedzieć swoją historię. Stąd idea, by bohaterem filmu uczynić osobę, której w ujęciu nie widać, ale której obecność, emocje, działanie utrwalone są na taśmie: operatora kamery – mówiła Milenia Fiedler, czuwająca nad montażem filmu. – Montowaliśmy materiał nie jako obiektywny zapis rzeczywistości, ale subiektywną prawdę o człowieku, który tej rzeczywistości doświadczył – dodawała. Stąd fikcyjne postacie, którym głosów użyczają aktorzy: Maciej Nawrocki, Michał Żurawski oraz Mirosław Zbrojewicz. Ich dialogi napisali Joanna Pawluśkiewicz i Michał Sufin.

Nie jedyny to współczesny wysiłek włożony w tę swoistą mega-produkcję. Kolejnym były kolory: dla każdego ujęcia szukano punktów odniesienia, eliminowano drżenie obrazu. Ręcznie naprawiano zniekształcenia obrazu, usuwano zanieczyszczenia, uszkodzenia taśmy, nadmierną ziarnistość. Tak odrestaurowaną całość koloryzowano, używając do tego bazy fotografii liczącej kilka tysięcy kadrów z bronią, ekwipunkiem, mundurami, ubraniami cywilnymi, ujęciami miasta, tablic informacyjnych, bruku, chodników i najróżniejszych innych detali. Wszystko pod okiem specjalistów z Muzeum Powstania Warszawskiego i dziesiątków innych ekspertów. Do ostatecznego pokolorowania użyto amerykańskiego, unikalnego oprogramowania. Liczba danych, jakie zebrano na dyskach w trakcie prac nad filmem sięgnęła 22.971.520 megabajtów danych!

– Zależało nam, aby widzowie, którzy wyjdą z kina po obejrzeniu filmu, uświadomili sobie, że Powstanie Warszawskie nie jest odległym epizodem w historii Polski. Dzięki koloryzacji, remasteringowi i stabilizacji obrazu oraz pełnemu udźwiękowieniu Powstanie Warszawskie staje się nam bliższe niż kiedykolwiek. To niezwykła podróż w czasie, dzięki której możemy spotkać prawdziwych bohaterów, a nie aktorów. W naszym filmie wszystko jest prawdziwe – miasto, ludzie i wydarzenia. Jeśli ktoś się śmieje, śmieje się naprawdę, jeśli płacze, to są to prawdziwe łzy – podkreśla Piotr Śliwowski, producent filmu.

Od Francji po Stany, od Chin po Nigerię

– Marzymy o tym, żeby ten film zobaczyli także widzowie zagraniczni. Chcemy, żeby zobaczyli go ludzie, którzy nie wiedzą nic o Powstaniu Warszawskim, żeby dzięki temu poznali i zrozumieli historię Polski i jej stolicy – mówił tuż przed premierą Jan Ołdakowski, dyrektor Muzeum Powstania Warszawskiego, a zarazem również jeden z producentów filmu.

I to marzenie może się spełnić. O filmie pisały już media praktycznie na wszystkich kontynentach: brytyjski dziennik „Daily Mail”, francuski „Le Figaro”, amerykański opiniotwórczy „Washington Post”, chińska TV Xianghunet, nigeryjski portal On-line Nigeria… To samo w Meksyku, Kuwejcie, Kazachstanie czy Nowej Zelandii. W sumie w kilkudziesięciu państwach recenzenci starają się rozbudzić zainteresowanie widowni tym niezwykłym dziełem.

Trudno się dziwić. „Powstanie” jest filmem wzruszającym – odchodzi od sztucznej próby rekonstrukcji realiów na rzecz surowego realizmu, a jednocześnie – dzięki włożonej w dzieło pracy – nie jest abstrakcyjną, czarno-białą kroniką filmową z epoki. Czy Powstanie było potrzebne? – pytamy po latach. – Mieć broń w ręku i nie uderzyć na Niemców? To nie mieściło się w głowach ówczesnych dwudziestolatków – odpowiadał na to pytanie Jan Ołdakowski w rozmowie z dziennikiem.pl. I rzeczywiście, nawet pomijając dopisane bohaterom dialogi, atmosfera początkowego entuzjazmu, potem przerażenie hekatombą pacyfikacji miasta, aż po pełną rezygnacji walkę do ostatniego naboju – z emocjami, od jakich aż bucha ten film, trudno dyskutować. Nie sposób też nie zgodzić się, że dzieło – które może być prezentowane widowni od 12. roku życia – powinni zobaczyć wszyscy uczniowie. Prawdziwa dyskusja o Powstaniu Warszawskim powinna się od niego zacząć, a nie – na nim skończyć.

