Wydawnictwo Publicus Sp. z o.o.
04-260 Warszawa, ul. Jedwabnicka 1
tel/fax: +48 22 610 10 99 w. 26
Bank Zachodni WBK SA XVII Oddział Warszawa 
08 1090 1753 0000 0001 1981 0954

Ostrzeżenie

JUser::_load: Nie można załadować danych użytkownika o ID: 51.

JUser::_load: Nie można załadować danych użytkownika o ID: 47.

JUser::_load: Nie można załadować danych użytkownika o ID: 52.

JUser::_load: Nie można załadować danych użytkownika o ID: 48.

JUser::_load: Nie można załadować danych użytkownika o ID: 68.

Listopad 2014

Listopad 2014 (19)

niedziela, 30 listopad 2014 15:07

BAJKA O SERDUSZKU

Napisane przez

Raz jeszcze Jan Jakub Kolski postanowił – nomen omen – chwycić za serce. Jego nowe dzieło, zatytułowane „Serce, serduszko”, to pozornie wkroczenie do świata realiów – ale koniec końców film zamienia się w baśń, na wzór wcześniejszych obrazów tego artysty.

Kolski potrafił nie raz chwycić widzów za serce. Jego „Jancio Wodnik”, „Historia kina w Popielawach”, „Cudowne miejsce” czy „Jasminum” umiejętnie balansowały między rzeczywistością, a pewną abstrakcyjnością, iluzją czy metaforą. Dla tych miłośników kina, którzy szukają na ekranie nie tylko precyzyjnego odwzorowania realiów, jego kino stanowiło odskocznie w świat umowności. Nie mniej jednak przejmującej niż najbardziej dociekliwe filmy dokumentalne.

„Serce, serduszko” bardziej też sięga po portrety niż historię. Widz dostaje przede wszystkim trzy główne postacie: dziesięcioletnią Maszeńkę (okrzykniętą już nowym odkryciem polskiego filmu Marię Blandzi), Kordulę (Julia Kijowska) oraz ojca Maszeńki (Marcin Dorociński). Pierwsza z nich to dziewczynka z domu dziecka, półsierota, która w swój świat – może i nie do końca realny, za to wbrew wszystkiemu pełen dobrych emocji – wciąga otoczenie. A otoczenie to dwie pozostałe postacie: zamknięta w sobie wychowawczyni z domu dziecka (Kordula), która demonstracyjnie odcina się od otoczenia, i balansujący na granicy alkoholizmu ojciec.

Świat filmów Kolskiego niemal zawsze zaludniali jednak ludzie w gruncie rzeczy dobrzy, choć niepozbawieni słabości. Nie inaczej jest tym razem. Maszeńka ucieka z domu dziecka, by zdać egzamin do szkoły baletowej. Kordula towarzyszy jej w tej podróży (z Bieszczad do Gdańska), pojawia się także ojciec i plejada innych postaci (w tym nieodzowny, wydawałoby się, w filmach Kolskiego Franciszek Pieczka – ale też Borys Szyc). Choć Maszeńka „urywa się” z sierocińca, a cała eskapada mogłaby się stać pretekstem do stopniowania napięcia – wbrew pozorom nie ma tu ani grama kina akcji. Fabuła koncentruje się na śledzeniu przemian, jakie przechodzą poszczególni bohaterowie, dostawania szans zmiany życia – i wykorzystywania lub marnowania ich.

Trudno powiedzieć, na ile reżyser chciał byśmy widzieli w jego bohaterach postacie realne, a na ile – metaforyczne. Maszeńka ma proste rozwiązania dorosłych problemów, wynikające z idealizmu (dziecięcego), a zarazem jedyne pozwalające rozwiązywać z pozoru nierozwiązywalne dylematy dorosłych towarzyszy podróży. Z kolei dorośli często są już tak zasklepieni w swoich traumach, że podsuwane przez dziewczynkę konkluzje wydają im się nie do przyjęcia. Maszeńka wydaje się dowodzić, że możliwe jest proste życie bez trudnych wyborów, Kordula i ojciec wydają się z trudem dojrzewać do przyjęcia takiego punktu widzenia.

Tak czy inaczej jednak, choć może „Serce, serduszko” ma wyraźnie wyczuwalną nutę goryczy, wraz z innymi filmami Kolskiego trafi do kanonu polskiego kina. Na pewno jest to jedna z ciekawszych jesiennych propozycji w naszych kinach.

niedziela, 30 listopad 2014 15:07

AMATORZY W ZWIERCIADLE

Napisane przez

W dniach 6-7 grudnia br. w ostrołęckim kinie „Jantar” ruszy 16. edycja Festiwalu Filmów Amatorskich „Filmowe Zwierciadła”.

„Małe filmy na wielkim ekranie, cudeńka tworzone przez amatorów z pasji i dla pasji. Tylko na festiwalu filmów amatorskich zobaczycie taką różnorodność tematów, gatunków i realiów. Filmowe Zwierciadła prezentują cały horyzont Filmowej Polski Amatorskiej, nie omijając niczego” – tak reklamują imprezę jej autorzy.

Organizatorami Festiwalu są Ostrołęckie Centrum Kultury, Amatorski Klub Filmowy Jantar oraz ostrołęckie Kino Jantar. Dwie pierwsze edycje festiwalu były jeszcze przeglądem dzieł wyróżnianych na innych festiwalach. Po rocznej przerwie (w 2000 r.) Festiwal Filmów Amatorskich wrócił już w nowej formule: jako impreza, na którą można dowolnie zgłaszać własne obrazy, a festiwalowe jury dokonuje wyboru i nagradza najlepsze w swoim uznaniu filmy.

W chwili zamknięcia tego wydania Magazynu Samorządowego GMINA, program festiwalu nie został jeszcze ogłoszony. Można jednak oczekiwać, że nie będzie mniej atrakcyjny niż w zeszłym roku – kiedy to widzowie mogli zobaczyć 33 stworzone przez pasjonatów X muzy dzieła. – Obrady były dość długie. Nie będę ukrywał, że mieliśmy pewien problem, a że byliśmy zobligowani do wyboru jednego filmu, który miał dostać Grand Prix, zajęło nam to chwilkę – mówił jeden z jurorów ubiegłorocznej imprezy, Hubert Gotkowski. Jak podkreślał, na festiwalu znalazło się wiele filmów dokumentalnych, co też sygnalizuje kierunek, w którym idzie również polskie kino tworzone przez artystów i filmowców-amatorów. – Po długich negocjacjach postanowiliśmy przyznać nagrodę dla filmu fabularnego, można tak powiedzieć. I trzy równorzędne nagrody dla filmów dokumentalnych, które naprawdę trzymają tu bardzo wysoki poziom – dodawał Gotkowski.

Skądinąd, juror ten jest jednym z najbardziej znanych w Polsce twórców kina offowego – nurtu, w którym odnajdują się produkcje niezależne, niekomercyjne, czasami dzieła o charakterze całkowicie amatorskim. Z reguły chodzi o filmy niskobudżetowe, które warsztatowo mogą uchodzić za niedoskonałe, za to z perspektywy artystycznej pozwalają twórcy na przekazanie wiernej wizji. Trend ten zapoczątkowali w Polsce m.in. Józef Robakowski, twórcy z Zespołu Filmowego TORPEDA, Zespołu Fimowego Skurcz oraz Jerzy Jernas z niezależnej grupy twórczej GARAŻ-film. Co ciekawe, w tym nurcie możemy odnaleźć też twórców związanych z niegdysiejszymi klubami filmowymi i stowarzyszeniami, które funkcjonowały w PRL przy domach kultury. Wiele z nich przetrwało ćwierćwiecze przemian ustrojowych i wtopiło się w nurt kina offowego.

Festiwal w Ostrołęce z roku na rok będzie zyskiwał na znaczeniu – tym bardziej, że technologiczna rewolucja, która dokonała się na rynku sprzętu i oprogramowania, dotarła i do środowisk nieprofesjonalnych pasjonatów kina. A oni chętnie do Ostrołęki zaglądają. – Przez te dwa dni ostrołęckie kino zamienia się w prawdziwą świątynię kina niezależnego – mówił na zakończenie ubiegłorocznej imprezy dyrektor kina „Jantar”, Bogdan Piątkowski. – Wszystkim serdecznie dziękuję za to, że robicie to, co robicie, że zajmujecie się tego rodzaju dziedziną, jak film. Bardzo się cieszę, że macie ochotę przysyłać swoje filmy do Ostrołęki – dodawał.

niedziela, 30 listopad 2014 15:06

KRÓTKO I NA TEMAT (REKLAMY)

Napisane przez

Już 24 listopada – jednocześnie w Warszawie i w Gdańsku – ruszy kolejna edycja Europejskiego Festiwalu Fabuły, Dokumentu i Reklamy „Euroshorts”. Festiwal potrwa do końca listopada, a następnie ruszy w trasę przez Polskę. Będzie to nasze 23. Spotkanie z filmami krótkometrażowymi i twórczą reklamą.

