Wydawnictwo Publicus Sp. z o.o.
04-260 Warszawa, ul. Jedwabnicka 1
tel/fax: +48 22 610 10 99 w. 26
Bank Zachodni WBK SA XVII Oddział Warszawa 
08 1090 1753 0000 0001 1981 0954

Ostrzeżenie

JUser::_load: Nie można załadować danych użytkownika o ID: 91.

JUser::_load: Nie można załadować danych użytkownika o ID: 85.

JUser::_load: Nie można załadować danych użytkownika o ID: 65.

JUser::_load: Nie można załadować danych użytkownika o ID: 83.

JUser::_load: Nie można załadować danych użytkownika o ID: 55.

JUser::_load: Nie można załadować danych użytkownika o ID: 51.

JUser::_load: Nie można załadować danych użytkownika o ID: 90.

JUser::_load: Nie można załadować danych użytkownika o ID: 89.

JUser::_load: Nie można załadować danych użytkownika o ID: 58.

Lipiec 2014

Lipiec 2014 (16)

czwartek, 24 lipiec 2014 20:22

COŚ SIĘ ZADZIAŁO

Napisane przez

Jeśli masz nie więcej niż 19 lat i interesujesz się kinem, to do 10 sierpnia możesz wziąć udział w kolejnej edycji konkursu na recenzje i wideorecenzje, towarzyszącego kampanii społecznej „Skrytykuj”.

Dwoje nastolatków w ramach nagrody zasiądzie w jury młodzieżowym 39. Festiwalu Filmowego w Gdyni. Polski Instytut Sztuki Filmowej promuje w ten sposób świadomą dyskusję o kinie.

Ostatnią edycję konkursu wygrali Artur Kawala, Agnieszka Klara Zdziech i Sylwia Zazulak, którzy w nagrodę zasiedli w jury młodzieżowym Międzynarodowego Festiwalu Kina Niezależnego Off Plus Camera w Krakowie. Z młodymi jurorami wywiad podczas imprezy przeprowadziła Aleksandra Różdżyńska.

PISF: Jesteście najmłodszymi jurorami Off Camery. Jak do tego doszło?

Agnieszka Klara Zdziech: Wzięliśmy udział w konkursie organizowanym przez Polski Instytut Sztuki Filmowej na stronie Skrytykuj.pl. Trzeba było napisać lub nagrać recenzję dowolnego filmu. Nagrodą było zasiadanie w Jury młodzieżowym.

Jakie filmy ocenialiście?

Agnieszka Klara Zdziech: Ja oceniłam w wideorecenzji „12 gniewnych ludzi”.

Sylwia Zazulak: Ja napisałam o „Sierpniu w hrabstwie Osage”.

Artur Kawala: Ja napisałem o „Harmoniach Werckmeistera”.

Traktujecie to wszystko jako przygodę, czy chcielibyście być krytykami filmowymi?

Artur Kawala: Ja na początku podchodziłem do tego jak do przygody. Uznałem, że to coś pozytywnego, co mi się przytrafiło. Cieszyłem się, że spędzę tu w Krakowie fajny czas. Ale przyznam, że teraz trochę mi się namieszało  i będę się poważnie zastanawiać nad przyszłością. Plany mogą się zmienić, w tym momencie niczego nie jestem pewien.

Czyli coś się zadziało.

Agnieszka Klara Zdziech: Tak. Myślę, ze wygrana w konkursie zmieniła nasze nastawienie i zaczynamy o tym myśleć bardziej poważnie.

Artur Kawala: Wygrana i sam pobyt na Off-ie.

Sylwia Zazulak: Ja myślałam, żeby być krytykiem, ale obawiam się, że w pewnym momencie nie będzie po prostu o czym pisać. A z czegoś przecież trzeba płacić rachunki. Więc dalej się zastanawiam.

Krytycy rzeczywiście mówią czasem, że to wcale nie taka prosta praca, jak się wydaje. Bo też nie można się za bardzo kolegować z filmowcami, niezręcznie potem napisać złą recenzję ich filmu.

Agnieszka Klara Zdziech: Z jednej strony jest to prawda, nie można się spoufalać. Ale z drugiej, jeśli krytyka oparta jest na uczciwych argumentach… Ja mogłabym się kolegować z filmowcami.

Sylwia Zazulak: Reżyser, jeśli chce być profesjonalistą, musi liczyć się z tym, że będą go krytykować.

Nie balibyście się napisania złej recenzji filmu osoby, z którą spędziliście trochę czasu, bawiliście się?

