Wydawnictwo Publicus Sp. z o.o.
04-260 Warszawa, ul. Jedwabnicka 1
tel/fax: +48 22 610 10 99 w. 26
Bank Zachodni WBK SA XVII Oddział Warszawa 
08 1090 1753 0000 0001 1981 0954

Ostrzeżenie

JUser::_load: Nie można załadować danych użytkownika o ID: 52.

poniedziałek, 12 styczeń 2015 17:15

DWADZIEŚCIA LAT PÓŹNIEJ

Bez większego echa przeszło dwudziestolecie uchwalenia ustawy o zamówieniach publicznych, prawie nikt też nie zauważa, że mija właśnie dwadzieścia lat obowiązywania w naszym kraju systemu zamówień publicznych. Wprawdzie tu i ówdzie, na spotkaniach oraz na bardziej lub mniej liczących się konferencjach coś tam się „w temacie” wspomina – merytorycznych ocen bądź poważnych odniesień do minionego okresu brak. A szkoda.

Gdyby ktoś nie pamiętał, dla porządku przypomnijmy, że Sejm uchwalił ustawę o zamówieniach publicznych w dniu 10 czerwca 1994 r. Wprawdzie wchodziła ona w życie z początkiem roku następnego, to znaczy 1 stycznia 1995 r., proces jej wdrażania rozpoczął się zaraz po jej uchwaleniu. Tak było na przykład w ówczesnym województwie krakowskim, które z własnej inicjatywy zaczęto stosować ustawę już w drugim półroczu 1995 roku, podczas gdy w odniesieniu do samorządów obowiązek jej stosowania wyznaczony został na dzień 1 stycznia 1996 r.

Trudne początki

Aby dobrze rozumieć procesy zachodzące w systemie zamówień publicznych oraz obiektywnie oceniać ich efekty, zwłaszcza w pierwszych latach jego obowiązywania, trzeba brać pod uwagę realia, jakie występowały w Polsce przed jego wprowadzeniem. Pamiętać zwłaszcza należy o sporym bagażu złych praktyk, jakie miały miejsce przy zakupach publicznych oraz niedobrych przyzwyczajeniach, które utrwaliły się w czasach peerelu. Wielu z nich nie traktowano wówczas jako coś niewłaściwego bądź nagannego. Powszechne było na przykład unieważnianie przetargów „bez podania przyczyn”, to znaczy w sytuacji, w której odpowiadało to zamawiającemu.

Wbrew pozorom, wprowadzanie nowych zasad, które miały obowiązywać przy zakupach dokonywanych ze środków publicznych, nie było ani proste, ani łatwe. Mało komu podobały się sztywne, sformalizowane rygory, często postrzegane jako zbędna biurokracja oraz przerost formy nad treścią.

Pamiętam, jak na jednym z regionalnych spotkań z przedstawicielami samorządów, na którym przekonywaliśmy ich do słuszności rozwiązań zawartych w nowej ustawie, jeden z wójtów stwierdził z całą powagą, iż ta ustawa w samorządach się „nie przyjmie”. Nie był to wówczas pogląd odosobniony i zapewne dlatego podczas większości spotkań oraz konferencji z udziałem przedstawicieli administracji samorządowej występowała duża nieufność do nowych rozwiązań oraz nieskrywana niechęć ich stosowania. Co ciekawe jednak, podczas trudnych oraz często wielogodzinnych dyskusji z samorządowcami nie padały z ich strony argumenty rzeczowe, które uzasadniałyby tę niechęć, a jeśli już – to takie, które łatwo dawały się zanegować.

Pokazywało to wyraźnie, iż przyczyn nienajlepszego przyjęcia przepisów nowej ustawy należało szukać nie tyle w ich niedoskonałości, ile w sferze mentalnej pracowników szeroko rozumianego sektora finansów publicznych.

Aby przeciwdziałać zagrożeniom dla procesu wdrażania przepisów ustawy, związanym między innymi z tą sytuacją, w latach 1995-1996 wykonano naprawdę wielką pracę. Poza Urzędem Zamówień Publicznych uczestniczyło w niej wiele osób oraz instytucji. Trudno na przykład przecenić zaangażowanie Regionalnych Izb Obrachunkowych oraz trenerów z listy prowadzonej przez Prezesa UZP, a także ówczesnych arbitrów, którzy obok rozpatrywania odwołań, aktywnie uczestniczyli w działaniach informacyjnych i szkoleniowych.

Nie ulega wątpliwości, że to właśnie niezwykle aktywna działalność wielu setek ludzi w pierwszych latach obowiązywania ustawy o zamówieniach publicznych sprawiła, iż system zamówień publicznych „się przyjął” i przez minionych dwadzieścia lat wiele się za jego sprawą zmieniło.

Pod rządami starej ustawy

Pierwsze lata po wejściu w życie ustawy z dnia 10 czerwca 1994 r. były czasem budowania podstaw dzisiejszego systemu zamówień publicznych. Przypomnijmy, że został on oparty na następujących zasadach: powszechność, jawność postępowania według klarownych, obiektywnych reguł, gwarancja uczciwej konkurencji, równe traktowanie wszystkich dostawców i wykonawców, możliwość kontroli poprawności działania zamawiającego poprzez instytucję protestów i odwołań.

Lata te to także okres „uczenia się” zamówień publicznych – zarówno przez zamawiających, jak i przedsiębiorców. Obejmowało to także legislację, czego najlepszym potwierdzeniem była konieczność nowelizacji świeżo uchwalonej ustawy, jeszcze przed jej wejściem w życie.

Początkowo powoli, potem coraz bardziej dynamicznie, kształtował się rynek zamówień publicznych. W pierwszych latach obowiązywania ustawy jego wartość lokowała się na poziomie 7-8 mld złotych. Był to wówczas rynek w miarę spokojny i stabilny, na którym dominowały zamówienia o stosunkowo niewielkiej wartości, udzielane w trybie przetargu nieograniczonego.

Zasadnicza zmiana na zamówieniowym rynku nastąpiła z początkiem lat dwutysięcznych. Zdecydowało o tym wiele czynników, przede wszystkim znaczące zwiększanie się jego wartości oraz zaostrzenie toczącej się na nim walki konkurencyjnej. Wielu przedsiębiorców uznało, iż w walce o publiczne zamówienia „cel uświęca środki”. Zapewne to zdecydowało, iż szybko wzrastała liczba odwołań, wnoszonych do Prezesa UZP. Podczas gdy w roku 1995 pojawiło się 348 odwołań, w roku 2001 wniesiono ich 1687, w roku 2002 – 1936, natomiast w roku 2003 już 2292.

Zjawiskiem pozytywnym był towarzyszący temu systematyczny wzrost konkurencyjności postępowań. W roku 2003 przeciętna liczba ofert składanych w jednym postępowaniu wyniosła 3,6. Jednocześnie rósł wskaźnik postępowań, w których zamawiający wybierali ofertę najtańszą – w latach 2003 i 2004 kształtował się on na poziomie 83 proc.

W sumie, niezależnie od występujących problemów oraz popełnianych wówczas błędów, bilans zamknięcia czasu obowiązywania ustawy o zamówieniach publicznych jest niewątpliwie dodatni.

A co najważniejsze – w okresie tym udało się zbudować podstawy systemu zamówień publicznych, zgodnego z normami europejskimi oraz spójnego z systemem finansów publicznych, i, co szczególnie ważne, „przekonać” do niego zdecydowaną większość zamawiających oraz przedsiębiorców.

Pod rządami Prawa zamówień publicznych

Uchwalenie w styczniu 2004 r., a następnie wdrożenie Prawa zamówień publicznych stanowiło nową jakość w procesie konstruowania polskiego systemu zamówień publicznych. Otwierało też nowy etap jego budowy. Przepisy nowego prawa były w pełni zgodne z obowiązującym wówczas prawem europejskim, uwzględniały też zdecydowaną większość norm, zawartych w nowych dyrektywach dotyczących zamówień publicznych, które zaczynały obowiązywać w 2004 r.

Wprowadzając nowe rozwiązania, w pełni zachowywano te instytucje, które sprawdziły się pod rządami starej ustawy oraz umacniały podstawowe zasady, na których opierał się polski system zamówień publicznych.

Rynek zamówień publicznych, którego wartość w rok po wejściu w życie Pzp wynosiła już około 70 mld zł stał się obszarem w pełni otwartym dla przedsiębiorców europejskich, bowiem przestały go chronić tzw. preferencje krajowe. Wbrew obawom wielu wykonawców oraz zamawiających, nie spowodowało to jednak gwałtownego napływu ofert spoza granic Polski i w najmniejszym stopniu nie zagroziło rodzimemu biznesowi. Zwiększył się natomiast wyraźnie napływ pieniędzy europejskich, z udziałem których realizowane były przetargi publiczne. To z kolei spowodowało istotny wzrost liczby postępowań, w których przedmiot zamówienia był relatywnie dużej wartości.