Zaczęło się przeszło dwie dekady temu – od prezentacji filmów reklamowych w stołecznej Galerii Zachęta w 1992 r. Rynek reklamy wówczas w Polsce raczkował, nic więc dziwnego, że pierwsi specjaliści – i miłośnicy reklamówek z prawdziwego zdarzenia – przyjęli narodziny Euroshorts niczym święto. Z czasem przegląd stał się jedną z najważniejszych tego typu imprez w Europie, narzędziem wsparcia dla młodych filmowców z całego świata. Dlatego Euroshorts to przede wszystkim międzynarodowy konkurs, organizowany w czterech kategoriach: film fabularny, dokumentalny, eksperymentalny i animowany. Fundatorami nagród są Prezydent Miasta Gdańsk oraz Marszałek Województwa Pomorskiego.

Istotną funkcją edukacyjną festiwalu Euroshorts jest możliwość obejrzenia najważniejszych bieżących dokonań twórców filmów reklamowych zza Atlantyku. Specyfiką tamtejszego – czy przede wszystkim tamtejszego – rynku reklamowego jest tworzenie ambitnych, przyciągających uwagę filmów, które dalece odbiegają od standardów reklamy, jakie znamy z Polski. Zarówno formą prezentacji, jak poziomem złożoności skojarzeń. W ramach eksperymentów po formułę filmu reklamowego sięgają znani reżyserzy, a w ich dziełkach grają gwiazdy z najwyższej półki. Wystarczy wspomnieć serię ośmiu kapitalnych filmów (blisko dziesięć minut każdy), jakie zrealizowano dla koncernu motoryzacyjnego BMW. We wszystkich zagrał Clive Owen – a partnerowali mu m.in. Madonna, Gary Oldman, Danny Trejo, Adriana Lima czy Mickey Rourke.

To, co zobaczymy przy okazji Euroshorts, to „taśma” Amerykański Film Reklamowy 2014: esencja najważniejszych dokonań artystycznych ostatnich miesięcy, pod którymi podpisali się amerykańscy twórcy. W przygotowanym we współpracy z nowojorskim Muzeum Sztuki Współczesnej przeglądzie znajdziemy m.in. „Epicki szpagat” – czyli popularną na całym świecie reklamę ciężarówek Volvo z udziałem niegdysiejszego gwiazdora kina akcji, Jean Claude’a Van Damme’a. Film został przygotowany przez agencję Forsman & Bodenfors i wyreżyserowany przez Andreasa Nilssona z Folke Film. Ale to nie jedyny mocny punkt „taśmy”: będziemy mieli też szansę zobaczyć kampanię Old Spice, złożoną z trzech reklam (Ciągły prysznic, Arbuz i Architekt), w reżyserii Steve’a Rogersa, wyprodukowaną przez studia Biscuit Filmworks i Revolvera dla agencji Wieden+Kennedy; a wreszcie – wyróżniony przez kuratora film „Spójrz do wnętrza: Mick Ebeling” (zamówienia firmy Intel) przygotowany przez agencję Venables Bell & Partners, w reżyserii Micka Ebelinga and Lucy Walker.

Ponadto organizatorzy tegorocznego Euroshorts oferują widzom możliwość spotkania się z autorami, skorzystania z warsztatów adresowanych zarówno do dzieci, jak i osób dorosłych, uczestniczenia w festiwalowych imprezach muzycznych. Co ważne, za wstęp na większość premierowych imprez nie trzeba będzie płacić. Wkrótce po końcu imprezy festiwal ruszy też w trasę objazdową po Polsce: Euroshorts odwiedzi w pierwszej kolejności Katowice, Koszalin i Zieloną Górę; zajrzy do kin, galerii, domów kultury i bibliotek. Tak naprawdę zatem Euroshorts skończy się dopiero w czerwcu 2015 r.

niedziela, 30 listopad 2014 15:06

BOSKA BIOGRAFIA

Napisane przez

„Bogowie” być może nie przebiją spektakularnością – i frekwencyjnym sukcesem – kilku tegorocznych superprodukcji polskiego kina. Niewątpliwie jednak, to jeden z najlepszych polskich filmów, jakie w tym roku zobaczyliśmy.

– Przed obejrzeniem filmu „Bogowie” miałam obawy, że zgodnie z naszym zwyczajem prostą historię twórcy będą przekombinowywać, siląc się na zbędną symbolikę, by nikt nie zarzucił im płytkości lub braku pomysłowości – pisała recenzentka tabloidu „Fakt”, gazety, która rzadko sili się na zachwyty. – Zobaczyłam świetnie skonstruowaną historię z pełnokrwistymi bohaterami. Uśmiałam się setnie i wzruszyłam – dorzuca jednak. A to tylko jeden z głosów w chórze pochwał, jaki rozbrzmiał po premierze filmowej biografii profesora Zbigniewa Religi.

„Świetnie opowiedziana historia o upartym człowieku, który zmienił nie tylko Polskę i Polaków, ale i świat” – czytamy w „Polityce”. „Film dostarcza widzom szeroką gamę emocji. Trochę wzrusza czasami, jak każda ciekawsza biografia, przyprawia chwilami o łzę w oku, jak każdy lepszy dramat, ale też bawi, w niektórych momentach wręcz do rozpuku – to ostatnie głównie za sprawą znakomitych dialogów” – podkreślała autorka blogu na stronach „Newsweeka”. Ba, polską produkcję zauważyli też Brytyjczycy z „The Guardian”. „Film jest zrealizowany nieco staromodnie, szczególnie pompatyczna orkiestra jako ścieżka dźwiękowa, ale dobrze opowiada fascynującą historię i potrafił uchwycić ten specyficzny czas i miejsce w historii medycyny” – można przeczytać na stronach tego prestiżowego dziennika z Wysp.

I rzeczywiście, w polskim kinie rzadko zdarza się film – nie mówiąc już o tym, że biograficzny – który tak rozkładałby się akcenty. Biografia to w jego przypadku słowo nieprecyzyjne: opowiadana historia rozgrywa się w latach 1983-86 i pokazuje tylko kluczowy moment w życiu Religi. Ale za to pokazuje go bez nadmiernej pompy, w naturalny sposób, okraszając dokonania słynnego polskiego kardiochirurga stekami przekleństw, szklankami wódki i nieustannie unoszącymi się smugami papierosowego dymu. Tomasz Kot doskonale odnalazł się w tej roli. Choć twórcy filmu drobiazgowo odtworzyli realia epoki, nie mamy tu też tej wielkiej politycznej historii, która zakrada się do licznych obrazów z akcją osadzoną przed 1989 rokiem. Bohater filmu wraca co prawda do ojczyzny z zagranicznego stażu i siłą rzeczy zdarza się z realiami ówczesnych układów rządzących krajem – ale jego wysiłki krążą wokół tego, jak w przaśnych warunkach kliniki stworzyć ośrodek kardiochirurgii z dokonaniami na miarę świata. Ratuje ludzi, a nie Polskę.

Dla wielu to zupełnie nowe podejście. „W pierwszej kolejności na film wysłałbym swojego nauczyciela biologii z liceum. Najchętniej pytał pierwszoroczniaków nie o pantofelka, czy mitochondria, lecz o jedyne zwycięskie polskie powstanie. Kto wiedział, że chodzi o Powstanie Wielkopolskie, dostawał dużego plusa. Profesor zwykł potem wygłaszać mowę, że niewiele osób o tym powstaniu pamięta, bo ono takie niepolskie – zakończone zwycięstwem” – komentował film, nie bez racji, jeden z widzów.