czwartek, 24 kwiecień 2014 22:04

FESTIWAL BEZ POPCORNU

30 kwietnia już po raz jedenasty ruszy w Sanodmierzu Festiwal Filmów NieZwykłych. Wraz z twórcami prezentowanych dzieł po raz kolejny ruszymy w poszukiwaniu refleksji, pytań – nie zawsze odpowiedzi, ludzkich portretów. W tym roku najważniejszymi bohaterami Festiwalu będą Feliks Falk (Reżyser Niezwykły 2014) oraz Jerzy Stuhr (Aktor Niezwykły 2014).

„Powinniśmy uczyć młodzież właściwego wyboru. Wychowywać w ten sposób, aby byli zdolni do sprzeciwu wobec sterowania ich pragnieniami, namiętnościami. A nie szli na lep wszystkiego, co im podają” – ta fraza z „Szansy” Falka, przypomniana przez organizatorów sandomierskiego Festiwalu, mogłaby równie dobrze uchodzić za jego motto.

Każdy ze starannie wybranych do pokazania widzom filmów to sztuka wymagająca, zmuszająca do myślenia. W programie imprezy (30 kwietnia-4 maja) są „portrety osób borykających się ze światem, z jego pięknem i okropnościami, portrety ludzi niekiedy mocnych, chwilami słabych, ludzi czasami do nas podobnych, czasem zupełnie innych” – podkreślają autorzy sandomierskich spotkań ze sztuką. Pokazywane publiczności obrazy mają trafić do osób, które szukają w życiu znacznie więcej niż tylko rozrywki, a przy okazji służą promocji polskich twórców oraz ambitniejszych dzieł ze świata, zarówno regionów nam bliskich, jak i tych dalekich.

Co więcej, adresatami nie są wyłącznie ludzi dorośli i doświadczeni. Pod patronatem Akademii Filmowej Otwórz oczy! w Sandomierzu mogą też edukować się najmłodsi: specjalnie dla nich organizatorzy przygotowali prezentacje literatury pięknej, wspólnego pisania bajek, wystawy, koncerty. Do tego wszystkiego przed ekranem w Sandomierzu siadamy bez popcornu…

Bez pośpiechu

To właśnie od programu dla najmłodszych rozpocznie się tegoroczna edycja Festiwalu. 30 kwietnia przed ekranem siadać będą kolejne roczniki najmłodszych – od klas I-III, które będą miały okazję obejrzeć „Rycerza Blaszkę. Pogromcę smoków”, przez starsze klasy podstawówki, którym pokazana zostanie „Dziewczyna w trampkach” – ambitne i słynne już dzieło z Arabii Saudyjskiej, rezultat pracy pierwszej kobiety-reżysera z tego odległego kraju, Haify al-Mansour. Dwie godziny później gimnazjaliści będą oglądać „Joannę” Feliksa Falka.

To na twórczości tego artysty skoncentrują się organizatorzy – a wraz z nimi i widzowie – w tym roku. Przed nami „Szansa”, „Był jazz”, „Wodzirej”, „Rzecz o banalnej miłości”… Esencja dzieł klasyka. 1 maja reżyser spotka się też z uczestnikami festiwalowych pokazów. Ale nie tylko on będzie gościem imprezy – pojawią się tu również Jan Kazimierz Barnaś, Marian Suchanecki, Piotr Wojtowicz, Robert Gliński, Janusz Głowacki, Nona Olejniczak czy dokumentaliści Wojciech Szczudło i Krzysztof Wierzbicki.

Dla każdego coś dobrego: program obejmuje zarówno głośniejsze polskie filmy ostatnich lat – od „Ogrodu Luizy” Macieja Wojtyszko, przez „Chce się żyć” Maciej Pieprzycy, „Idę” Pawła Pawlikowskiego po głośną premierę ostatnich miesięcy – „Kamienie na szaniec” Roberta Glińskiego. Ale równocześnie będziemy mieli szansę zmierzyć się z kinem dla koneserów, dziełami, które nie przyciągnęły uwagi mass-mediów, a jednocześnie znalazły uznanie w oczach widzów. Zobaczymy więc „Bobry” Huberta Gutkowskiego, „Światła domu” Nony Olejniczak, wspólne dzieło grupy twórców – „Stację Warszawa”, wybór krótkich metraży i filmów dokumentalnych. Do tego dochodzą najwartościowsze filmy zagraniczne ostatnich miesięcy: allenowskie „Blue Jasmine”, „Co jest grance, Davis?” braci Coen czy „Wielkie piękno” Paolo Sorrentino.