Dla coraz większej ilości przedsiębiorców rynek zamówień publicznych stawał się podstawowym, a nawet jedynym miejscem pozyskiwania kontraktów, których atrakcyjność polegała na tym, że zamawiający-inwestor zawsze był wypłacalny. Zapewne głównie z tego powodu w połowie lat dwutysięcznych średnia liczba ofert, składanych w jednym postępowaniu, ustabilizowała się na poziomie 4-5. Jednocześnie wyraźnie zaostrzyła się walka konkurencyjna wykonawców ubiegających się o zamówienie, przybierając niekiedy formy zagrażające stabilności rynku. Między innymi pojawiła się praktyka „blokowania” postępowań poprzez permanentne zgłaszanie protestów i odwołań, uniemożliwiających często zamawiającemu podjęcie racjonalnych rozstrzygnięć. W roku 2005 liczba odwołań wniesionych do Prezesa UZP osiągnęła rekordową liczbę 4094.

„Odpowiedzią” zamawiających na te zjawiska było systematyczne ograniczanie liczby kryteriów, według których oceniane były oferty (w r. 2005 – średnio 2,2), a także coraz częstsze stosowanie wyłącznie kryterium cenowego. Według danych UZP w roku 2012 aż w 92 proc. postępowań zamawiający zdecydowali się na zastosowanie ceny jako jedynego kryterium oceny ofert (w roku 2011 i 2010 – 91 proc. postępowań; w 2009 – 90 proc.; w 2008 – 89 proc.; w 2007 – 87 proc.). W ostatnich latach wzrosła natomiast konkurencyjność postępowań, mierzona średnią ilością ofert, składanych w jednym postępowaniu. W roku 2012 wskaźnik ten kształtował się na poziomie 2,9, choć równocześnie w 40 proc. postępowań wpływała tylko jedna oferta.

Na niezmiennie wysokim poziomie utrzymywała się i utrzymuje wartość rynku zamówień publicznych. W roku 2013 wynosiła ona ponad 140 mld zł, a więc dwa razy tyle, jak w roku wejścia w życie przepisów Pzp.

Ewolucja kontrolowana

Wydaje się oczywiste, iż organizm tak złożony, jak system zamówień publicznych, a przede wszystkim kreujące go przepisy prawa, muszą podlegać ewolucji. Jej kierunki wytyczać powinny zmiany zachodzące na zamówieniowym rynku, ale także stan dyscypliny finansów publicznych. Czy procesy zmian, które zachodziły w systemie na przestrzeni dwudziestolecia rzeczywiście determinowane były tymi przesłankami?

Jeśli dobrze pamiętam, ustawa o zamówieniach publicznych nowelizowana była ponad dwadzieścia razy, a więc średnio dwa razy w roku. Zdecydowana większość spośród tych nowelizacji dotyczyła kilku (niekiedy nawet jednego) przepisów. „Dużych” nowelizacji było stosunkowo niewiele. Niezależnie jednak od zakresu, częste zmiany nowych, i dla wielu osób trudnych przepisów, wywoływały spore niezadowolenie, a czasami nawet – ostrą krytykę. Wydaje się jednak, iż rozumiejąc zniecierpliwienie użytkowników ustawy, była to krytyka nieuzasadniona. Wprowadzane zmiany były potrzebne, a w wielu przypadkach wręcz konieczne (np. ustanowienie zasady jawności umów o zamówienie publiczne). Ponadto, o czym dzisiaj rzadko się mówi, system był budowany całkowicie od nowa, bowiem „przetargowe” doświadczenie wyniesione z peerelu bardziej przeszkadzały, niż pomagały.

Po prawie dziesięciu latach funkcjonowania przepisów zawartych w ustawie o zamówieniach publicznych nadszedł czas na zmiany zasadnicze. Przesądziły o tym przede wszystkim procesy, zachodzące na zamówieniowym rynku, ale także doświadczenia zdobyte w okresie minionego dziesięciolecia oraz zmieniające się prawo europejskie.

Potrzeby takich zmian nikt nie negował: w Sejmie i w Senacie panowała w tym zakresie wyjątkowa zgodność poglądów. Być może warto w tym miejscu przypomnieć, iż Prawo zamówień publicznych uchwalone zostało nieomal jednogłośnie, a więc ponad podziałami partyjnymi. Zostało też bardzo dobrze przyjęte przez uczestników systemu.

Po dwóch latach względnej stabilności okazało się jednak, iż nowe przepisy nie rozwiązują wszystkich problemów, występujących w systemie zamówień publicznych. Podjęte więc zostały prace nad opracowaniem projektów zmian, w pierwszej, wstępnej wersji idących bardzo daleko. Ostatecznie jednak dwie pierwsze nowelizacje, poprzedzone szeroką publiczną i ekspercką dyskusją, wprowadziły kilkanaście zmian, korzystnie korygujących przepisy Pzp.

Patrząc na to wszystko dzisiaj, z dystansu i z perspektywy czasu, jaki upłynął, można bez przesady powiedzieć, iż była to autentyczna ewolucja systemu, stymulowana zmieniającymi się przepisami, a zatem przebiegająca „pod kontrolą” na tyle, na ile było to możliwe. I – co szczególnie ważne – do pewnego momentu każdy z jej kolejnych etapów stanowił krok do przodu, był spójny z poprzednim, z czegoś wynikał i bezkolizyjnie „wpasowywał się” w system.

Tezę tę szczególnie wyraziście ilustruje ewolucja instytucji, składających się na system środków ochrony prawnej, bez którego trudno wyobrazić sobie normalne funkcjonowanie rynku zamówień publicznych.

W początkowym okresie obejmowały one wyłącznie protest i odwołanie, bez możliwości zwrócenia się do sądu. Brak ten nadrobiono, choć nastąpiło w dwa i pół roku od wejścia w życie ustawy o zamówieniach publicznych. Nowelizacja z sierpnia 1997 r. wprowadziła prawo do wnoszenia skargi na wyrok zespołu arbitrów do sądu powszechnego, przyznając je „uczestnikom postępowania” odwoławczego. Z kolei nowelizacja z czerwca 2001 r. wskazała Sąd Okręgowy w Warszawie jako właściwy do wniesienia skargi i stan ten został utrzymany do chwili wejścia w życie przepisów Pzp. Prawo zamówień publicznych przebudowało instytucję arbitrażu oraz stworzyło podstawy wprowadzenia zasadniczych zmian w kształtowaniu listy arbitrów, powoływaniu składów orzekających oraz zasad orzekania. Wreszcie, w ramach nowelizacji z kwietnia 2007 r., powołana została Krajowa Izba Odwoławcza, która – będąc zawodowym organem orzekającym – zastąpiła działające ad hoc zespoły arbitrów.

Dzięki tym ewolucyjnym zmianom powstał logiczny i spójny zespół instytucji, skutecznie chroniących interesy wykonawców, ubiegających się o zamówienia publiczne.

Składały się na nie: protest rozstrzygany przez zamawiającego, odwołanie rozpatrywane przez KIO jako organ niezależny oraz skarga na wyrok KIO, wnoszona do sądu powszechnego. Był to model efektywny, powszechnie akceptowany i pozytywnie zweryfikowany przez praktykę. W latach 1995-2007 w jego ramach rozstrzygniętych zostało blisko 19 000 odwołań, co bez wątpienia miało istotny wpływ na funkcjonowanie systemu zamówień publicznych w tym okresie.

Stan permanentnej nowelizacji

Nie wiem, czy można wyznaczyć jakąkolwiek cezurę czasową, kiedy ewolucja systemu ewolucją być przestała i przerodziła się w serię następujących po sobie nowelizacji, podejmowanych zwykle pod wpływem chwili, incydentalnych i coraz bardziej sprzecznych wewnętrznie. Nie wiem też, czy można powiedzieć, że ktokolwiek nad tym wszystkim panował, i że działania te były w jakiś sposób kontrolowane. Wprawdzie niewiele z tego wynika – załóżmy jednak, że były.

Statystycznie rzecz biorąc, Prawo zamówień publicznych nowelizowane było blisko czterdzieści razy, wliczając w to oczywiście zmiany, wprowadzane przy okazji nowelizacji innych ustaw. Tak czy inaczej jednak, jest to ilość znacząca, zważywszy, iż jego pierwszą nowelizację przeprowadzono w roku 2006. Swoisty „cykl” zmian w Prawie zamówień publicznych rozpoczęła nowelizacja z października 2008 r., po której nastąpiły kolejne, przy czym blisko połowę stanowiły ustawy o zmianie Pzp. Bywało nawet tak, iż jedna nowelizacja jeszcze nie została uchwalona, a już do Sejmu trafiało kilka kolejnych. Na portalu UZP prawie zawsze znajdował się albo projekt kolejnej noweli, albo „założenia” do niej, albo jakiś inny dokument, odnoszący się do planowanych zmian w prawie.