– Kto by pomyślał, że film o kardiologii w Polsce może być tak dobry. Ale „Bogowie” to utrzymana w szybkim tempie opera mydlana, trochę jak „Ostry Dyżur” i „Grey's Anatomy”, ale umiejscowiona w latach 80., co dodaje im trochę kiczu z epoki Żelaznej Kurtyny – wyzłośliwiał się „The Guardian”. Oby takich oper mydlanych więcej, można odrzec.

niedziela, 30 listopad 2014 14:57

PRZEWRÓT PO REWOLUCJI

Napisane przez

W całym kraju powstaje kilkadziesiąt tysięcy kilometrów szerokopasmowych sieci, mających zapewnić wszystkim Polakom dostęp do sieci. Ba, projekt realizowany na Mazowszu uchodzi za najambitniejszy w Europie pod względem skali. Problem leży jednak gdzie indziej: internet „z kabla” w najbardziej rozwiniętych krajach zaczyna uchodzić za rozwiązanie przestarzałe. Na tapecie są rozwiązania, które pozwolą łączyć się z siecią bezprzewodowo, z każdego miejsca, za darmo.

- Bez podnoszenia naszych zdolności informatycznych nie będziemy konkurencyjni – podkreślał pod koniec września nowy minister administracji i cyfryzacji, Andrzej Halicki. – To nie jest tylko kwestia edukacji w szkołach. Na pewno bardzo ważnym elementem jest kształcenie specjalistów, ale szkolnictwo wyższe, szkoły techniczne powinny mieć wsparcie, żeby ludzie nie szukali pracy za granicą, tylko żeby mogli być zagospodarowani tu u nas w kraju, by mieli możliwość dobrego startu w zawodowe życie – dodawał. Wśród swoich priorytetów wymienił m.in. Narodowy Plan Szerokopasmowy, zapowiadając też analizę występujących dotychczas opóźnień w jego realizacji.

Trudno się z tym nie zgodzić: nowoczesna gospodarka opiera się dziś w sporej mierze na obecności w sieci. Do internetu przenoszą się całe branże, konsumenci robią tam coraz większe zakupy, coraz większej palety produktów. Na rynek zaczyna wchodzić pokolenie przyrośnięte – niemalże – do swoich urządzeń mobilnych. Odcięcie od sieci oznacza dla przedsiębiorców znacznie większe ryzyko plajty, a odcięcie od sieci mieszkańców – brak dostępu do informacji, zarówno tej klasycznie rozumianej, jak i tej potrzebnej im jako konsumentom (nie mówiąc już o przyszłości e-administracji).

Na szczęście, ostatnie lata to marsz w stronę społeczeństwa informatycznego. Z danych Głównego Urzędu Statystycznego na 2014 rok wynika, że w niemal 10 milionów gospodarstw domowych w kraju (77 proc.) stoi już komputer, a niewiele mniej – 74 proc. – jest już podłączonych w ten czy inny sposób do internetu – innymi słowy trzech na czterech Polaków może korzystać z możliwości, jakie tworzy sieć. Oczywiście, w Polsce występują pod tym względem różnice geograficzne – najwięcej gospodarstw domowych z komputerami oraz z podłączeniem do internetu jest na Pomorzu (odpowiednio 85,4 proc. i 83,1 proc.), najmniej komputerów w domach znajdziemy w Lubuskiem (70 proc.). Mimo to eksperci podkreślają, że dysproporcje regionalne powoli się zacierają.

Nieco gorzej z, nazwijmy to, różnicami „jakościowymi” – przez co możemy rozumieć sposób wykorzystania internetu na co dzień oraz paletę urządzeń, które są do sieci podłączone. W biedniejszych regionach, czy mniejszych ośrodkach, mieszkańcy nierzadko rezygnują z dostępu do sieci lub używają jej do najprostszych zadań: odbierania poczty elektronicznej, ewentualnie dokonania zakupów w którymś z najbardziej znanych serwisów. Barierą bywa wiek – niewątpliwie, starsze pokolenie podchodzi do sieci z większą nieufnością, odstraszają zarówno techniczne ograniczenia i konieczność nabycia nowych kompetencji, jak i wylewający się z sieci potok treści tworzonych przez internetowych „trolli” czy „haterów”, pornografia, zacietrzewienie twórców części blogów czy serwisów informacyjnych, duża ilość treści obscenicznych. Mimo to dane GUS nie pozostawiają wątpliwości: rewolucja internetowa może być pełzająca, ale jest nieuchronna.

Z autostrady w drogę gminną

Na początku listopada polsko-koreańskie Konsorcjum Firm KT podsumowało postępy prac nad projektem Internet dla Mazowsza (IDM). Z informacji mazowieckiego urzędu marszałkowskiego wynika, że do końca października wykonano już 40 proc. prac budowlanych i projektowych, a do końca roku – jeśli nie nastąpią nieprzewidziane opóźnienia – zrealizowane będzie 60 proc. inwestycji (prace projektowane mają zostać zrealizowane w 99 proc.). Zakończenie przewiduje się na październik przyszłego roku.

Imponujące tempo, ale też imponujący projekt. Opiera się on na planie wybudowania na terenie Mazowsza światłowodowej sieci szkieletowo-dystrybucyjnej, od której poszczególni operatorzy mogliby przeprowadzić własne „kable” do indywidualnych gospodarstw domowych. To łącznie 3680 km sieci, z 42 węzłami szkieletowymi, 4 – technicznymi oraz 308 – dystrybucyjnymi. – Na Mazowszu wiele miejscowości jest wciąż pozbawionych dostępu do szybkiego, szerokopasmowego internetu – tłumaczył założenia IDM w rozmowie z Portalem Samorządowym marszałek Mazowsza, Adam Struzik. – Chcemy wyeliminować białe plamy i stworzyć wszystkim mieszkańcom równe szanse w dostępie do internetu – dodał.

Nie ujmując niczego realizowanemu na Mazowszu projektowi – to jedynie wycinek ogólnokrajowego zrywu cyfryzacyjnego. W Polsce buduje się obecnie kilkadziesiąt tysięcy kilometrów sieci szerokopasmowych, w olbrzymiej mierze jeszcze w oparciu o fundusze unijne z perspektywy finansowej na lata 2007-2013. W większości prace te mają dobiec końca w przyszłym roku. Przykładowo, we wspomnianym już województwie lubuskim – regionie, gdzie najrzadziej w Polsce trafimy na komputer w gospodarstwie domowym – do tej pory zbudowano 1449 km sieci szerokopasmowych za 152 mln złotych. Niemal tyle samo (156 mln zł) wydały władze województwa pomorskiego na wybudowanie 1818 km sieci – a w sumie całość przedsięwzięcia zamknie się w przeszło 2100 km kabli.

Dorzućmy do tego projekty realizowane w Wielkopolsce – tam, za 410 mln złotych, powstanie okablowanie łącznej długości 4,5 kilometrów (w sumie więcej niż na Mazowszu, choć w rozbiciu na kilka projektów). W Małopolsce inwestycja warta 193 mln złotych ma zaowocować siecią długości 2,9 tys. kilometrów. Na Dolnym Śląsku znajdziemy jeszcze kolejne 1,8 tysiąca kilometrów świeżo położonego kabla (215 mln złotych), w Łódzkiem – 1,2 tys. km, na Zachodnim Pomorzu skromniej: 655 kilometrów sieci szerokopasmowej (za 116 mln zł). Listę mogłoby zamknąć województwo kujawsko-pomorskie, z 71 km sieci, budowanej za 55 mln złotych. Tak czy inaczej, jak widać, w projekty wpompowano już miliardy złotych – i to wcale nie musi być koniec.

W powszechnym opisie sieci szkieletowe porównuje się tu do autostrad, od których „drogi lokalne” (w żargonie specjalistycznym nazywane „last mile”, „ostatnią milą”), czyli poszczególne przyłącza, budować będą już dostawcy usług internetowych – jak w opisanym wyżej przypadku Mazowsza. Jednak powstanie autostrad nie oznacza automatycznie, że znikną wszystkie „białe plamy” z oświadczenia marszałka Struzika. Mogą się bowiem pojawić miejsca na tyle odosobnione i słabo zaludnione, że lokalni operatorzy (czy dostawcy usług) uznają, że „przyłączanie” takich gospodarstw jest ekonomicznie nieuzasadnione. Na takie sytuacje Ministerstwo Administracji i Cyfryzacji chce wyasygnować miliard euro w ramach pierwszej osi projektowanego Programu Operacyjnego Polska Cyfrowa.