Artur Kawala: Ciężkie pytanie. Ale myślę, że warto oddzielić życie zawodowe od prywatnego. Jeśli byłaby to konstruktywna krytyka, a jej obiektem byłby mój kolega, to myślę, że by zrozumiał. Ale mimo wszystko, byłoby to ciężkie.

Jak wygląda dzień jurora?

Agnieszka Klara Zdziech: Wstaje się bardzo wcześnie rano. O godzinie 10. jedziemy do centrum festiwalowego i odbieramy bilety na następny dzień. O 11. jest pierwszy film. I tak do późna: film, film i film. Oglądamy 4-5 filmów dziennie i musimy je oceniać. W przerwach pijemy kawę i przegryzamy obwarzanki, żeby głód nie przeszkodził nam w odbiorze.

Brzmi, jakby było to dość męczące.

Artur Kawala: Dla mnie nie. Mimo, że przez pierwsze dwa dni zaliczałem po pięć filmów pod rząd, co mi się wcześniej w życiu nie zdarzyło. Wiele zależy od nastawienia psychicznego: trzeba wiedzieć, że  idzie się oglądać filmy i także je odbierać, oceniać. Bo na co dzień nie wszystkie przecież oceniamy i nie ze wszystkich piszemy recenzje. Takie jurorowania to fajne przeżycie. Jeżeli lubi się filmy i kino, to jest to dobra zabawa. Tak można do tego podejść.

Agnieszka Klara Zdziech: Moim zdaniem to jest męczące, ale przyjemnie męczące. Nie robimy tego na siłę. Choć przyznam, że na jednym filmie jedno z nas zasnęło. Nie powiem kto. Ale nie miało to wpływu na nasz późniejszy werdykt.

Sylwia Zazulak: Ja mam podobnie. Wieczorem jeszcze miałam siłę na zabawę i czas dla siebie.

Artur Kawala: Przy okazji festiwalu dowiedzieliśmy się, że mimo, iż na zewnątrz to wszystko wygląda  bardzo poważnie, a od środka jest inaczej. Ludzie potrafią się bawić, szczególnie wieczorami. Można zresetować się idąc na koncert, imprezę albo bankiet. No i nie powiemy, że to nam się nie podoba.

Agnieszka Klara Zdziech: Sam kontakt na co dzień z kinem niezależnym, alternatywnym, był bardzo przyjemny. To naprawdę fajna przygoda. Mimo, że niektóre filmy wymagały poświecenia większej uwagi.

No właśnie. Czy dyskusja nad werdyktem była burzliwa?

Agnieszka Klara Zdziech: Bardzo. Trudno dojść do porozumienia, kiedy nasze wybory są tak rozbieżne. Każdy miał swój typ, którego bronił. Ale na koniec wybraliśmy na szczęście jeden film i wszyscy zgadzamy się z tą decyzją.

Artur Kawala: Obrady trwały prawie dwie godziny. To była burza mózgów. Część argumentowała, część odpierała argumenty. Cały czas się to zmieniało. Nie sądziłem, że będzie aż tak ostro. Mogło dość do rękoczynów. Dlatego na obrady radzę wybierać bezpieczne i przede wszystkim publiczne miejsca.

Agnieszka Klara Zdziech: Niełatwo podjąć decyzję – także dlatego, że tematyka konkursowych filmów jest tak różna. Ciężko było stosować podobne kryteria ich oceny i porównywać.

Artur Kawala: Na początku, po zaliczeniu kilku seansów, byliśmy przekonani, że całe Wytyczanie drogi, czyli konkurs główny, będzie się opierał na tematyce queerowej i genderowej. Bo o tym opowiadały wszystkie te filmy. I wiadomo, że to też pokazuje się na festiwalach, na przykład w Cannes. Pod koniec drugiego dnia poczuliśmy lekkie zmęczenie materiału. Potem, na szczęście, w filmach pojawiły się nowe tematy. Bardzo się cieszymy, że była taka różnorodność. Ale to też utrudniło, bo musieliśmy spojrzeć szerzej na tych 13 filmów. Zastanawiamy się, czy coś by zmieniło, gdyby kolejność oglądania filmów była inna.

No właśnie, jak w ogóle oceniacie poziom filmów w konkursie?

Sylwia Zazulak: Ciężko było wybrać, właśnie dlatego, że wszystkie były dobre. A było dużo filmów debiutantów. Jesteśmy mile zaskoczeni ich wysokim poziomem. W niektórych produkcjach nie było widać, że zostały zrobione za naprawdę niewielkie fundusze.