Nie statystyki są tu jednak najważniejsze, bowiem ilość zmian wobec ich jakości stanowi mniejszy problem. Zasadniczym problemem było to, na jakich przesłankach nowelizacje te były opierane, czego dotyczyły oraz – jak je przeprowadzano.

Niechlubnym przykładem jest tu przepis art. 24 ust. 1 pkt. 1a, który trafił do ustawy z inicjatywy kilku posłów (przy akceptacji UZP), pomimo tego, iż eksperci, Biuro Analiz Sejmowych, a nawet MSZ wskazywali, iż jest niezgodny z europejskimi dyrektywami. Mimo kilkakrotnych prób usunięcia go z ustawy bądź modyfikacji, przetrwał aż do sierpnia roku bieżącego. Nie pomogło tu nawet orzeczenie Trybunału Sprawiedliwości, który wskazał na jego niezgodność z europejskim prawem.

Być może jest to teza zbyt daleko idąca, ale można było odnosić wrażenie, iż w drodze kolejnych nowelizacji następuje swoisty demontaż niektórych elementów systemu zamówień publicznych.

Najlepszym tego przykładem są zmiany, wprowadzane w systemie środków ochrony prawnej. Najpierw, w listopadzie 2009 r., nowelizacją ustawy o kosztach sądowych w sprawach cywilnych drastycznie podwyższono wysokość opłaty od skargi na wyrok KIO, do minimum ograniczając tym samym wykonawcom możliwość korzystania z tego środka ochrony prawnej. Następnie, miesiąc później, nie wiadomo dlaczego, zlikwidowano instytucję protestu, umożliwiającego zamawiającemu uruchomienie procedury naprawczej we własnym zakresie, bez angażowania organów „zewnętrznych”. Potem dokonano zmian dotyczących trybu orzekania Krajowej Izby Odwoławczej, stwarzając możliwość, aby w miejsce składów trzyosobowych orzekała jedna osoba.

Zmianom tym towarzyszyły liczne protesty środowisk zamówieniowych, także członków KIO, które jednak nie przynosiły rezultatu. Nie chciał ich słuchać ani Urząd Zamówień Publicznych, ani – niestety – posłowie, spokojnie pracujący nad kolejnymi nowelizacjami. To, że były słuszne, przynajmniej w odniesieniu do wysokości opłaty od skargi na wyrok KIO, potwierdził Trybunał Konstytucyjny, uznając dotyczący jej przepis za niezgodny z Konstytucją. Ale na rozstrzygnięcie takie trzeba było czekać aż cztery lata.

Kolejny przykład ma wymiar wykraczający poza ramy Prawa zamówień publicznych i dotyczy kontroli postępowań, które podlegają jego przepisom. Wpisany niegdyś w Pzp system kontroli, przede wszystkim uprzedniej, z jakichś powodów został szybko i skutecznie rozmontowany, a w powstałą w ten sposób lukę wcisnął się każdy, kto chciał. W efekcie zrobiło się tak, iż w zakresie kontroli zamówień publicznych, zwłaszcza współfinansowanych ze środków europejskich, Prezes Urzędu ma niewiele, a bywa, że najmniej, do powiedzenia.

Może je kontrolować i kontroluje tyle instytucji, „organów” oraz służb, że trudno je nawet w tym miejscu wyliczyć. Najgorsze jednak jest to, iż w sensie systemowym nikt nawet nie próbuje koordynować podejmowanych przez nie działań.

Nie są to jedyne przykłady, które można by w tym miejscu przedstawić, bowiem poczynając od zmian przepisów dotyczących podwykonawców, jest ich całkiem niemało. Większość z nich łączy jednak wspólny mianownik – nie przyniosły zakładanych wcześniej rezultatów. W niewielkim stopniu albo wcale nie zapobiegły też patologiom, dręczącym system zamówień publicznych oraz występującym w jego obrębie złym praktykom.

Dyktat cenowy

Najbardziej spektakularnym, a zarazem najbardziej dramatycznym przykładem złej praktyki, która nosiła wszelkie cechy patologii, stało się powszechne stosowanie ceny, jako jedynego kryterium oceny ofert i wyboru oferty najkorzystniejszej. Wprawdzie nie była to praktyka, która ukształtowała się w ostatnich latach, ale nigdy wcześniej nie miała tak powszechnego charakteru i takiego stopnia oficjalnej aprobaty.

Nie trzeba być specjalistą od zamówień publicznych, aby wiedzieć, iż przy pomocy wyłącznie kryterium cenowego, stawiając na taniość, a nie na jakość, nie da się pozyskać produktu o godziwym standardzie.

Można natomiast, co miało zresztą miejsce przez dłuższy czas, uruchomiać procesy selekcji negatywnej, promujące bylejakość techniczną, kadrową i organizacyjną. Dzięki temu największe szanse na uzyskanie zamówienia miał ten, kto niewiele, bądź wcale, nie inwestował w firmę oraz zatrudniał niewykwalifikowany personel. Mógł przebijać ceną oferty ambitnego konkurenta, który naiwnie uważał, że warto inwestować w jakość. Wymuszana przez zamawiających wyłącznie cenowa rywalizacja promowała bylejakość oraz swoiste cwaniactwo wykonawców, co z kolei generowało proces równania w dół, któremu, chcąc nie chcąc, wielu innych się poddawało.

Trudno też nie zauważyć, iż wybieranie oferty z najniższą ceną oznaczało (i oznacza także obecnie) wybór najtańszej oferty złożonej w konkretnym postępowaniu, a nie najtańszej, jaka mogłaby się pojawić na rynku, czy tym bardziej najkorzystniejszej (najtańszej) spośród możliwych.

Właśnie dlatego wybudowanie kilometra polskich autostrad, pomimo tego, iż budują je firmy, które zaoferowały najniższą cenę, kosztuje dużo więcej, niż w większości krajów europejskich.

Gwoli uczciwości należy też powiedzieć, iż rozstrzyganie postępowań wyłącznie przy użyciu kryterium cenowego dla wielu zamawiających było rozwiązaniem bardzo wygodnym. Maksymalnie upraszczało proces wyboru oferty, było „bezpieczne”, bowiem nie budziło wątpliwości dotyczących obiektywizmu wyboru, a do tego pozwalało wykazać się „gospodarnością” i „oszczędnością”, zgodnie z przepisami dotyczącymi finansów publicznych.

O problemach tych oraz o związanych z nimi zagrożeniach, wielokrotnie mówili zamówieniowi eksperci. Próbowali także przekonywać, że ten, kto nie kupuje najtaniej, wcale nie musi być podejrzany, a ten, kto wybiera najtańszą ofertę, nie zawsze postępuje gospodarnie i oszczędnie. Wskazywali, iż w Unii Europejskiej na podstawie jedynie kryterium ceny rozstrzyga się 30 proc. przetargów, podczas gdy w Polsce wskaźnik ten kształtuje się obecnie powyżej 90 proc.

Niestety, przez wiele lat zarówno opinie ekspertów, przedstawicieli środowisk gospodarczych, jak i wielu uczestników rynku zamówień publicznych, nie były brane pod uwagę. Dopiero nowelizacja Pzp z 29 sierpnia bieżącego roku, która niedawno weszła w życie, stworzyła szansę rozwiązania tego problemu, bardzo radykalnie kończąc epokę dyktatu cenowego.

Bez wątpienia jest to regulacja o fundamentalnym znaczeniu dla porządkowania rynku zamówień publicznych, a właściwie przywracania mu prawidłowego, „rynkowego” charakteru.

Trudno jednak w tym miejscu nie postawić pytania – dlaczego nastąpiło to dopiero teraz, po tylu latach alarmowania i przestrzegania przed fatalnymi konsekwencjami powszechnej praktyki rozstrzygania przetargów wyłącznie poprzez cenę.

Patologie

Jest powszechnie wiadome, że złe, niejasne, często zmieniane prawo służy złym praktykom, a także stanowi świetną pożywkę dla wszelkiego rodzaju patologii, zwłaszcza w obszarze, w którym sektor publiczny styka się z sektorem prywatnym.

Nie inaczej jest na zamówieniowym rynku. Afera „informatyczna” w byłym MSWiA, afera w Ministerstwie Sprawiedliwości, zmowy wykonawców przy budowie autostrad – to zaledwie początek listy. A przecież korupcja nie jest jedyną patologią, jaką należałoby na niej uwzględniać. Są jeszcze podwykonawcy, najbardziej spektakularne ofiary zamówieniowych patologii, są budzące wątpliwości przetargi w ZUS, rozmaite dziwne „układy” i „układziki”, o których od czasu do czasu mówią media, są manipulacje ludźmi i dokumentami, mniej czy bardziej udane próby oddziaływania na decyzje niezależnych organów, jest ograniczanie konkurencji, stosowanie niewłaściwych trybów postępowania, manipulowanie opisem przedmiotu zamówienia, planowanie zamówień „pod wykonawcę”, porozumiewanie się wykonawców („zmowy”), handel referencjami, dzielenie i łączenie zamówień, składanie oferty przez „zająca”.