Internet emitowany z drona

Pytanie tylko, czy ta rewolucja nie następuje zbyt późno. – W ramach naszych prac nad połączeniem całego świata z internetem, pracujemy nad sposobami emitowania sygnału z nieba – ogłosił kilka miesięcy temu na swoim blogu Mark Zuckerberg, założyciel Facebooka. – W naszym Connectivity Lab powstają projekty budowy dronów, satelitów i laserów, które pozwoliłyby dostarczyć internet każdemu człowiekowi na globie – zapowiadał buńczucznie.

Teoretycznie, można byłoby bajania młodego miliardera między bajki włożyć – gdyby nie fakt, że za wspomnianym Connectivity Lab stoją mózgi byłych ekspertów NASA Jet Propulsion Lab czy Ames Research Center, a więc renomowanych laboratoriów badawczych, w których powstała niejedna „kosmiczna” technologia. Jeden z szefów prowadzonego w Connectivity Lab projektu twierdzi, że założenie opiera się na skonstruowaniu dronów wielkości samolotów pasażerskich, które wzbiłyby się ponad ziemską atmosferę i pozostawały tam miesiącami, zasilane energią słoneczną. Pierwsze próbne loty mają odbyć się już w przyszłym roku. I jeśli ktoś chce podważać determinację i możliwości Facebooka w tym zakresie – może być zaskoczony. Tylko na przejęcie popularnego komunikatora internetowego WhatsApp firma wydała znacznie więcej niż Polska zainwestowała w sieci szerokopasmowe: przeszło 19 miliardów dolarów.

Oczywiście, bezprzewodowy internet a la Facebook może być odległą przyszłością, ale sama koncepcja darmowego „pokrycia” przestrzeni publicznej bezprzewodowym internetem – jest teraźniejszością. Co więcej, metropolie światowe zaczynają się prześcigać w dostarczaniu mieszkańcom i turystom coraz większych możliwości w tym zakresie. W zestawieniu miast, które w tej dziedzinie poszły najdalej znajdziemy, rzecz jasna, gigantów: Paryż, Nowy Jork, Hong Kong. Ale są też i mniejsze ośrodki – takie jak Helsinki, australijskie Perth, Makau, Florencja czy Tel Awiw. Może warto właśnie tam poszukać odpowiedzi, jak w przyszłości będzie wyglądać dostęp do internetu i czego zapewne oczekiwać będą mieszkańcy w nadchodzących latach?

Inna sprawa, że „Polacy nie gęsi” – np. w gminie Drezdenko od półtora roku przeszło dwie trzecie mieszkańców ma dostęp do bezprzewodowej – i bezpłatnej – sieci Wi-Fi. Jedynym utrudnieniem była konieczność ponownego logowania się do sieci po godzinie użytkowania. – Taka konfiguracja wynika z regulacji Urzędu Komunikacji Elektronicznej – tłumaczył, gdy uruchomiano sieć, Bartłomiej Głogowiec z Urzędu Miasta. Na projekt ten ratusz wydał 3,2 mln złotych – i w całości były to fundusze uzyskane z funduszy unijnych.

O tym, że publiczne sieci hot-spotów – punktów dostępu – nie muszą być domeną wielkich miast, przekonują również inne przykłady: Piaseczno, Puck, Włoszczowa, Mrozy, Kock. Inny sposób znalazły władze województw pomorskiego i warmińsko-mazurskiego, które inwestują w wyposażone w bezprzewodowy internet wagony kolejowe, licząc, że w nowej perspektywie finansowej UE (w której jednym z priorytetów jest rozbudowa m.in. infrastruktury kolejowej) będzie znacznie łatwiej sfinansować takie inwestycje.

Tak czy inaczej, właśnie nowe rozdanie unijnych środków może sprzyjać podobnym inwestycjom. Warto się im przyglądać, choćby z tego względu, że to nieunikniona przyszłość. A im szybciej zaczniemy drugą, tym razem bezprzewodową, rewolucję – tym lepiej.

niedziela, 30 listopad 2014 14:57

ROZWAŻANIA WYBORCZE

Napisane przez

Listopad to miesiąc, w którym trudno nie odnieść się do zagadnienia wyborów samorządowych. Przy czym chciałbym dziś przede wszystkim podzielić się tym, co przy okazji tegorocznej kampanii wyborczej mnie irytuje.

W szczególności  nie odpowiada mi tendencja do popadania w skrajności. Z jednej strony spotykamy przesadną własną promocję samorządowych włodarzy. Z drugiej, propozycje systemowych rozwiązań ograniczających możliwość wieloletniego kierowania samorządami. Odnieść można wrażenie, że niektórzy lokalni politycy nie potrafią podchodzić do działalności samorządowej w sposób merytoryczny i wyważony, bez przekraczania granicy przyzwoitości.

O inwestycjach i kiełbasie

Za naturalne przyjmujemy dziś fakt, że większość planowanych przez samorządy przedsięwzięć ma swój finał w roku wyborczym. Jest to poniekąd uzasadnione procesem inwestycyjnym. Wiadomo, że inwestycje należy zaplanować, zdobyć fundusze, zaprojektować oraz zrealizować. Większości  przedsięwzięć nie da się zrealizować w okresie roku czy dwóch. Szczególnie tam, gdzie można spotkać bogate walory środowiskowe. Tak więc przyzwyczailiśmy się, że w okresie przedwyborczym w coraz to kolejnych zakątkach kraju przecinane są wstęgi, następują przemowy, zapraszane są media. Ale trudno mi przejść do porządku, gdy spotykam się z bezwzględnym wykorzystywaniem samorządowych pieniędzy bezpośrednio do prowadzenia kampanii wyborczej przez piastujących urząd samorządowców.

W pewnej bardzo malowniczej gminie, niecałe dwa tygodnie przed datą wyborów samorządowych, w skrzynkach pocztowych mieszkańców pojawiło się przygotowane „na bogato”, kolorowe wydawnictwo mające na celu poinformowanie wyborców o sukcesach odniesionych w ramach działalności samorządowej w ostatnich czterech latach. W tym dość obszernym wydawnictwie nie brakuje zdjęć i opisów zrealizowanych inwestycji, programów i innych przedsięwzięć. Oczywiście, głównym bohaterem większości zagadnień poruszanych w jego treści jest dotychczasowy wójt i jego najbliżsi współpracownicy. Porażek nasi bohaterscy samorządowcy, oczywiście, nie ponieśli żadnych, jeśli skupimy się wyłącznie na otrzymanym w prezencie wydawnictwie. A jeżeli coś nie wyszło, to przecież oczywiste, winne jest otoczenie zewnętrzne.

Niestety, co trzeba stwierdzić, przypadek wspomnianej gminy nie jest odosobniony. Na wszystkich szczeblach samorządu przedstawiciele władz w ramach swoich budżetów mają zaplanowane środki na promocję. Promocję gminy, powiatu czy województwa. W kontekście tych wydatków należy zastanowić się nad jedną z najważniejszych zasad, o których należy pamiętać, gdy prowadzimy gospodarkę środkami publicznymi. Myślę w tym miejscu o zasadzie celowości wydatkowania środków publicznych, która obok zasady oszczędności stanowić powinna fundament podejmowania decyzji w sprawie kierunków oraz metod stosowanych przy wydatkowaniu publicznego grosza.

Celowość wydatkowania środków publicznych należy rozumieć bardzo ściśle, to nie celowość rozumiana uniwersalnie. To zasada uwarunkowana funkcją, czy należało by rzec – misją sektora publicznego. A ta związana jest ściśle z zabezpieczeniem interesu publicznego. Przy czym interes publiczny nie może być rozumiany instytucjonalnie. Co oznacza, że sam fakt wydatkowania środków publicznych przez instytucję publiczną nie oznacza, iż niejako z definicji realizowane jest zaspakajanie potrzeb publicznych. A tym samym – nie oznacza realizacji zasady celowości w rozumieniu zasad obowiązujących na gruncie sektora publicznego.

O koparce i reklamie

Pozwolę sobie przytoczyć historię opowiedzianą mi przez pewnego doświadczonego finansistę, który jako członek komisji w sprawie naruszenia dyscypliny finansów publicznych w latach 90. ubiegłego stulecia zetknął się z przypadkiem, gdy wójt gminy kupił za pieniądze publiczne koparkę. Można zapytać, po co gminie – a raczej wójtowi gminy – koparka. Otóż brat wójta miał firmę budowlaną i okazało się, że koparka była mu potrzebna do realizacji kolejnego zlecenia.