Myliłby się jednak ten, kto sądzi, że widzom Festiwalu Filmów NieZwykłych pozostaje tylko biegać między jednym pokazem, a drugim. Organizatorzy przewidzieli dla uczestników szereg dodatkowych zajęć. Poza wspomnianymi warsztatami i imprezami adresowanymi do dzieci, a także spotkaniami z artystami, w programie znajdziemy również Salon Poezji Solidarności z Narodem Ukraińskim, wystawę obrazów Feliksa Falka, koncert na dwie marimby, warsztaty sieci kin studyjnych i lokalnych (Filmowe Ogrody Wyobraźni), warsztaty dla młodych dziennikarzy czy seminarium filmoznawcze.

Potencjał, energia, siła twórcza

Ta różnorodność nie powinna dziwić. Organizatorzy Festiwalu nie chcą schlebiać gustom przeciętnym lecz te gusta kształtować w sposób, który pociągałby ich samych. Sam festiwal, rodząc się jedenaście lat temu, był pewnym przypadkiem: propozycją rzuconą w trakcie spotkania reżysera Witolda Leszczyńskiego z publicznością w Kinie Moskwa w Kielcach. To wtedy niemal jednogłośnie uznano, że towarzyszący pokazowi przegląd należy powtórzyć. Z corocznych pokazów, których bohaterami stawali się kolejni twórcy kina wysmakowanego, niecodziennego, zrodziła się idea festiwalowa pełną gębą.

I tak bohaterami kolejnych edycji stali się Witold Leszczyński, Jan Jakub Kolski, Lech Majewski, Agnieszka Holland, Wojciech Marczewski, Andrzej Barański, Joanna Kos Krauze i Krzysztof Krauze, Janusz Majewski, Kazimierz Kutz – i wreszcie, Feliks Falk. Trzy lata temu symboliczna nagroda trafiła także do rąk Mistrza Niezwykłego, Andrzeja Wajdy.

Pod opiekę profesjonalistów współpracujących przy kolejnych edycjach trafia też młodzież – z Polski, Włoch, ale też z odległego Maroka. W ramach tej kooperacji młodzi twórcy uczą się realizować zarówno animacje, jak i filmy dokumentalne. Cała nadzieja w tym, że właśnie to sandomierskie pokolenie twórców będzie kontynuować najlepsze tradycje X muzy. – Tu nikt nie ściga się o nagrody, nie ma efektownych premier, ani wielkich pieniędzy – mówił jeden z festiwalowych gości, Andrzej Seweryn. – Tutaj spotykają się normalni ludzie, artyści. I chcą ze sobą rozmawiać… Tego typu działalność odbywa się poza wielkim centrum i jest skierowana do aktywnych i wrażliwych widzów, na co dzień pozbawionych kontaktu z ambitnym kinem artystycznym. Tu jest ogromny potencjał, energia i siła twórcza – dodawał.

czwartek, 24 kwiecień 2014 22:03

STRONG. JACK STRONG

Milion widzów pofatygowało się do kin w ciągu pierwszych sześciu tygodni od premiery, by zobaczyć najnowsze dzieło Władysława Pasikowskiego – „Jacka Stronga”, czyli filmową historię pułkownika Ryszarda Kuklińskiego. Tym samym film przebił wyniki ubiegłorocznych hitów, „Wałęsy” Andrzeja Wajdy oraz „Drogówki” Wojciecha Smarzowskiego.

„Dobre, solidne, dobrze sprawdzone źródło osobowe, które siedziało na wszystkich zebraniach gabinetu rządu, było często bardziej przydatne niż sterta dosłownych transkrypcji z elektronicznych podsłuchów na każdym zebraniu gabinetu. Człowiek, który bierze udział w podejmowaniu decyzji w kuluarach, uczestniczy w życiu społeczności, bywa na przyjęciach i zna plotki, może wiedzieć czy słowa przywódców, nawet wypowiadane na zamkniętym zebraniu, czy w rozmowie telefonicznej, przedstawiają prawdziwą historię” – pisał w wydanej w Stanach Zjednoczonych w latach 80. książce „Tajne wojny CIA” weteran amerykańskiego dziennikarstwa śledczego, Bob Woodward.