Charakterystyczną cechą wielu tego rodzaju patologicznych zachowań jest to, iż w odróżnieniu od korupcji, zwykle nie naruszają przepisów Kodeksu karnego. Często bywają też zgodne z Prawem zamówień publicznych, przepisami samorządowymi czy dotyczącymi finansów publicznych. Zdarza się, iż zyskują aprobatę zwierzchników, organów kontrolnych, a nawet są nagradzane. Znane są przypadki, kiedy formalnie poprawne i powszechnie akceptowane zachowania oraz decyzje zamawiającego stoją w ewidentnej sprzeczności z zasadami racjonalnej i efektywnej gospodarki finansowej, a niekiedy nawet ze zdrowym rozsądkiem. Cóż z tego, że postępowanie przeprowadzone zostanie bez naruszeń przepisów, skutkujących odpowiedzialnością dyscyplinarną, jeśli w jego wyniku zamawiający narażony będzie na straty. Na przykład wówczas, gdy stosując jedyne kryterium cenowe kupił coś byle jakiego, co nie tylko nie w pełni zaspokoi jego potrzeby, ale w nieodległej przyszłości wygeneruje kolejne wydatki.

Jak dotychczas nikt nie próbował ustalić, jaki jest zakres tego rodzaju praktyk, jakie szkody przynoszą polskiemu systemowi zamówień publicznych, jakie straty – liczone w złotówkach – ponosi z tego tytułu budżet państwa.

Kryzys systemu

O tym, że źle i coraz gorzej dzieje się w systemie oraz na rynku zamówień publicznych, mówi się w środowiskach „zamówieniowych” od kilku lat. Wielokrotnie sygnalizowali to także eksperci, nie tylko od zamówień publicznych zresztą, a także media.

Od pewnego czasu coraz bardziej stanowczo wskazują na to przedsiębiorcy i pracodawcy, przedstawiciele samorządu gospodarczego, a także liderzy związkowi. Wątpliwości, a nawet krytyczne oceny, przy okazji kolejnych nowelizacji prezentują niektórzy posłowie. Tyle tylko, że jak na razie nic z tego nie wynika. Wprawdzie premier w grudniu ubiegłego roku odwołał prezesa Urzędu Zamówień Publicznych, ale do dzisiejszego dnia, pomimo przeprowadzenia i rozstrzygnięcia procedury naboru na to stanowisko, nie powołany został jego następca.

Gołym okiem widać, że stan permanentnej nowelizacji Prawa zamówień publicznych nie przyniósł spodziewanych rezultatów. Budowa dróg i autostrad, co było sztandarowym argumentem zwolenników naprawiania ustawy, jakoś nie przyspieszyła, a nawet wręcz przeciwnie. W ustawie, która miała stać się przyjazna przedsiębiorcom, znalazły się przepisy, ewidentnie dla nich niekorzystne, a także normy niezgodne z prawem europejskim.

Kolejne zmiany Prawa zamówień publicznych często szkodziły mu, a nie pomagały, doprowadzając w rezultacie do tego, iż utraciło wewnętrzną spójność i klarowność, przestało być stabilizatorem systemu, gwarantującym jego poprawne funkcjonowanie.

Sytuacji tej nie były w stanie zmienić liczne próby łatania jego przepisów przy pomocy rozmaitych „wytycznych”, „opinii”, „zaleceń”, „stanowisk” oraz innych aktów prawa powielaczowego.

Produktem ubocznym nieprzemyślanych, wyrwanych z systemowego kontekstu nowelizacji było wyraźne zachwianie swoistej równowagi pozycji zamawiającego i wykonawcy, jako głównych graczy występujących na rynku zamówień publicznych, ponad miarę i potrzeby umacniając pozycję zamawiającego kosztem pozycji wykonawcy. Do minimum ograniczono jego możliwości „patrzenia zamawiającemu na ręce” oraz skutecznej obrony własnych interesów. Ma to fatalny wpływ na funkcjonowanie systemu i rynku zamówień publicznych, bowiem żadne instytucje kontrolne państwa nie są w stanie zastąpić mechanizmów kontroli wzajemnej – wzajemnego „patrzenia na ręce” stron postępowania o zamówienie publiczne w trakcie jego prowadzenia.

Ciche, ale przez wiele lat ewidentne, promowanie ceny jako jedynego kryterium oceny ofert wypromowało bylejakość, opłacaną często jak towar pierwszej jakości, a przy okazji, w wielu postępowaniach, z konkurencyjności uczyniło kategorię bardziej statystyczną, niż ekonomiczną.

Nie wiem, czy sytuacja, w jakiej znajduje się obecnie system zamówień publicznych osiągnęła już masę krytyczną, wiem natomiast, że po raz pierwszy w okresie minionego dwudziestolecia znalazł się on w tak poważnym kryzysie.

Czas na zmiany

Najwyższa pora, aby stan ten zmienił się radykalnie. Nieustanne majstrowanie przy wartym sto kilkadziesiąt miliardów rynku zamówień publicznych to zabawa bardzo niebezpieczna. Dla uczestników tego rynku przede wszystkim, ale także dla finansów publicznych i gospodarki państwa. Nie uzdrowi się systemu, mnożąc projekty nowelizacji przepisów, bowiem granice dopuszczalności zmian wprowadzanych do Prawa zamówień publicznych w trybie nowelizacji zostały już dawno przekroczone.

Dlatego też, w miejsce „gabinetowych”, „sztabowych”, „komisyjnych” i jakich tam jeszcze dyskusji czy rozmów, rozpocząć należy rzeczywistą, publiczną debatę o przyszłości i kształcie polskiego systemu zamówień publicznych, poprzedzoną krytyczną analizą tego, co dzisiaj ten system tworzy. Świetną okazję ku temu stwarza cezura dwudziestu lat istnienia systemu.

Zaraz potem usiąść trzeba do pisania nowego prawa, ponieważ tego, które jest dzisiaj, żadną miarą naprawić się nie da. Jego projekt, co oczywiste, uwzględniać powinien czekające na implementację nowe dyrektywy europejskie.

Zdecydowanie zintensyfikować także należy walkę ze złymi praktykami oraz patologiami, dręczącymi system zamówień publicznych. Choć nie będzie to łatwe bez wcześniejszego uporządkowania prawa, problem jest zbyt poważny, aby z jego rozwiązywaniem czekać, aż to nastąpi.

I wreszcie coś, czego nie da się ani wpisać do ustawy, ani zadekretować w oficjalnych dokumentach – przywrócić zaufanie do ludzi. Niech znowu, tak jak w każdym cywilizowanym kraju, w miejsce domniemania winy, powróci domniemanie niewinności.

poniedziałek, 12 styczeń 2015 16:33

Zwycięzcy i zwycięzcy

Nie minął jeszcze miesiąc od dnia, w którym odbyła się druga tura wyborów samorządowych, a wydaje się, że mało kto już o nich pamięta. Może to zresztą normalne, bo przecież po burzy zwykle zapada cisza, a i powietrze jakoś wydaje się czystsze. Burza powyborcza, czy jak tam nie nazwać to, co wszyscy widzieli, była nie byle jaka, z piorunami nawet. Szczęśliwie jednak przeszła, co należało po niej posprzątać, posprzątano, tu i ówdzie pod dywan zamieciono. I bardzo dobrze, bo ile czasu można ganiać króliczka. Niedobrze natomiast, iż po ogromnym hałasie politycznym i medialnym, który tej burzy towarzyszył, nie przyszedł czas na rzetelne, spokojne podsumowania, merytoryczne oceny, pogłębione wnioski. Póki co, jak zwykle zresztą, wszyscy uczestnicy wyścigu wyborczego ogłosili takie czy inne zwycięstwo, sukces bądź sukcesik, a przynajmniej, że jest lepiej, niż było „poprzednio”. W jakiś przedziwny sposób prawie każde ugrupowanie bądź „komitet”, które coś w wyborach uzyskały, potrafiły znaleźć argumenty, „wskaźniki”, procenty, czy co tam jeszcze, pokazujące, że choć wygrać się nie udało, przegranej to nie oznacza. Dzięki temu publicznie prezentowane samopoczucie sporej grupy liderów politycznych i nie tylko, było dobre, a niekiedy nawet dobre bardzo. To z kolei rodziło wrażenie, że grupa zwycięzców oraz mniej czy bardziej usatysfakcjonowanych wynikami tegorocznych wyborów samorządowych jest całkiem spora, przy czym nie mam tu na myśli osób, które mandat uzyskały.