Czy w tym przypadku można mówić o celowości zakupu? Patrząc z perspektywy celowości ocenianej według uniwersalnych kryteriów odpowiedź brzmi: tak. To był celowy zakup. Trudno bowiem nie pomóc bratu w potrzebie. Tyle, że jeśli przyglądniemy się temu incydentowi z punktu widzenia celowości w rozumieniu zasad zawartych w przepisach o finansach publicznych, to o celowości wydatku raczej nie ma mowy. Oczywiście, w tej konkretnej sprawie więcej do powiedzenia miał zapewne prokurator niż komisja orzekająca o naruszeniu dyscypliny finansów publicznych.

Ale wracając do realiów wyborczych i dokonywania wydatków promocyjnych – chciałbym zadeklarować, że nie jestem przeciwnikiem prowadzenia działalności promocyjnej przez samorządy. Jednak w mojej ocenie promocja gminy, powiatu czy regionu ma sens wówczas, kiedy jest kierowana do odbiorcy zewnętrznego. Kiedy w ogólnopolskiej telewizji oglądam spoty przygotowane przez województwo świętokrzyskie czy dolnośląskie, to zdaję sobie sprawę, że celem takich działań jest pokazanie walorów tych regionów potencjalnemu klientowi, który jako turysta albo nawet przedsiębiorca, zdecyduje się je odwiedzić i zostawić trochę, a może i trochę więcej, swoich pieniędzy. Regiony czy duże miasta reklamują się także w mediach ogólnoświatowych. I taki rodzaj reklamy uważam za uzasadniony i godny polecenia.

Zupełnie jednak nie broni się z punktu widzenia zasady celowości określonej w przepisach o finansach publicznych reklama wewnętrzna. A wiec wydatkowanie środków na działania, które maja na celu przekonanie mieszkańców województwa do walorów regionu, w którym mają przyjemność mieszkać. Podobnie rzecz wygląda w przypadku powiatu czy gminy. Ten rodzaj działań tak naprawdę nie ma na celu promocji gminy, powiatu czy województwa. Ten rodzaj reklamy służy promocji wójta czy zarządu jednostki samorządu terytorialnego. Co, podobnie jak w przypadku wspomnianego zakupu koparki, należy uznać za działanie celowe. Ale z realizacją celu – w rozumieniu przepisów o finansach publicznych – nie ma nic wspólnego.

O stanowiskach i kulturze

W przypadku wydawnictwa przygotowanego przez wójta wspomnianej gminy i dostarczonego w przeddzień wyborów samorządowych do mieszkańców gminy za pieniądze podatników (mieszkańców gminy), pozostaje duży niesmak. Wiele obdarowanych osób zapewne bez przeczytania wrzuciło to wydawnictwo do kosza. Miejmy nadzieję, że przynajmniej do pojemnika na odpady segregowane, bo to by oznaczało, że gmina chociaż w zakresie gospodarki odpadami odniosła rzeczywisty sukces.

Jednakże mój sprzeciw budzi nie tylko wykorzystywanie przez samorządowców swojej dotychczasowej funkcji przy okazji wyborów. Również osoby starające się o pierwszą elekcję nie unikają metod ocenianych przeze mnie negatywnie. Mam spory niesmak po zapoznaniu się z programem proponowanym przez kandydata na wójta, który zamiast skupić się na propozycji programowej, odwołuje się do opinii tzw. autorytetów sugerujących konieczność zmian w zasadach wyborczych. Chodzi konkretnie o ograniczenie możliwości piastowania funkcji wójta, burmistrza czy prezydenta miasta przez maksymalnie dwie kadencje. Wśród wspomnianych autorytetów spotykamy parlamentarzystów reprezentujących tę samą opcję polityczną co wspomniany kandydat na wójta.

Z jednej strony mamy do czynienia z osobą, która być może ma niewiele do zaoferowania i szuka ideologii pozwalającej przekonać wyborców do tego, że dotychczasowy włodarz gminy już się „narządził”. Z drugiej strony, w mojej ocenie, na przypadek spojrzeć należy jako na kolejną próbę zwiększenia stopnia upolitycznienia samorządów na poziomie lokalnym. Ustawowe ograniczenie kadencyjności samorządowców jest niczym innym, jak odbieraniem mieszkańcom samorządów prawa do decydowania, kto ma jednostką samorządu zarządzać. Jest uznaniem, że większe predyspozycje do decydowania o tym, kto ma rządzić w gminie, ma większość parlamentarna niż członkowie danej społeczności samorządowej. To, mówiąc otwartym tekstem, założenie, że mieszkańcy sami nie potrafią zdecydować, kto z ich przedstawicieli może lepiej zarządzać wspólnotą.

Znam wielu samorządowców, którzy od wielu lat kierują gminami. Stabilizacja w mniejszym stopniu dotyczy powiatów i województw, choć i tu spotkać można wyjątki. I w żadnym wypadku nie uważam, że fakt wieloletniego kierowania gminą jest równoznaczny z utratą rzeczywistej oceny sytuacji gminy, czy – tym bardziej – utraty wizji rozwoju jednostki. Można zadać pytanie, czy rutyna jest gorsza od braku kompetencji czy doświadczenia?

Przyglądając się od wielu lat samorządom zauważyłem pewną tendencję w kilku gminach, w których poprzednio przez wiele lat nie zmieniały się władze. Zmiennicy utrzymywali się tylko jedną kadencję. To być może przypadek. Jednakże pokazuje, że to, co wielu osobom z zewnątrz wydaje się proste i oczywiste, po objęciu stanowiska wójta czy burmistrza zaczyna przerastać możliwości danej osoby. Czy tak jest w rzeczywistości, mogą jednak ocenić ci, którzy dokonują wyborów. W związku z tym politycy różnych opcji nie powinni ograniczać prawa do decydowania mieszkańcom wspólnot samorządowych.

Miejmy też nadzieję, że kultura walki o władzę i jej sprawowania będzie się poprawiać. Że przy  kolejnych wyborach samorządowych podobne rozważania nie będą miały racji bytu. Że z jednej strony nie spotkamy się z działaniami władz bezwzględnie wykorzystującymi swoją pozycję i będące w dyspozycji środki publiczne. Z drugiej, kandydaci na stanowiska posługiwać się będą programami, a nie polityczną retoryką. Bo każdy z przedstawionych przypadków wykracza w mojej ocenie poza  podstawowe zasady przyzwoitości.

niedziela, 30 listopad 2014 14:56

REPRYWATYZACJA REAKTYWACJA

Napisane przez

Samorządy borykają się z reprywatyzacją od dwóch dekad – bezskutecznie. Choć zarówno duże, jak i małe JST muszą zmierzyć się z problemem, choćby raz na jakiś czas, ustawowe rozwiązania wciąż są odległe. Niewiele wskazuje na to, by sprawę udało załatwić się w tej kadencji Sejmu, a i następny nie weźmie się do niej od razu. Innymi słowy, z reprywatyzacją – mimo, że temat pojawił się w ostatniej kampanii wyborczej – borykać będziemy się co najmniej kolejne dwa, trzy lata.

Wbrew nazwie, w położonych w gminie Pilawa Trąbkach zlokalizowana była niegdyś jedna z najstarszych na Mazowszu – a może i w całej Polsce – hut szkła. W drugiej połowie lat 40., na mocy prowadzonej wszelkimi metodami nacjonalizacji, Trąbki odebrano właścicielom. Ich następcy prawni powrócili jednak po 1989 roku: poza kupionymi uprzednio zabudowaniami starej huty firma Przemysł Szklany w Polsce SA odzyskała 40 ha dawnych gruntów huty.

Problem w tym, że na tym obszarze znalazły się też gminne zabudowania, m.in. szkoła i boisko. Obie strony doszły w końcu w tej sprawie do porozumienia – gmina Pilawa odkupuje je za półtora miliona złotych. Co prawda, przekracza to jej możliwości finansowe, ale spłata została rozłożona o dwa lata, a dodatkowo Przemysł Szklany w Polsce zrezygnował z wynagrodzenia za bezumowne korzystanie ze zwróconych nieruchomości, a od kwoty potrącony został podatek.