Artur Kawala: Bo na początku mieliśmy wyobrażenie o filmie niezależnym jako o niszowym, a więc z niedociągnięciami wynikającymi z małego budżetu i tak dalej. Ale okazuje się, że te filmy nie różnią się technicznie od tego, co oglądamy na co dzień w kinach. To też nas pozytywnie zaskoczyło.

A co myślicie o polskim kinie?

Sylwia Zazulak: Pokazuje dużo alkoholu, często pojawiają się w nim sceny pijaństwa. A poza tym, wydaje mi się, że z naszą poważną tematyką mamy małe przełożenie na rynek amerykański, gdzie większość osób chodzi do kina na komedie romantyczne lub filmy ze znanymi aktorami. Cały świat jest nastawiony na to, żeby robić różnorodne filmy, a u nas robi się w większości poważne rzeczy.

Artur Kawala: Kiedy film taki jest, widzowie z zagranicy mogą nie zrozumieć kontekstu, w jakim powstawał. Tak jest z najnowszym filmem Smarzowskiego „Pod Mocnym Aniołem”. Pokazuje tylko nasze realia. Dlatego tez niektóre filmy są ograniczone tylko do polskiego rynku. Ale na przykład „Ida” była jednym z najlepszych filmów na festiwalu. Ważna jest też promocja filmu. Najlepszym przykładem jest „Drogówka”, na którą poszło tylu widzów. Może dlatego, że była promowana jako komedia. Ale i tak myślę, że dzięki takim filmom ludzie przekonają się do polskiego kina.

Sylwia Zazulak: Jeśli zwykły widz wziąłby udział w festiwalu polskich filmów, na pewno znalazłby wiele fajnych produkcji dla siebie. Ale ludzie nie zawsze wiedzą o tych festiwalach, nie mają na nie czasu. Ja mam znajomych, którzy chodzą na polskie filmy, i to i w multipleksach i kinach studyjnych. Wybierają  właśnie takie rzeczy, jak „Pod Mocnym Aniołem”, albo filmy z ulubionymi aktorami.

Macie ulubione gatunki filmowe?

Agnieszka Klara Zdziech: Ja lubię połączenie dramatu i fantasy. Nie przepadam za komediami, chyba, że tylko dla zabawy, jak „Kac Vegas”, które ogląda się dla rozrywki i zabicia nudy.

Sylwia Zazulak: Ja bym wybrała horrory i takie bardzo pojechane kino, w kierunku Tarantino. Ale oglądam wszystko, staram się nie ograniczać tylko do jednego gatunku, żeby mieć pełny ogląd. I bardzo lubię filmy animowane. Ich polski dubbing jest świetny!

Artur Kawala: Do tego stopnia, że niektóre animacje ogląda się lepiej z dubbingiem, niż w wersji oryginalnej. Ale gdybym ja miał wybrać jeden gatunek, to byłby to dramat, bo jest chyba najbardziej pojemny. Można go wymieszkać praktycznie z każdym innym gatunkiem, kombinować. Daje też szerokie pole do popisu, w jego ramy można ująć bardzo wiele tematów. Oprócz dramatów, lubię też Tarantino i inne filmy, które zaskakują.

Czy teraz po doświadczeniu z jurorowaniem, będziecie jeździć na inne festiwale?

Agnieszka Klara Zdziech: Jak najbardziej. Chciałabym pojechać na festiwal w Gdyni, może pojedziemy też do Warszawy.

Artur Kawala: Dzięki Agacie Sotomskiej, która jest opiekunką naszego jury i bardzo nam pomaga, być może uda się jeszcze pojechać na kilka tego typu imprez.

czwartek, 24 lipiec 2014 20:20

POLSKIE MIASTA W KOLARSKIM PELETONIE

Napisane przez

Rozmowa z Czesławem Langiem, dyrektorem generalnym wyścigu Tour de Pologne

Pierwszy tydzień sierpnia w Polsce zostanie zdominowany przez kolarzy. Po raz 71. wystartuje Tour de Pologne, jeden z najważniejszych wyścigów kolarskich na świecie. O sukces zawalczą jednak nie tylko zawodnicy z najlepszych ekip profesjonalnych, ale i samorządy.

MARTA PYTKOWSKA: Tour de Pologne to uznana marka, nie tylko w Polsce, ale i w Europie. Miasta same zabiegają o możliwość znalezienia się na trasie przejazdu peletonu. Katowice, województwo małopolskie to tylko te ostatnio podpisane umowy. Wyścig zawita też ponownie do Warszawy. Czy można wykorzystać jazdę na rowerze do promocji miasta?