Sądzę, że zasadniczy wpływ na tę sytuację ma uparte postrzeganie wyborów samorządowych oraz ocenianie ich wyników w kategoriach politycznych, a właściwie partyjnych, przy zastosowaniu wojskowej nomenklatury „zdobywania” bądź „tracenia” kolejnych bastionów. Kilka tygodni byliśmy zasypywani przez polityków, „ekspertów” i media dywagacjami oraz spekulacjami na temat partyjnego podziału mandatów w szesnastu sejmikach wojewódzkich. Niewiele z tego wynikało, bowiem sprawa jest raczej jasna i nie bardzo jest o czym gadać. Jednakże to, co wydarzyło się przy wyborach do sejmików wojewódzkich utwierdza mnie w przekonaniu, iż jedynym sensownym rozwiązaniem, które uchroni nas przed podobną sytuacją w przyszłości, jest przeprowadzanie ich w okręgach jednomandatowych.

W odróżnieniu od samorządów wojewódzkich nie było chętnych do rozważań o tym, iż w wyborach władz miast i gmin około osiemdziesięciu procent mandatów uzyskali kandydaci bez partyjnej etykietki. Jakoś cichutko też było i jest „w temacie” rewolucyjnej przecież zmiany sposobu wybierania radnych do rad miast i gmin, prowadzonego po raz pierwszy w okręgach jednomandatowych. Nikt też zdaje się nie dostrzegać oczywistego, moim zdaniem, związku, pomiędzy tym sposobem wybierania radnych, a radykalnym „odpartyjnieniem” nowo wybranych rad. Dlaczego nie chcą o tym mówić lub mówią niechętnie politycy rozumiem, natomiast nijak nie jestem w stanie pojąć, dlaczego nie rozmawiają o tym eksperci, nie analizują komentatorzy, którzy zawsze i na wszystkim się znają, dlaczego nie czują się zwycięzcami zagorzali zwolennicy okręgów jednomandatowych. Czyżby szansa na radykalne ukrócenie partyjniactwa w strukturach władzy samorządowej na szczeblu podstawowym okazała się na tyle zaskakująca, że teraz nie bardzo wiadomo, jak do tego podejść?  

Dotychczas, zgodnie z utrwalonymi zwyczajami, sprawa była oczywista – wystarczyło „posumować” liczby mandatów uzyskanych z list partyjnych w poszczególnych radach przez każde z ugrupowań politycznych i wszystko było wiadome. Stosunkowo szybko można było ogłosić, kto gdzie i w porozumieniu z kim rządzi, kto jaką „siłą” jest w terenie, które miasto jest „czyje”, a które zostało „oddane” lub „stracone”. Teraz jest z tym kłopot. Podejrzewam także, iż rozpoczął się proces „pozyskiwania” nowo wybranych radnych pod określone „sztandary”, który, z oczywistych względów, wymaga ciszy i spokoju. Jestem raczej pewny, iż w stosownym czasie dowiemy się o jego wynikach, choć mam nadzieję, iż nie będą one oznaczały powrotu do przeszłości.                                   

Tak czy inaczej mandaty na następne cztery lata zostały rozdane, a ci, którzy je uzyskali, bez wątpienia mogą i powinni czuć się zwycięzcami wyborów samorządowych na swoim terenie. Czy oznacza to, iż zwycięzcami mogą czuć się także ci, którzy na nich głosowali? Ano, zobaczymy. Mamy na to aż / tylko cztery lata.

niedziela, 30 listopad 2014 14:53

Powyborczy thriller z dalszym ciągiem

Szesnastego listopada, w niedzielę, wśród wielu milionów Polaków oglądających telewizyjne „wieczory wyborcze” nie było chyba nikogo, kto zdołałby przewidzieć, co działo się będzie w następnych dniach. Nic w tym dziwnego, bowiem takiego scenariusza, który zaczął realizować się na naszych oczach, nie powstydziłby się żaden mistrz od filmowych thrillerów. Było narastające napięcie, były niepewności i nadzieje, nagłe zwroty akcji, były dramatyczne role pierwszoplanowych postaci i co ambitniejszych statystów, wreszcie pojawiły się także ofiary, a ściśle mówiąc, jedna, choć podobno mają być kolejne. Czasami robiło się śmiesznie, czasami straszno, czyli tak, jak na przyzwoity dreszczowiec przystało. Pytanie jednak, co to wszystko ma wspólnego z normalnymi, demokratycznymi wyborami, przeprowadzanymi w społeczeństwie obywatelskim, żyjącym w państwie prawa.

Nie podejmuję się odpowiadać na to pytanie, ponieważ w ostatnich dniach usiłował to robić każdy, kto uważa, iż ma coś do powiedzenia. Tyle tylko, że jak na razie nic z tego nie wynika, bowiem tak naprawdę wynikać nie może. Poza jednym – coś takiego nie miało prawa się wydarzyć. Proces wyborczy oraz sposób liczenia głosów muszą być tak organizowane, aby zarówno ich przebieg, jak i wyniki wyborów nie budziły najmniejszych wątpliwości, a tym bardziej nie stwarzały podstaw do jakichkolwiek podejrzeń. Trudno zaprzeczyć że to, co się dzieje obecnie na naszych oczach, u bardzo wielu Polaków poważne wątpliwości i podejrzenia budzi. Potwierdzają to rozmaite sondaże, liczne wypowiedzi prezentowane w mediach, a także „codzienne Polaków rozmowy”.

To, co się wydarzyło, choć z pozoru banalne, bez wątpienia pokazuje słabość państwa oraz jego struktur. Przez kolejne dni obserwowaliśmy kompletną bezradność i ludzi, i instytucji, wobec tego, co się działo. Także wobec „demonstrantów”, wyłamujących drzwi do siedziby Państwowej Komisji Wyborczej i okupujących jej siedzibę. Dlatego też ogromnie ryzykowne jest sprowadzanie wszystkiego do problemów natury technicznej bądź organizacyjnej, a dokładnie do katastrofy systemu informatycznego, który miał wybory obsługiwać. Nic tu także nie pomoże zaklinanie rzeczywistości, przywoływanie Konstytucji oraz przepisów kolejnych ustaw, przekonywanie, że w istocie nic się nie stało, że mimo przejściowych trudności głosy zostały (zostaną) policzone rzetelnie i uczciwie. Zapewne tak jest, czy też będzie, ale nic to nie zmieni, bowiem problem leży zupełnie gdzie indziej, przede wszystkim dlatego, że znaczna część obywateli w to nie uwierzy. Mamy więc do czynienia nie tyle z problemem natury prawnej czy organizacyjnej, co społecznej i politycznej, o znaczeniu fundamentalnym dla funkcjonowania samorządu terytorialnego, a zatem państwa. Oczywiście, odrębną sprawą jest analiza przyczyn powstałego bałaganu i stworzenie mechanizmów, zapobiegających powstawaniu takich sytuacji w przyszłości. To akurat da się załatwić stosunkowo szybko i prosto. Schody zaczynają się zupełnie gdzie indziej.

Demokratyczne, poprawnie przygotowane i przeprowadzone wybory umacniają państwo, budują zaufanie obywateli do jego struktur oraz instytucji. Jeśli jednak procedury wyborcze nie przebiegają poprawnie, skutek jest dokładnie odwrotny i sądzę, że z tym właśnie mamy, czy będziemy mieć, do czynienia. Aby nie szukać daleko – ci, którzy na głosowanie nie poszli, utwierdzą się w przekonaniu, że zrobili dobrze, natomiast wielu z tych, którzy w wyborach uczestniczyli, uzna, że zrobili źle. Jak może się to przełożyć na frekwencję w kolejnych wyborach? Ile pozostanie z obecnych czterdziestu kilku procent? Dwadzieścia, dziesięć, czy może jeszcze mniej?