Z potencjalnego sporu udało się zatem wybrnąć względnie bezkolizyjnie, przypadek warty studiowania w innych miejscowościach w kraju – można by rzec. Rzeczywistość nie jest jednak tak prosta i oczywista. – Straciliśmy świetlicę, niepewne były losy szkoły. Przez długi czas nie było się gdzie spotykać – skarżyli się kilka miesięcy temu mieszkańcy Trąbek. – Kolejne inicjatywy zaczęły zamierać – podkreślają, wskazując, że konflikt przyczynił się do obniżenia atrakcyjności miejscowości, przede wszystkim dla ludzi, którzy w niej mieszkają.

Moje sztuczki przestają działać

Przerażające, ale analogiczna sytuacja powtarza się w dziesiątkach gmin w całej Polsce. Nie tak dawno stacja TVN pokazała choćby materiał zrealizowany w podwarszawskich Michałowicach, gdzie niepewny jest los nie tylko jednej z miejscowych szkół, ale też przedszkola i osiedla mieszkaniowego. W małych miejscowościach problem ma zresztą charakter kluczowy: lokalne budżety rzadko kiedy są w stanie znieść konieczność odkupienia od odzyskujących majątek dawnych właścicieli (lub ich następców) obiektów służących dziś za instytucje publiczne – szkoły, domy kultury, biblioteki, obiekty sportowe. A najczęściej chodzi o jedyną w okolicy instytucję tego rodzaju.

Ale nie mniej burzliwe są procesy reprywatyzacyjne w dużych miastach, czego najlepszym przykładem jest stolica – gdzie zresztą temat powrócił w kampanii najmocniej. Tam wręcz wykształcił się podział, tym mocniej wyeksponowany, że akurat trwała kampania, na broniących dobra publicznego urzędników i próbujących wydębić zwrot nieruchomości roszczących, odgrywających rolę „czarnych charakterów”. – Uprzedzam, że będzie gorzej. Od piętnastu lat jako urzędnik w Warszawie szukam sposobów, żeby nieruchomości ratować. Niestety, moje sztuczki przestają działać – mówił w opublikowanej na początku października rozmowie z „Gazetą Wyborczą” Marcin Bajko, szef Biura Gospodarki Nieruchomościami w warszawskim ratuszu. – Łatanina. Jesteśmy kompletnie osamotnieni, opuszczeni przez polityków i państwo, które chowa głowę w piasek. W sądach też jesteśmy bezbronni, bo według obecnej wykładni prawa w prywatne ręce może trafić właściwie wszystko. Niech pan wyjrzy przez okno: szkoła, park, jakiś placyk, kawałek trawnika. Ale czy za pięć lat to wszystko będzie publicznie dostępne – głowy nie dam – dodawał. W Warszawie liczba obiektów użyteczności publicznej, których dalszy los stoi pod znakiem zapytania, przekroczyła już setkę. Wszystkie należałoby oddać „w naturze”. W sumie chodzi prawdopodobnie o około dwa tysiące nieruchomości.

Nastąpiła swoista zamiana ról: posiadacze praw do znacjonalizowanych niegdyś niezgodnie z prawem nieruchomości nastają na dobro publiczne, natomiast państwo (czy w tym przypadku, samorządy) stało się jego obrońcą. O moralnych aspektach sprawy można by zatem długo dyskutować, ważniejszy w tej chwili jest aspekt praktyczny – i prawny – sporów. Paraliżują one działanie wielu jednostek. Stąd też pojawianie się inicjatyw takich, jak zapowiedziana na kilka dni przed wyborami przez Hannę Gronkiewicz-Waltz, próba przeforsowania „małej ustawy reprywatyzacyjnej”, regulującej np. rozszerzenie prawa pierwokupu nieruchomości przez samorząd lub Skarb Państwa. Inne rozwiązanie to tworzenie „mikroplanów zagospodarowania przestrzennego” – które obejmowałyby konkretne kontrowersyjne obiekty. Skuteczność takiego rozwiązania jest jednak kwestionowana przez ekspertów.

Podejmowanie inicjatyw - niewskazane

Sprawa wykroczyła zresztą poza łamy gazet: po Sejmie krążą projekty ustawy reprywatyzacyjnej (właściwie każda partia zapowiada własny), w burzliwych dyskusjach przypomina się obietnice rządu sprzed sześciu lat, a prezydent Gronkiewicz-Waltz miała w tej sprawie indagować premier Ewę Kopacz i prezydenta Bronisława Komorowskiego. Posłowie SLD zaproponowali ograniczenie rekompensat do 5 proc. wartości znacjonalizowanych nieruchomości, politycy innych partii przebąkują nawet o niższych pułapach procentowych. Trudno się spodziewać, żeby te propozycje budziły szczególny zachwyt składających roszczenia.

W tej atmosferze jedno wydaje się być jasne: w obecnej chwili nie ma możliwości wybrnięcia z sytuacji tak, by wilk był syty i owca cała. Pośrednio jasno podkreślił to wiceminister skarbu państwa Rafał Baniak. – To pytanie o realne możliwości budżetowe – stwierdził pod koniec października w sejmowym wystąpieniu. – Zgodnie ze stanowiskiem ministra finansów w związku z faktem, że Polska nadal objęta jest procedurą nadmiernego deficytu finansów publicznych, administracja zobowiązana jest do podejmowania wszelkich działań, które będą służyły obniżeniu wydatków sektora instytucji rządowych i samorządowych. Co za tym idzie, podejmowanie wszelkich inicjatyw administracyjnych nadmiernie zwiększających wydatki budżetu państwa oraz zobowiązania Skarbu Państwa należy w chwili obecnej uznać za niewskazane – uciął. Wszystko więc jasne, prawda?

Innymi słowy, należy się spodziewać, że w kolejnych latach sprawy będą się miały tak jak dotychczas: poszczególne, indywidualne decyzje podejmować będą sądy – najczęściej po myśli roszczeniodawców. Złagodzenie potencjalnych roszczeń i sposobu egzekucji wyroku będzie kwestią „dogadania” się obu stron sporu. Reprywatyzacja wciąż będzie miała charakter „dzikiej”, a próba przeforsowania jakichkolwiek rozwiązań ograniczających wysokość potencjalnych odszkodowań czy rekompensat zostanie zapewne uznana za „dekrety Bieruta bis”. W tej sytuacji zarówno samorządowcom, jak i osobom występującym z roszczeniami, można doradzać tylko cierpliwość i szukanie kompromisu. Cóż, łatwo powiedzieć.

niedziela, 30 listopad 2014 14:53

Powyborczy thriller z dalszym ciągiem

Napisane przez

Szesnastego listopada, w niedzielę, wśród wielu milionów Polaków oglądających telewizyjne „wieczory wyborcze” nie było chyba nikogo, kto zdołałby przewidzieć, co działo się będzie w następnych dniach. Nic w tym dziwnego, bowiem takiego scenariusza, który zaczął realizować się na naszych oczach, nie powstydziłby się żaden mistrz od filmowych thrillerów. Było narastające napięcie, były niepewności i nadzieje, nagłe zwroty akcji, były dramatyczne role pierwszoplanowych postaci i co ambitniejszych statystów, wreszcie pojawiły się także ofiary, a ściśle mówiąc, jedna, choć podobno mają być kolejne. Czasami robiło się śmiesznie, czasami straszno, czyli tak, jak na przyzwoity dreszczowiec przystało. Pytanie jednak, co to wszystko ma wspólnego z normalnymi, demokratycznymi wyborami, przeprowadzanymi w społeczeństwie obywatelskim, żyjącym w państwie prawa.

Nie podejmuję się odpowiadać na to pytanie, ponieważ w ostatnich dniach usiłował to robić każdy, kto uważa, iż ma coś do powiedzenia. Tyle tylko, że jak na razie nic z tego nie wynika, bowiem tak naprawdę wynikać nie może. Poza jednym – coś takiego nie miało prawa się wydarzyć. Proces wyborczy oraz sposób liczenia głosów muszą być tak organizowane, aby zarówno ich przebieg, jak i wyniki wyborów nie budziły najmniejszych wątpliwości, a tym bardziej nie stwarzały podstaw do jakichkolwiek podejrzeń. Trudno zaprzeczyć że to, co się dzieje obecnie na naszych oczach, u bardzo wielu Polaków poważne wątpliwości i podejrzenia budzi. Potwierdzają to rozmaite sondaże, liczne wypowiedzi prezentowane w mediach, a także „codzienne Polaków rozmowy”.