„Dobre źródło osobowe umie przesiać fakty, przeniknąć zasłony dymne, wysortować konwencjonalną mądrość. To naprawdę pożądany, cenny współpracownik – całodobowy, dyżurujący system ostrzegania” – dodaje Woodward. Takim właśnie źródłem był Kukliński i Woodward, który w owym czasie nie mógł ustalić personaliów amerykańskiego agenta, nie ukrywa, że było to najprawdopodobniej najważniejsze „źródło osobowe”, jakim mogła dysponować Agencja w Bloku Wschodnim.

Licencia poetica

I – mimo upływu kolejnych dekad od stanu wojennego i końca zimnej wojny – to wszystko, co wiemy na pewno. Mimo wspomnień i książek na temat działalności pułkownika Kuklińskiego nadal mnożą się teorie i tłumaczenia jego działań – a przede wszystkim, interpretacje roli historycznej, jaką miał do odegrania w procesie upadku Imperium. Jedno wydawałoby się pewne: historia „najważniejszego szpiega” za żelazną kurtyną to idealny materiał na thriller tej klasy co „Szpieg” Tomasa Alfredsona. Najwyraźniej uwierzyli w to również twórcy „Jacka Stronga”.

Stąd trzęsienie ziemi na początek: egzekucja pułkownika Olega Pieńkowskiego, jednego z najważniejszych szpiegów Zachodu po drugiej stronie berlińskiego muru. Pieńkowski w 1962 r. został zdekonspirowany, aresztowany, postawiony przed sądem i skazany na karę śmierci przez rozstrzelanie. O jej wykonaniu poinformowano post factum, co pozwoliło temu wydarzeniu obrosnąć legendą, którą jako pierwszy spisał na kartach „Akwarium” Wiktor Suworow. Pułkownik miał zostać wrzucony żywcem do pieca hutniczego. Ta wersja wydarzeń pojawia się również na kartach poświęconych Kuklińskiemu wspomnień – wznowionej ostatnio książki arii Nurowskiej „Mój przyjaciel zdrajca”. Tyle że okrutna egzekucja może być licencia poetica – kilka lat temu sam Suworow odcinał się od przypisywania opisanej sytuacji do historii Pieńkowskiego. Historycy do tej pory nie byli w stanie potwierdzić lub zdementować okoliczności zgładzenia szpiega.

Ale dla opowiedzianej w „Jacku Strongu” historii wydaje się to nie mieć znaczenia. Twórcy mieli tylko dwie godziny, żeby opowiedzieć o legendzie zimnowojennych czasów – i to w sposób, który wciągnie widzów młodych, dla których okres sprzed transformacji jest abstrakcją. Sposób „bondowski”, nazwijmy to umownie. Dlatego mamy tu choćby te słynne „przebitki” na siedzibę CIA w Langley, widmo nuklearnego Armageddonu (o którym w tamtym czasie już raczej nie było mowy), krańcowy kontrast między rozchełstanymi i brutalnymi Rosjanami – a eleganckimi i zatroskanymi o swoje „źródło” Amerykanami, dylematy „bohatera z przypadku” – jak portretowany jest tu Kukliński i jego próby chronienia rodziny przed prawdą. I wreszcie – finałowy pościg samochodowy, jak kpił recenzent „Newsweeka”: „najwolniejszy pościg w dziejach kina”.

I dlatego zapewne w „Jacku Strongu” trudno odnaleźć to, co w historii Ryszarda Kuklińskiego najważniejsze – przez wcześniejsze dekady pułkownik bez większych wahań i wątpliwości pracował dla polskiego wywiadu, choćby zbierając informacje podczas rejsów swoim jachtem wzdłuż wybrzeży Zachodniej Europy. Awansował – w końcu nie przypadkiem – i należał do uprzywilejowanych elit, którym troski PRL-owskiego dnia codziennego były w sporej mierze obce. Nie ulega wątpliwości, że cieszył się powodzeniem u kobiet i korzystał z tego bez większych dylematów. Co sprawiło, że postanowił zmienić strony? Czy podejmując decyzję o nawiązaniu kontaktu z CIA, przewidywał dla siebie rolę taką, jaką dziś skłonni jesteśmy mu przypisywać? Na jakie skutki swoich działań liczył? Jakie były w rzeczywistości jego relacje z prowadzącym go agentem Davidem Fordenem – i z rodziną, która koniec końców musiała podzielić jego los wiecznego tułacza? Próbując upakować w dwugodzinnym dziele geopolitykę, historię głównej postaci, dzieje przyjaźni i kryzysu małżeńskiego, a do tego dodać tu i ówdzie nieco kina akcji, dostajemy film, który pytania najważniejsze pozostawia jednak nieco z boku.