Dla nikogo już chyba nie ulega wątpliwości, że to, co się stało, spowoduje kolejny spadek zaufania obywateli do własnego państwa. Jest to problem realny i nie ma co udawać, że nie istnieje, bądź go bagatelizować. Trzeba się z nim zmierzyć i powinna o to zadbać cała klasa polityczna. Nie da się sprawy przeczekać, zagadać, „przykryć” kontrolami oraz dymisjami „osób odpowiedzialnych”. Niczego nie załatwi też nawoływanie do „unieważnienia wyborów”, bowiem za pomocą tłuczenia termometru nikt nigdy temperatury nie obniżył. Sądzę natomiast, iż jeśli klimatu, istniejącego obecnie wokół listopadowych wyborów nie da się odczuwalnie poprawić, jeżeli nie da się oczyścić z wszelkich podejrzeń i wątpliwości ich wyników, rozsądne będzie rozważenie decyzji o skróceniu kadencji władz samorządowych

sobota, 01 listopad 2014 20:02

Czas lokalnych liderów

Jeśli dobrze pamiętam, określenie „lider” pojawiło się u nas i zadomowiło na dobre w okresie wczesnego peerelu za sprawą kolarskiego Wyścigu Pokoju, który wówczas niebywale emocjonował dosłownie wszystkich. Będący na czele wyścigowej klasyfikacji „lider”, o którym nieustannie mówili w radio sprawozdawcy sportowi, to był naprawdę ktoś – idol, wzór dla chłopaków i obiekt westchnień wielu dziewczyn. Stanisław Królak, potem Szurkowski i Szozda byli niekwestionowanymi bohaterami tamtych czasów, „liderami” uprawianej dyscypliny sportu, nie tylko rozgrywanego czy zakończonego właśnie wyścigu. Tak było potem przez wiele lat; lider mógł być wyłącznie w sporcie. W życiu publicznym czy w polityce, zarówno określanie kogoś jako „lidera”, jak i przypisywanie mu takiej roli, było co najmniej ryzykowne. W tamtej rzeczywistości liderzy nie byli potrzebni, bowiem stanowić mogli źródło potencjalnego zagrożenia. To władza decydowała, kto jest lub będzie „na czele peletonu” – organizacji, związku, stowarzyszenia czy ówczesnej postaci samorządu. Naturalne procesy kreowania lidera w grupie bądź środowisku albo przechodziły pod kontrolą władzy, albo były skutecznie tłumione.

Tak było i wielu ambitnych ludzi, którzy mając ku temu wszelkie predyspozycje, chciało samodzielnie podjąć trudną rolę lidera, przez wiele lat leczyło boleśnie podcięte skrzydła. Teraz, aczkolwiek tu i ówdzie próbuje się jeszcze stosować takie zabiegi, w liczącej się skali są one niezwykle trudne, a niekiedy wręcz niemożliwe. Dzisiaj, nawet wówczas, gdy komuś mocno to dolega, nie da się zatrzymać procesów, w wyniku których rodzi się autentyczny lider, niemożliwe jest także sprawowanie nad nimi jakiejkolwiek kontroli. Można natomiast lidera przejąć pod swoje skrzydełka, tyle tylko, iż wówczas zwykle liderem być przestaje. Szczególnie wdzięcznym czasem „polowań na liderów” są rozmaite kampanie społeczne, przede wszystkim poprzedzające wybory, bowiem ujawniają możliwości ludzi nie dostrzeganych i nie docenianych wcześniej, a także weryfikują tych, którzy już tę rolę pełnią. Każdy, kto uważnie obserwuje tegoroczną kampanię samorządową, gołym okiem zauważy, że to święta prawda.

O autentycznych lokalnych liderów w ostatnich miesiącach zabiegały wszystkie liczące się w wyborach „siły”, nie wyłączając prowadzących w rankingach partii. Trudno się temu dziwić, bowiem głosowanie w okręgach jednomandatowych, które „wymuszają” głosowanie na konkretnego człowieka, a nie na listę, najczęściej partyjną lub utożsamianą z jakimś środowiskiem politycznym, stwarza im szczególną szansę na zwycięstwo. Dlatego też to oni, lokalni liderzy, mają największą szansę wygrać tegoroczne wybory samorządowe i decydować o tym, jaka będzie lokalna władza przez najbliższe cztery lata. Pewną niewiadomą stanowią jedynie sejmiki wojewódzkie, które w strukturze samorządowej pozostają ostatnią enklawą, chciałoby się powiedzieć skansenem, wyborczej partyjności czy partyjnictwa raczej. Mam jednak nadzieję, że przy kolejnych wyborach tu także wprowadzone zostaną okręgi jednomandatowe.

Politolodzy oraz uczeni od psychologii społecznej i psychologii biznesu twierdzą, iż „żyjemy w czasach liderów”. Nie wiem, czy rzeczywiście nastały takie czasy, ale niewątpliwie prawdą jest, iż ludzie aktywni, postrzegani w środowisku czy w społeczności lokalnej jako „liderzy”, mogą wywierać i wywierają coraz większy wpływ na bieg spraw publicznych. Coraz częściej także uzyskują umożliwiający im to formalny mandat. Jakie konkretne korzyści przynosi to lokalnym społecznościom, udowodniły już wielokrotnie bezpośrednie wybory prezydentów, burmistrzów i wójtów. Pokazały także, iż Polacy coraz bardziej cenią sobie zaangażowanie i kompetencje, coraz częściej oceniają sprawujących władzę po efektach ich pracy, a nie po przedwyborczych deklaracjach i pokrzykiwaniach na przeciwników. Pokazały, że tak naprawdę liczy się człowiek, lider właśnie, który zarządza ich sprawami na mocy mandatu, którego mu udzielili, a nie partia, która go do sprawowania tej funkcji namaściła. Czy sprawdzi się to także w tegorocznych wyborach? Czy kandydujący na radnych liderzy przekonają do siebie wyborców, przywracając wyborom lokalnym ich samorządowy charakter? Szansa na to jest naprawdę bardzo duża. Módlmy się, aby została wykorzystana.

niedziela, 24 sierpień 2014 00:00

Gmina turystyczna

Turystyka to na całym świecie jeden z najbardziej dochodowych biznesów. Żyją z niej miliony ludzi, a dla wielu państw stanowi podstawowe źródło dochodu. Także w Polsce, choć może wolniej, niż chcielibyśmy, turystyczny biznes zaczyna być doceniany i coraz więcej ludzi zupełnie nieźle na nim zarabia. W ostatnich latach zwłaszcza, jak grzyby po deszczu, powstawały hotele i pensjonaty, centra rozrywkowe, parki wodne i jurajskie, nowe kąpieliska. W internecie aż gęsto od reklamujących je stron internetowych. Jak się to wszystko ma do ofert z krajów, od lat będących potęgami turystycznymi, to zupełnie inna sprawa. Ważne jest jednak, że coś się dzieje i że nie od razu Kraków zbudowano. Cieszy także, że do tego ogólnokrajowego trendu coraz szerzej włączają się gminy.      

Jeśliby użyć szerokiego znaczenia tego słowa, „turystyka” trafiła „pod strzechy” bardzo dawno temu i wbrew rozmaitym opowieściom, jej znaczenie biznesowe dla miejscowości czy regionu było doceniane zarówno przez właścicieli ziemskich, jak i przez lokalne władze. To przecież nie za naszych czasów do historycznych nazw miejscowości zaczęto dodawać słowo „letnisko”. Dzięki temu mamy dzisiaj Garbatkę Letnisko, Żarki Letnisko, Jedlnię Letnisko, Popowo Letnisko oraz bardzo wiele innych „letnisk”. Niegdyś – przed wojną – jeżdżono „na letnisko”, znaczy na wieś, bo „letnisko”, to właśnie była wieś. A dokładniej – zaprzyjaźniony wiejski pensjonat, w którym spędzało się wakacje każdego roku, bądź zaprzyjaźniony rolnik, który wynajmował jedno lub więcej pomieszczeń. Wyjazd z miasta „na letnisko” należał do dobrego tonu, czy wręcz obowiązku, co przecież dobrze znamy z literatury okresu międzywojennego. Cechą charakterystyczną tego rodzaju wypoczynku była ogromna gościnność i serdeczność gospodarzy, przyjmujących letników, tworząca przyjacielski, czy wręcz rodzinny klimat. Letnicy potrafili to docenić i odwzajemnić, np. w przedwojennej Urli nad Liwcem warszawiacy założyli Stowarzyszenie Miłośników Urli, liczące blisko stu członków.

Po wojnie, z powodów oczywistych, „letniskowe” tradycje mocno podupadły, za to pojawiły się „wczasy pod gruszą”. Początkowo określenie to oznaczało dopłaty pracodawcy do wypoczynku wakacyjnego pracownika, organizowanego we własnym zakresie, ale stosunkowo szybko nabrało sensu dosłownego i uzyskało trwałe miejsce w języku potocznym. Tym sposobem „wczasy pod gruszą” stały się peerelowskim synonimem przedwojennego letniska. Potem, w ramach dynamicznie rozwijającej się nowomowy, pojawiło się określenie „agroturystyka”, które przetrwało do dnia dzisiejszego i miewa się całkiem nieźle. Nie o semantykę tu jednak chodzi ale o to, co obecnie ta „agroturystyka” oznacza. Ze statystyk wynika, iż branża agroturystyczna oferuje ponad 60 tys. miejsc noclegowych, zlokalizowanych w ponad 5,5 tys. obiektów. W skali roku korzysta z nich 6-7% Polaków. No właśnie - dużo to czy mało? Pewnie mało, problem jednak nie sprowadza się wyłącznie do miejsc noclegowych i nie tylko w tych kategoriach powinien być postrzegany.