To, co się wydarzyło, choć z pozoru banalne, bez wątpienia pokazuje słabość państwa oraz jego struktur. Przez kolejne dni obserwowaliśmy kompletną bezradność i ludzi, i instytucji, wobec tego, co się działo. Także wobec „demonstrantów”, wyłamujących drzwi do siedziby Państwowej Komisji Wyborczej i okupujących jej siedzibę. Dlatego też ogromnie ryzykowne jest sprowadzanie wszystkiego do problemów natury technicznej bądź organizacyjnej, a dokładnie do katastrofy systemu informatycznego, który miał wybory obsługiwać. Nic tu także nie pomoże zaklinanie rzeczywistości, przywoływanie Konstytucji oraz przepisów kolejnych ustaw, przekonywanie, że w istocie nic się nie stało, że mimo przejściowych trudności głosy zostały (zostaną) policzone rzetelnie i uczciwie. Zapewne tak jest, czy też będzie, ale nic to nie zmieni, bowiem problem leży zupełnie gdzie indziej, przede wszystkim dlatego, że znaczna część obywateli w to nie uwierzy. Mamy więc do czynienia nie tyle z problemem natury prawnej czy organizacyjnej, co społecznej i politycznej, o znaczeniu fundamentalnym dla funkcjonowania samorządu terytorialnego, a zatem państwa. Oczywiście, odrębną sprawą jest analiza przyczyn powstałego bałaganu i stworzenie mechanizmów, zapobiegających powstawaniu takich sytuacji w przyszłości. To akurat da się załatwić stosunkowo szybko i prosto. Schody zaczynają się zupełnie gdzie indziej.

Demokratyczne, poprawnie przygotowane i przeprowadzone wybory umacniają państwo, budują zaufanie obywateli do jego struktur oraz instytucji. Jeśli jednak procedury wyborcze nie przebiegają poprawnie, skutek jest dokładnie odwrotny i sądzę, że z tym właśnie mamy, czy będziemy mieć, do czynienia. Aby nie szukać daleko – ci, którzy na głosowanie nie poszli, utwierdzą się w przekonaniu, że zrobili dobrze, natomiast wielu z tych, którzy w wyborach uczestniczyli, uzna, że zrobili źle. Jak może się to przełożyć na frekwencję w kolejnych wyborach? Ile pozostanie z obecnych czterdziestu kilku procent? Dwadzieścia, dziesięć, czy może jeszcze mniej?

Dla nikogo już chyba nie ulega wątpliwości, że to, co się stało, spowoduje kolejny spadek zaufania obywateli do własnego państwa. Jest to problem realny i nie ma co udawać, że nie istnieje, bądź go bagatelizować. Trzeba się z nim zmierzyć i powinna o to zadbać cała klasa polityczna. Nie da się sprawy przeczekać, zagadać, „przykryć” kontrolami oraz dymisjami „osób odpowiedzialnych”. Niczego nie załatwi też nawoływanie do „unieważnienia wyborów”, bowiem za pomocą tłuczenia termometru nikt nigdy temperatury nie obniżył. Sądzę natomiast, iż jeśli klimatu, istniejącego obecnie wokół listopadowych wyborów nie da się odczuwalnie poprawić, jeżeli nie da się oczyścić z wszelkich podejrzeń i wątpliwości ich wyników, rozsądne będzie rozważenie decyzji o skróceniu kadencji władz samorządowych

niedziela, 30 listopad 2014 14:52

KONKURS „Z FILMEM NA TY”

Napisane przez

Drodzy Czytelnicy,

Przez cały 2014 rok publikowaliśmy na naszych łamach artykuły, składające się na cykl publikacji „Z Filmem Na Ty”. W ten sposób staraliśmy się popularyzować wiedzę o tym, co w polskim kinie najlepsze, najnowsze i najciekawsze, a zarazem staraliśmy się podsunąć pasjonatom kina z całej Polski – nie tylko z największych metropolii, ale też tym, którzy mieszkają w mniejszych ośrodkach – sugestie najatrakcyjniejszych lokalnych wydarzeń filmowych. Czas podsumować wiedzę!

W ramach konkursu będącego podsumowaniem i ukoronowaniem cyklu publikacji „Z Filmem Na Ty” chcielibyśmy zadać Wam kilka pytań związanych z opisywanymi przez nas dziełami, wydarzeniami i ocenami. Wśród osób, które odpowiedzą na nasze pytania, rozlosujemy atrakcyjne nagrody: pierwszą nagrodą jest dziesięciopłytowy box filmowy „Kanon Filmów Polskich: Kolekcja Klasyki” (znajdziemy w nim obrazy takie jak „Kanał”, „Pociąg”, „Popiół i diament”, „Do widzenia, do jutra?”, „Niewinni czarodzieje”, „Nóż w wodzie”, „Salto”, „Przesłuchanie”, „Mój Nikifor”, „Plac Zbawiciela”) oraz album prezentujący dorobek znanego malarza Ludwika Maciąga. Dodatkowe cztery albumy trafią w ręce czterech innych wylosowanych uczestników konkursu.

Aby wziąć udział w konkursie wystarczy odpowiedzieć na poniższe pytania:

1.       Na łamach Magazynu opisywaliśmy szereg imprez filmowych odbywających się w mniejszych miejscowościach w Polsce. Którą z nich uznaliby Państwo za najciekawszą?

2.       Na naszych łamach opisaliśmy dzieło, które będzie najpopularniejszym filmem roku: w połowie listopada film ten zobaczyło już 1,8 mln polskich widzów. O jaki film chodzi?

3.       Przez cały rok śledziliśmy wraz z Czytelnikami rozwój kampanii społecznej „Skrytykuj!”, promującej świadomą dyskusję o kinie wśród młodzieży. Jaka instytucja jest organizatorem tej akcji (prosimy o wybranie właściwej odpowiedzi)?

a.       Ministerstwo Kultury i Dziedzictwa Narodowego

b.      Polski Instytut Sztuki Filmowej

c.       Instytut im. Adama Mickiewicza

4.       W 2014 r. – w związku z 70. rocznicą wybuchu Powstania Warszawskiego – zobaczyliśmy na ekranach kin dwa filmy poświęcone temu wydarzeniu, jeden o charakterze fabularnym, drugi – dokumentalnym. O jakie filmy chodzi i kto był ich reżyserem?

5.       Uczestnicy kampanii społecznej „Skrytykuj!” mieli szansę zasiąść w jury młodzieżowym jednego z najbardziej prestiżowych festiwali filmowych w Polsce. O jaki festiwal chodzi?

6.       Jaki film jest w tym roku polskim kandydatem do nagrody Amerykańskiej Akademii Sztuki i Wiedzy Filmowej – znanej nam jako Oscar?

7.       Jeden z organizowanych w Polsce festiwali filmowych poświęcony jest w pełni pracy operatorów. O jaki festiwal chodzi?

Na państwa odpowiedzi czekamy do 15 grudnia br. Życzymy powodzenia!

niedziela, 30 listopad 2014 14:51

REKORDOWA KONFERENCJA ZAKUPOWA NA STADIONIE NARODOWYM

Napisane przez

20 października 2014 r. na Stadionie Narodowym odbyła się konferencja PROCON/POLZAK 2014, największe i najważniejsze tegoroczne wydarzenie dla branży zakupowej w Polsce. Prawie 200 uczestników konferencji dyskutowało na tematy związane z zarządzaniem zakupami i łańcuchem dostaw.

Wśród prelegentów znaleźli się eksperci i praktycy z wieloletnim doświadczeniem w tej dziedzinie, a przede wszystkim prof. Arjan van Weele z Politechniki Technologicznej w Eindhoven, który otworzył konferencję.

W nowoczesnych wnętrzach Stadionu Narodowego zgromadziło się wielu przedstawicieli wyższej kadry zarządzającej, menedżerów odpowiedzialnych za zarządzanie i koordynowanie zakupów, łańcucha dostaw, transportu i zaopatrzenia, strategii i logistyki, zamówień publicznych oraz narzędzi IT w największych firmach w Polsce. Otwierające konferencję wystąpienie prof. van Weele, dotyczące sposobów osiągania doskonałości zakupowej, spotkało się z bardzo pozytywnym przyjęciem uczestników wydarzenia. Podkreślano, że potrzebna jest wymiana wiedzy i doświadczeń zgromadzonych przez kupców na innych rynkach i śledzenie najnowszych trendów wśród  liderów zmian.