CZESŁAW LANG: Na pewno. W Polsce ostatnio jest ogromne zainteresowanie kolarstwem, dyscyplina ta odzyskuje swoją dawną potęgę. Aktualnie 4,5 miliona Polaków deklaruje, że jeździ na rowerze, ponadto mamy ciągle rosnącą rzeszę kibiców, którzy śledzą występy polskich kolarzy w telewizji itp. Mamy też młodych, bardzo utalentowanych zawodników, jak Michał Kwiatkowski czy Rafał Majka – którzy mimo bardzo młodego wieku odgrywają główne role w najważniejszych wyścigach kolarskich świata. Mieliśmy „małyszomanię”, mamy Justynę Kowalczyk, Roberta Kubicę, teraz jest także moda na kolarstwo. Ludzie wsiadają na rowery, nie tylko treningowo, ale i rekreacyjnie. Rosnące zainteresowanie kolarstwem, także tym profesjonalnym, przekłada się również na bardzo pozytywną atmosferę, która ostatnio powstała wokół tej dyscypliny, oraz rosnącą wartość marketingową, którą wykorzystują miasta znajdujące się na trasie wyścigu.

Dlaczego warto być na trasie Tour de Pologne?

Gdyż Tour de Pologne ma ogromną moc oddziaływania, co wynika z dwóch podstawowych faktów.Po pierwsze, wyścigi kolarskie to nie są imprezy komercyjne, na trasie dopingować kolarzy może dosłownie każdy, nie wymaga to od kibiców nakładu żadnych środków finansowych. Po drugie, transmisja z wyścigu jest realizowana z dostępem do najnowszych środków techniki. Mamy do swojej dyspozycji helikoptery, kamery na motorach oraz pełną obsługę naziemną, jednocześnie działamy w mediach elektronicznych i internecie. Daje to możliwość pokazywania najpiękniejszych i najciekawszych miejsc, ustalanych wcześniej z przedstawicielami władz samorządowych. Możemy się nimi pochwalić w ponad dwudziestu państwach w całej Europie – i nie tylko. W końcu relacja z wyścigu przygotowywana jest nie tylko przez pierwszy kanał Telewizji Polskiej, ale i Telewizję Polonia, nadającą na cały świat, jak i Eurosport, gdzie mamy zapewnione 14 godzin relacji „na żywo”.

Tour de Pologne to światowa elita kolarska. Czy włodarze wiedzą, jak wykorzystać jego siłę oddziaływania do promocji miast i regionów? Na co kładzie się największy nacisk?

Ten wyścig to niepowtarzalna okazja, by móc zaprezentować całemu światu piękno naszego kraju przy okazji wydarzenia sportowego. Mamy w końcu akredytowanych ponad tysiąc dziennikarzy z różnych zakątków globu. A środki? Przykładowo, jeśli peleton przejeżdża przez Katowice, a my wiemy wcześniej, że gdzieś realizowana jest konkretna inwestycja, którą miasto chciałoby się pochwalić, przekazywany jest odpowiedni komunikat do korespondentów zagranicznych i krajowych. Spójrzmy też i na taką sytuację – podczas rund 5-kilometrowych, odbywających się w miastach, mamy praktycznie godzinę czasu na promocję i pokazanie ustalonych wcześniej obiektów infrastruktury sportowej, przemysłowej itp. Na taką promocję o zasięgu światowym tak naprawdę niewiele miast może sobie normalnie pozwolić w ramach budżetu, którym dysponuje.

Tour de Pologne to nie tylko duże miasta, gdzie kończą się etapy, ale też małe miasteczka i wioski, które kolarze tylko mijają na trasie. Czy im także opłaca się udziału w wyścigu?

Ależ oczywiście, że tak. Gdy przejeżdżamy przez te miejscowości, także pokazujemy najważniejsze i najpiękniejsze miejsca. Niestety, nie wszystkie z nich łapią się podczas relacji telewizyjnych „na żywo”, ale staramy się to nadrobić podczas relacji ze startów, na co mamy zarezerwowane ponad 20 minut, czy w kronice wyścigu. Nie zapominamy o tych miejscowościach podczas opisu samych etapów.

Warszawa wraca na trasę Tour de Pologne. Miasto uczestniczyło w wyścigu już 92 razy. W tym roku na promocję przekazano 500 tysięcy złotych.