Zdaniem specjalistów zaledwie połowa gmin jest zainteresowana rozwojem turystki na swoim terenie. Jeśli jest to prawda, dziwić się należy mocno, bowiem każda polska gmina jest gminą turystyczną, choć wiele z nich o tym nie wie, albo wiedzieć nie chce. W każdej jest coś do pokazania, coś do obejrzenia, są miejsca, jakich nie ma gdzie indziej, są rzeczy ciekawe i niepowtarzalne. Chodzi o to, aby umieć te walory dostrzec i odpowiednio wykorzystać. Przykładów, jak z powodzeniem udało się to zrobić, jest dużo i liczba ta systematycznie rośnie. Nie szukając daleko – dzięki Parkowi Jurajskiemu w Bałtowie każdego roku gminę odwiedza kilkaset tysięcy osób.

Nieprawdziwe są argumenty, że szkoda zachodu, bo i tak nie wygra się konkurencji ze znanymi kurortami czy wczasowiskami, podobnie jak twierdzenia, że w turystyczny interes od razu trzeba włożyć wielką kasę. Wszystko otóż zależy od tego, jak do problemu podejdziemy. Doświadczenie pokazuje, że aby oferować miejsca noclegowe, nie trzeba zaraz budować Hiltona. Poza lokalnymi atrakcjami, które znaleźć bądź zorganizować można wszędzie, tak, jak na przedwojennych „letniskach” atutem stać się powinna serdeczna i rodzinna atmosfera, przyjacielskie związki pomiędzy gospodarzami a letnikami, utrwalane w kolejnych latach. Ale także – dobrze zaopatrzone i otwarte w odpowiednich godzinach sklepy, kawiarenki, winiarnie, dyskoteki, oczywiście wszystko to z miłą, sympatyczną i życzliwą obsługą. Do tego naprawdę nie potrzeba wielkich pieniędzy ani szumnych programów „zrównoważonego rozwoju” – pieniądze przyniosą „turyści”, a ich preferencje wskażą „kierunki rozwoju”. Potrzeba tylko chęci, gospodarskiego oka i zdrowego rozsądku.

czwartek, 24 lipiec 2014 18:58

Kolorowe jarmarki

Jedno z bardziej sympatycznych wspomnień mojego dzieciństwa wiąże się z corocznymi „odpustami”, jakie odbywały się w dniu św. Rocha przy cmentarzu parafialnym w moim miasteczku. Dla dzieciaków, a także, jak podejrzewam, dla wielu dorosłych, stanowiły one najważniejsze wydarzenie lata. Przy pobłażliwym zrozumieniu ze strony władz kościelnych traktowane były nie tyle jako święto religijne, ale jako coś, co dzisiaj określamy mianem festynu lub jarmarku, jako naturalna okazja do spotkań rodzinnych i towarzyskich. W dniu odpustu było bardzo kolorowo i tłumnie, były dziesiątki straganów, baloniki, cukrowa wata, lody, strzelanie „z korków” i wiele innych atrakcji, które każdego roku zachwycały dzieciarnię i wprowadzały w dobry nastrój dorosłych. Nikomu nie przeszkadzało, że to wszystko odbywało się w bezpośredniej bliskości cmentarza, a wesołe i głośne rozmowy, przerywane częstymi strzałami „z korków” lub kapiszonów, zagłuszały odprawiane właśnie nabożeństwo. Tak było odkąd sięga moja pamięć i tak jest po dzień dzisiejszy, zarówno w moim miasteczku, jak i setkach innych polskich miejscowości. I choć od tamtego czasu zmieniło się prawie wszystko, popularność tego typu imprez systematycznie rosła.

Już w latach siedemdziesiątych, obok tradycyjnych „odpustów”, coraz częściej pojawiać się zaczęły rozmaite festyny (koniecznie z dodatkiem „ludowe”), jarmarki, kiermasze itp. Organizowano je zwykle z inicjatywy miejscowych władz, z okazji jakiegoś lokalnego święta, ważnego wydarzenia, rocznicy, „dnia” (np. strażaka) itp. Pojawiły się także festiwale, zwykle organizowane z dużym zadęciem, ale jako ważne wydarzenia kulturalne krajowej rangi. Mało kto decydował się wówczas na tego rodzaju inicjatywę lokalną. Wszystko to zaczęło się gwałtownie zmieniać w połowie lat dziewięćdziesiątych, kiedy to nastąpiła prawdziwa eksplozja lokalnych i regionalnych festynów, jarmarków, a także – coraz częściej – rozmaitego rodzaju lokalnych i regionalnych festiwali. W większości nie miały one wymiaru artystycznego i „festiwalowego zadęcia”, prezentowały natomiast miejscowe produkty, rękodzieło, promowały region, miejscowość i jej walory. Nowego blasku nabrały też imprezy o wielkiej i utrwalonej tradycji, jak chociażby Jarmark Dominikański w Gdańsku czy Jarmark Wdzydzki we Wdzydzach Kiszewskich. Dzisiaj nikt chyba nie byłby w stanie wymienić nawet części tego rodzaju imprez, które odbywają się w Polsce prawie każdego letniego dnia. Rzecz jednakże nie w ich ilości, ale w tym, że zawsze gromadzą wielu i bardzo wielu uczestników. Przede wszystkim lokalnych i regionalnych, ale coraz częściej także z odległych miejscowości.

Co jest powodem dużej, bez wątpienia, popularności takich imprez, co sprawia, że tak wielu ludzi decyduje się poświęcić letnią sobotę lub niedzielę, przejechać dziesiątki kilometrów, aby w nich uczestniczyć? Czy tylko prosta potrzeba „rozerwania się”, obejrzenia występów artystycznych, wystawy bądź kupienia czegoś? Zapewne także, ale z pewnością nie tylko.   

Być może – z czego nie zdajemy sobie sprawy – jest to siła tradycji, której nośnikiem w złych czasach były „odpusty” właśnie, bowiem od średniowiecza jarmarki, organizowane przy kościołach z okazji świąt religijnych, były, w dzisiejszym rozumieniu, „imprezami masowymi”. Być może jest to ucieczka od „szklanej rzeczywistości” kreowanej przez telewizję, w której głupawe reklamy konkurują z informacjami o wypadkach, gwałtach i morderstwach, w której kilkadziesiąt wciąż tych samych gadających głów, zręcznie usadzanych przez dziennikarzy w rozmaitych konfiguracjach, wytrwale pokrzykuje na siebie. A być może, po prostu – wobec tego wszystkiego Polakom coraz bardziej odpowiadają klimaty lokalnych festynów i festiwali, „kolorowych jarmarków”, spokoju i luzu, atmosfera przyjacielskiego pikniku.

Niezależnie od tego, jak jest naprawdę, wspierajmy i promujmy tego rodzaju lokalne imprezy – festiwale, festyny, jarmarki, kiermasze, niezależnie od tego, czego dotyczą, z jakiej okazji i przez kogo są organizowane. Z jednym wyjątkiem. Za wszelką cenę chrońmy je przed polityką. Nie pozwólmy, aby te piękne i bardzo potrzebne imprezy były zawłaszczane przez miejscowych bądź stołecznych polityków i politykierów, dla których zawsze stanowiły łakomy kąsek. Niech ludzie władzy aktualnej lub przyszłej bawią się razem z innymi, ale niech nie wykorzystują takich zgromadzeń do uprawiania własnej polityki. Niech te kolorowe jarmarki, festyny i festiwale ludzi łączą, a nie dzielą. Słowo festivus, od którego pochodzi termin „festiwal”, w języku łacińskim oznacza radosny, wesoły, świąteczny. I niech tak zostanie.

Tomasz Czajkowski

poniedziałek, 27 maj 2013 14:01

Trudna sztuka nagradzania

Każdy nagradzanym być lubi, zwłaszcza wówczas, gdy nagrodę stanowią pieniądze. Ważna jest przy tym oczywiście ich ilość, ale bez wątpienia cieszy także, a może przede wszystkim, sam fakt otrzymania nagrody. Z punktu widzenia nagradzającego sprawa wygląda zapewne nieco inaczej. Nawet jeśli przyznając nagrodę czyni to z przyjemnością równą tej, jaką odczuwa nagradzany, chce poprzez ten akt coś osiągnąć. Często wręczający nagrodę mówi, iż poprzez jej przyznanie „daje wyraz” czegoś lub czemuś, co uważa za szczególnie ważne – uznania, podzięki, zasług, wysokiej oceny i czego tam jeszcze. W relacjach pracodawca – pracownik, czy szerzej, zwierzchnik – podwładny sprawa jest stosunkowo prosta. Nagroda albo jest formą podziękowania za wzorowo wykonywaną pracę, albo służy motywowaniu do jej wykonywania, albo jedno i drugie, co wydaje się sytuacją najczęstszą. Wydaje się to wszystko oczywiste i proste, jak przysłowiowa budowa cepa. Jednakże bywa też inaczej.