– Jeszcze nigdy w długoletniej historii konferencji POLZAK nie zanotowano tak wysokiej frekwencji, jak podczas tegorocznego spotkania na Stadionie Narodowym. Świadczy to o tym, że tematyka zakupowa zyskuje na znaczeniu i dąży do wypracowania jeszcze mocniejszej pozycji w procesach biznesowych. Jesteśmy bardzo zadowoleni, że w naszej konferencji wzięło udział tak wielu specjalistów z branży zakupowej. Wyniki ankiety ewaluacyjnej, którą przeprowadziliśmy wśród uczestników, pokazują, że tegoroczne spotkanie zostało przez nich ocenione jako bardzo udane. Zebraliśmy również wiele opinii i wskazówek, które pomogą nam zorganizować przyszłoroczną edycję na jeszcze wyższym poziomie organizacyjnym i merytorycznym – powiedział Mateusz Borowiecki, Prezes Zarządu OptiBuy, współorganizator konferencji PROCON/POLZAK 2014.

Andrzej Zawistowski z Polskiego Stowarzyszenia Menedżerów Logistyki (PSML), współorganizatora konferencji, zwraca uwagę na społecznościowy charakter wydarzenia. – Udział w spotkaniu był świetną okazją do poszerzenia wiedzy z zakresu zarządzania zakupami oraz łańcuchem dostaw. Zaproponowana przez nas formuła konferencji umożliwiała również efektywną wymianę doświadczeń i spostrzeżeń z prelegentami oraz innymi specjalistami z branży. Wiemy, że wiele osób podczas naszej konferencji nawiązało bezpośredni kontakt z potencjalnymi partnerami biznesowymi. Tak właśnie widzimy przyszłość tego wydarzenia – jako spotkania, które integruje branżę i stanowi forum do wymiany kontaktów i doświadczeń. W imieniu PSML i OptiBuy chciałbym już dzisiaj zaprosić całą branżę zakupową do udziału w przyszłorocznej konferencji  PROCON/POLZAK 2015 – powiedział.

Sesje prezentacyjne w ramach pierwszego bloku tematycznego wypełniły prelekcje poświęcone m.in. metodom analizy kosztów zakupowych oraz narzędziom służącym do zarządzania specyfikacją wyrobów produkcyjnych. Uczestnicy tego bloku prezentacji poznali również najlepsze rozwiązania z obszaru Global Sourcing.

– W czasach rosnącej konkurencji tematyka optymalizacji kosztów materiałów zyskuje na znaczeniu. Podczas naszej sesji omawialiśmy różne strategie zakupowe i narzędzia służące do ich realizacji. Całość została zobrazowana konkretnymi przykładami zastosowań poszczególnych mechanizmów w warunkach biznesowych. Myślę, że udział w tym bloku tematycznym zainspirował wielu kupców do poszerzenia wykorzystywanego przez nich instrumentarium przy prowadzeniu projektów optymalizacji kosztów materiałowych – powiedział dr Tomasz Gonsior, moderator sesji „Zarządzanie kosztami materiałowymi” na konferencji PROCON/POLZAK 2014.

Prezentacje w ramach drugiego bloku tematycznego dotyczyły sposobów optymalizacji kosztów administracyjnych i usług. Prelegenci mówili m.in. o znajdowaniu oszczędności w niespodziewanych miejscach, kryteriach wyboru dostawcy oraz o niełatwej współpracy Działu Zakupów z Klientem Wewnętrznym. Zaprezentowane zostały również ciekawe case studies z wybranych optymalizacji kosztów.

W ramach sesji „Zakupy w sektorze publicznym” doświadczeni eksperci zastanawiali się nad możliwością wdrożenia nowoczesnych rozwiązań zakupowych, usprawniających procesy udzielania zamówień w sektorze publicznym. Moderatorką tej sesji była Elżbieta Gnatowska, wieloletni menedżer w administracji publicznej, ekspert z zakresu zarządzania zamówieniami publicznymi. – Cieszy fakt, że sektor publiczny doczekał się własnej sesji tematycznej na największej konferencji zakupowej w Polsce – podkreśliła. – Pojęcie „zakupów publicznych” powoli zaczyna funkcjonować w obszarze zamówień publicznych, a publiczni zamawiający, na co dzień stosujący ustawę Pzp, do swojej codziennej praktyki zaczynają włączać metody zakupowe stosowane w instytucjach komercyjnych. Mimo to, pojęcie „zakupów”, w kontekście udzielania zamówień publicznych, nie występuje powszechnie i nie jest jeszcze właściwie rozumiane. Podczas konferencji PROCON/POLZAK staraliśmy się zachęcić osoby  związane zawodowo z systemem zamówień publicznych, do tzw.  „myślenia zakupowego”, a tym samym  do poszerzenia ich profesjonalnego warsztatu, poprzez sięgnięcie po wspomniane metody. Myślę, że grono zamawiających publicznych zainteresowanych sięganiem po nowoczesne narzędzia zakupowe będzie stale rosło – powiedziała Elżbieta Gnatowska.

Czwarty blok prezentacji poświęcony został procesom i narzędziom wspierającym pracę Działu Zakupów. Prelegenci mówili m.in. o budowaniu Strategii Lean, umieszczaniu zakupów w centrum kluczowych procesów biznesowych. Przedstawiono metody doskonalenia procesów zakupowych. Na konferencji PROCON/POLZAK 2014 po raz pierwszy została zaprezentowana platforma zakupowa NextBuy, która wspiera zarządzanie relacjami z dostawcami.

– Prezentacje w ramach naszego bloku tematycznego były prowadzone przez ekspertów posiadających wieloletnie doświadczenie w branży zakupowej. Chętnie dzielili się swoją wiedzą i umiejętnościami w zarządzaniu procesami zakupowymi na różnych poziomach organizacji. Uczestnicząc w prelekcjach można było się dowiedzieć, jak zbudować procesy zakupowe, aby funkcjonowały w sposób optymalny i wspierały realizację określonych celów oraz jakich narzędzi użyć, aby dział zakupów pracował szybciej i w bardziej komfortowych warunkach. Mam nadzieję, że nasza konferencja przełoży się na wzrost liczby firm stawiających na nowoczesne rozwiązania usprawniające procesy zakupowe – powiedział Andrzej Zawistowski, moderator sesji „Procesy i Narzędzia”.

ORGANIZATORZY KONFERENCJI

OptiBuy Sp. z o.o.

OptiBuy to założona w 2005 r. firma doradczo-informatyczna, specjalizująca się w obszarze zakupów i zarządzaniu łańcuchem dostaw. Firmę tworzą eksperci z bogatym doświadczeniem w prowadzeniu projektów łączących informatykę z biznesem. Portfolio OptiBuy zawiera doradztwo w zakresie optymalizacji kosztów, global sourcing oraz narzędzia IT dla zakupów. Firma zrealizowała kilkadziesiąt projektów zakupowych dla klientów w Polsce oraz za granicą. OptiBuy posiada obecnie swoje biura i przedstawicielstwa w Warszawie, Kielcach, Szanghaju (Chiny), Ołomuńcu (Czechy) oraz Bernie (Szwajcaria). www.optibuy.com

Polskie Stowarzyszenie Menedżerów Logistyki (PSML)

Polskie Stowarzyszenie Menedżerów Logistyki istnieje od 2002 r. Jego celem jest reprezentacja interesów polskich menedżerów logistyki i zakupów, tworzenie i promowanie dobrych praktyk, a także integracja środowiska specjalistów łańcucha dostaw. Stowarzyszenie realizuje założone cele poprzez organizowanie warsztatów, szkoleń, seminariów, kongresów oraz innych spotkań, poprzez współpracę z krajowymi i międzynarodowymi organizacjami, rozpowszechnianie informacji o działalności PSML i inne godne polecenia inicjatywy służące rozwojowi stowarzyszenia i środowiska.  Charakter i tematyka imprez i przedsięwzięć PSML wychodzi naprzeciw rzeczywistym potrzebom środowiska – decydują o nich sami członkowie.

Sztandarową imprezą PSML jest corocznie organizowany Kongres Menedżerów łańcucha dostaw, składający się z dwóch równolegle realizowanych imprez Kongresu Polskich Menedżerów Logistyki PL-LOG i Kongresu Polskich Menedżerów Zakupów POL-ZAK. PSML jest członkiem dwóch  europejskich organizacji : IFPSM – The International Federation of Purchasing and Supply Management oraz ELA – European Logistics Association.

Strona 1 z 2

Lock full review www.8betting.co.uk 888 Bookmaker

PARTNERZY