Fantastyczna rzecz

Ale być może właśnie Pasikowskiemu udaje się dzięki takiej formule dzieła filmowego dotrzeć do tych widzów, których na co dzień nie tak dawna – a jednocześnie jakże skomplikowana – historia zazwyczaj nie interesuje. Tym bardziej, że „Jack Strong” jest dziełem najwyższej klasy profesjonalistów. Olbrzymim atutem filmu jest grający Kuklińskiego Marcin Dorociński – aktor, który swój wszechstronny talent ujawnia w każdym praktycznie dziele, w którym bierze udział, bez względu na konwencję. Doskonale wpisujący się w rolę przeciętnego w sumie człowieka, wepchniętego na poły przypadkiem w tryby historii.

Partnerują mu równie doskonali aktorzy: Maja Ostaszewska w roli żony, jeden z ulubionych aktorów Pasikowskiego – Mirosław Baka, Krzysztof Globisz, Paweł Małaszyński, Krzysztof Pieczyński (odtwarzający tu postać doradcy Białego Domu, Zbigniewa Brzezińskiego) czy Zbigniew Zamachowski. Perełką w ekipie jest autorka zdjęć – Magdalena Górka – 36-letnia operatorka z olbrzymim hollywoodzkim doświadczeniem, która od kilkunastu lat współpracuje z Pasikowskim. Dzięki niej twórcy filmu mogli stworzyć skrzące się mocnymi kolorami dzieło – ekipa od razu postawiła na odejście od szarości, brązów i czerni, które zwykle dominują w polskich filmach historycznych, zwłaszcza tych, opowiadających o czasach komunistycznych, kiedy najwyraźniej słońce świeciło słabiej, niebo było bardziej wyblakłe, drzewa obdarte z liści lub kurzem otulone, a świeżo malowane ławki czy ściany „w przyrodzie nie występowały”.

Warsztatowa doskonałość i pomijanie meandrów historyczno-obyczajowych epoki, czy też uproszczenie biografii Ryszarda Kuklińskiego mają swój cel. Podobnie jak wcześniejszy film Pasikowskiego – „Pokłosie” – „Jack Strong” ma „służyć dawno zapomnianej funkcji społecznej opowiadania ciekawych historii”. – Moim zadaniem nigdy nie było i nie jest pouczanie kogokolwiek – mówił reżyser w wywiadzie dla „Polityki”. – Przy okazji tego filmu nauczyłem się jednej fantastycznej rzeczy: żeby nie oceniać nikogo pochopnie, dopóki nie przyjrzymy się jego prawdziwym, często skrywanym motywom. Na użytek zaś lekcji historii w klasach IV-V mogę powiedzieć, że przykład pułkownika uczy nas, jak ciężko zostać bohaterem w czasach, gdy nikt tego od nas nie oczekuje i gdy nikt o tym nie będzie wiedział. A wręcz przeciwnie, gdy czyny te zostaną już ujawnione, wtedy istnieje prawie pewność, że będą rozumiane opacznie – dodawał.

Klasy IV-V, miejmy nadzieję, zrozumieją to przesłanie. Póki co jednak, wystarczyłoby gdyby „Jack Strong” uczulił widzów na to, jak płynna jest granica między pojęciami „zdrady” i „bohaterstwa”, jak polska historia i nieoczywiste wybory – jakich musieli dokonywać jej mimowolni aktorzy – podlegają zmiennym interpretacjom, zwłaszcza gdy w grę wchodzi interes państwa i narodu, przeciwnicy nie są demonami zła, a sojusznicy nie są tak krystaliczni. Wystarczyłoby skłonić, zwłaszcza młodego widza, do takiej refleksji. To byłaby fantastyczna rzecz.

Lock full review www.8betting.co.uk 888 Bookmaker

PARTNERZY