Ponieważ nagrody, zwłaszcza pieniężne, dostaje niewielu, cała reszta jest wyjątkowo wyczulona kto, jaką kwotą, za co i przez kogo jest nagradzany. Pół biedy, jeśli sprawa dotyczy pracowników firmy, bowiem niezależnie od stopnia emocji ma ona wymiar niewielki. Zdecydowanie inaczej jest, gdy odnosi się do urzędników państwowych i samorządowych oraz gdy uczestniczą w niej osoby publiczne, sprawujące władzę, zajmujące prominentne stanowiska bądź pełniące takowe funkcje. I to niezależnie od tego, czy to oni dają, czy też otrzymują nagrody. Zainteresowanie, towarzyszące zwykle nagradzaniu otrzymuje wówczas stosowną podbudowę „ideologiczną”, która jest w stanie pomieścić każdy, nawet najbardziej absurdalny argument. Zrozumiała skądinąd ciekawość szybciutko staje się podejrzliwością, a bezinteresowna zawiść i prosta zazdrość przybierają postać cnót obywatelskich. Bywa też jeszcze gorzej, gdy pojawia się pokusa wykorzystania tego wszystkiego w rozgrywkach personalnych, a jest już całkiem źle, gdy z sytuacji takich czyni się instrument gry politycznej.   

Przykłady? Proszę bardzo. Nie tak dawno byliśmy świadkami dziwacznego spektaklu, związanego z nagrodami członków Prezydium Sejmu, jaki zafundowali nam posłowie klubu Ruchu Palikota. Co i raz podobne polowania odbywają się na niższych szczeblach władzy, co i raz kolejni sprawiedliwi próbują rozliczać, ile to publicznych pieniędzy jest rozdawanych (czytaj „trwonionych”) na nagrody dla urzędników oraz innych osób, które władza publiczna czy samorządowa uzna za stosowne nagrodzić. Nagradzający gęsto się tłumaczy, nagradzany zamiast się cieszyć jest wściekły, że nagrodę przyjął, nierzadko też pozbywa się „gorącego kartofla”, przekazując stanowiące nagrodę pieniądze na jakiś zbożny cel. W efekcie – ktoś coś zyskuje, ktoś inny coś traci, przy czym same pieniądze stanowiące nagrodę są tu najmniej ważne, podobnie zresztą jak sam akt nagradzania. Oczywiście nie twierdzę, że tak jest zawsze, ale, że tak bywa. Podejrzewam, że niestety dosyć często.

Nie wiem, jaka jest na to wszystko rada. Oczywiście można kolejne osoby, sprawujące funkcje publiczne ustawowo pozbawić prawa do otrzymywania nagród pieniężnych, można eskalować klimat podejrzliwości wobec nagradzanych urzędników, brać pod lupę „przyznawanie nagród w samorządach”. Wątpię jednak, aby przyniosło to zamierzony efekt. Tak, jak wielu innych problemów, także tego nie załatwi się poprzez ustawowe zakazy, rygorystyczne uchwały czy drobiazgowo rozpisane regulaminy przyznawania nagród. Czym więcej tu będzie reglamentacji, tym szybciej przekroczy ona granice absurdu. Bo niby dlaczego wójt, burmistrz czy prezydent miasta nie mogą otrzymywać nagród za wzorowe wypełnianie swoich funkcji? Dlaczego przyznanie i wzięcie nagrody przez funkcjonariusza publicznego to czyn z definicji podejrzany i wstydliwy?

W każdej sytuacji, niezależnie od takich czy innych „polityk”, rozmaitych gier i gierek, obowiązywać powinien zdrowy rozsądek. Mnie podpowiada on, że za dobrą, dobrze wykonaną pracę należy nagradzać, za niedbalstwo, lenistwo i głupotę karać. Jest to „oczywista oczywistość”, niezależnie od tego, kogo dotyczy, na jakim stanowisku ten ktoś jest zatrudniony i z jakich pieniędzy opłacany. Pewnie potrzebne są tu jakieś przepisy. Ale przede wszystkim należy postępować i zachowywać się przyzwoicie, według kilku prostych, nieskomplikowanych zasad o znaczeniu ponadpolitycznym i ponadczasowym, zarówno gdy się nagradza, jak i gdy nagrody się przyjmuje. Dawać wówczas, gdy się należą, przyjmować, gdy się na nie zasłużyło. Trudne? Nawet bardzo. Ale możliwe.

poniedziałek, 26 listopad 2012 17:08

Szczególna forma samorządności

Na temat pięknej idei samorządności przez całe wieki wypisano morze atramentu (ostatnio raczej tonera). Słusznie, bowiem jest rzeczywiście piękna. A do tego, pomimo rozlicznych prób, w odróżnieniu od wielu innych idei, nie dała się skompromitować. Bez wątpienia można ją zatem uznać za historycznie sprawdzoną. Odkąd ją wymyślono, wykorzystywana i „stosowana” była rozmaicie, w zależności od aktualnie występujących potrzeb (czego by przez to nie rozumieć), prądów czy koniunktur politycznych, społecznego zapotrzebowania i czego tam jeszcze. Kiedyś usłyszałem, że jej dzieckiem jest demokracja, kiedy indziej, że jest dokładnie na odwrót, bowiem gdyby nie było demokracji, samorządność jako taka nie byłaby w ogóle możliwa. Zresztą, jakaż tu różnica, czy kura była pierwsza, czy jajko. Ważne, że są, i że pożytek z nich wielki.  

Chwalić Boga, w wolnej Polsce samorządność, w każdej możliwej formie dostała zielone światło i szczęśliwie na zapaleniu tego światła się nie skończyło. Trudno zresztą bez samorządności wyobrazić sobie społeczeństwo obywatelskie. Samorząd terytorialny otrzymał rangę konstytucyjną i uczestniczy w sprawowaniu władzy publicznej, samorząd zawodowy, także na mocy Konstytucji, reprezentuje osoby wykonujące zawody zaufania publicznego i pilnuje, aby robiły to należycie, samorząd gospodarczy zrzesza ludzi połączonych wspólnotą interesów gospodarczych.

To dobrze, słusznie, rozsądnie, i niech tak zostanie. Jednakże w moim głębokim przekonaniu idea samorządności na tym się nie wyczerpuje, bowiem wykracza dalece poza najszersze nawet ramy instytucjonalne. Nie daje się też w tych ramach zamykać, choć utrwalone w społecznej świadomości stereotypy wskazują na coś innego. Samorząd jako taki powszechnie kojarzony jest z „rządzeniem”, decydowaniem, z jakąś formą władztwa, sprawowanego w ramach jakiejś społeczności czy grupy. Założę się, że na pytanie o samorząd terytorialny dziewięciu na dziesięciu pytanych odpowie: rada, sejmik, wójt, burmistrz. Tymczasem, zgodnie z Konstytucją, wspólnotę samorządową tworzy „ogół mieszkańców” jednostki terytorialnej państwa, a rada czy wójt to „organy wykonawcze” samorządu, czyli tej wspólnoty. Wiem, że to truizm, ale powiedzmy wyraźnie – samorząd terytorialny to my, obywatele gminy, miasta, dzielnicy, obywatele społeczności lokalnej, czy, jak to się pięknie mówi, naszej małej ojczyzny.

Przeczytałem gdzieś takie mądre zdanie – „społeczność to wspólnota ludzi, którzy dostrzegają dobro wspólne i dobrowolnie pragną je realizować”. Święta prawda, a jeśli tak, samorządność w społeczeństwie obywatelskim to nie tylko udział w „rządzeniu”, współdecydowaniu o sprawach ważnych czy najważniejszych dla gminy bądź miasta. To także, a może przede wszystkim, uczestnictwo w tym, co dla siebie i dla innych, sami czy wspólnie z tymi, którzy myślą tak jak my, może być zrobione. Rozmiar czy skala „tego czegoś” nie mają większego znaczenia, liczy się sam fakt, że chcemy to zrobić i że to robimy. Jeśli robić to będziemy z przekonaniem, inni przyłączą się do nas, znajdziemy partnerów, a to „coś” stanie się faktem.

Czasami może to być i zapewne bywa trudne, wymagające samozaparcia i poświęcenia, przełamywania wielu barier. Ale przecież w ten sposób właśnie realizujemy ideę samorządności na naszym podwórku, w obrębie naszego małego świata, w którym żyjemy na co dzień. W partnerskiej wspólnocie z innymi coś kreujemy, coś tworzymy, coś dajemy sobie i innym. 

Lock full review www.8betting.co.uk 888 Bookmaker

PARTNERZY