I będzie bardzo duża promocja stolicy. Warszawa będzie miała przepiękny etap, ulicą Marszałkowską, Alejami Jerozolimskimi, Nowym Światem. Mamy przygotowany cały program, będziemy się skupiać na pokazaniu tych obiektów, na promocji których bardzo zależy władzom stolicy. Na liście mamy m.in. Teatr Wielki, ale i Stadion Narodowy. Mamy przygotowane informacje dla komentatorów telewizyjnych w kilku wersjach językowych, tak aby nikt nie był zaskoczony, dlaczego nagle kamera z peletonu przenosi się nad stadion.

Wśród obowiązków promocyjnych jednostek samorządu terytorialnego jest także promocja zdrowego trybu życia. Czy i te działania będą realizowane podczas wyścigu?

Dla dzieci i młodzieży przygotowaliśmy Mini Tour de Pologne. Uczestnicy, którzy otrzymują prawdziwą koszulkę kolarską, pokonują fragment trasy etapowej. Jest to naprawdę fajne wydarzenie i ogromne przeżycie. Mamy także wyścig Tour de Pologne dla amatorów – jest to impreza dla wszystkich, którzy kochają jazdę na rowerze. Łączymy promocję sportu i zdrowego trybu życia, łączymy zabawę z pożytecznym. Przy okazji imprezy zbierane są pieniądze dla fundacji Ewy Błaszczyk A kogo. Najważniejsze jednak jest to, że podczas tego wyścigu każdy może poczuć się, jak zawodowiec, w końcu uczestnicy pokonują trasę, którą później przejedzie peleton. Tak, jak oni, mogą zmierzyć się m.in. ze Ścianą Bukowiny. Myślę, że na starcie stają prawdziwi pasjonaci kolarstwa – i z roku na rok mamy ich coraz więcej.

 

CZESŁAW LANG – dyrektor generalny wyścigu Tour de Pologne, Grand Prix MTB, Skandia Maraton Lang Team. Promotor polskiego kolarstwa szosowego i górskiego w kraju i za granicą. Wicemistrz olimpijski w kolarstwie szosowym, mistrz świata, wielokrotny mistrz Polski, zwycięzca Tour de Pologne.

czwartek, 24 lipiec 2014 20:18

CO DALEJ Z PREZYDENCKĄ USTAWĄ SAMORZĄDOWĄ?

Napisane przez

Prezydencki projekt ustawy o współdziałaniu w samorządzie terytorialnym został w końcu zarekomendowany przez Radę Ministrów. Następnym krokiem będą prace nad ustawą w sejmowej Komisji Samorządu Terytorialnego i Polityki Regionalnej– pod warunkiem jednak, że autorzy ustawy uwzględnią rządowe zastrzeżenia.

Najważniejsze z nich dotyczy zmian w ustawie o referendum lokalnym. Obecnie dla jego ważności potrzebny jest udział co najmniej 30 proc. uprawnionych do głosowania. Jeśli natomiast referendum dotyczy odwołania organu JST, który został wybrany w głosowaniu bezpośrednim, to frekwencja musi wynieść 3/5 liczby osób, które głosowały za wybraniem tegoż organu. Kancelaria prezydenta proponuje zniesienie progu frekwencji. Wyjątkiem byłoby jedynie referendum w sprawie samoopodatkowania oraz te dotyczące odwołania organu. Autorzy ustawy wyjaśniają, że „regulacja taka sprawia, iż referenda w sprawach innych niż odwołanie organu są rzadkością, a jeszcze rzadziej są one ważne. Tymczasem referenda powinny być właśnie ukierunkowane na rozstrzyganie bieżących problemów stojących przed jednostką samorządu terytorialnego”. Zdaniem jednak Rady Ministrów taki stan rzeczy mógłby doprowadzić do sytuacji, w której o wyniku referendum decydowałaby „nieznaczna grupa społeczności”.

Co chwila referendum

Ze stanowiskiem rządu zgadza się kierownik biura Zielonogórskiego Związku Gmin Edward Kraszewski. – Zniesienie progu frekwencji mogłoby doprowadzić do sytuacji, w której co chwile dochodziłoby do inicjatyw referendalnych. Bylibyśmy zatem w nieustannym toku referendów – tłumaczy w rozmowie z Magazynem Samorządowym GMINA. Jego zdaniem, w istotnych dla społeczności lokalnych sprawach ludzie chcą się wypowiadać i nie ma wówczas problemu z kworum. – Tego brakuje zazwyczaj wówczas, gdy problem dotyczy odwołania organu JST – dodaje samorządowiec.

Podobnego zdania jest wójt gminy Kowiesy Andrzej Józef Luboiński. – Skoro autorzy projektu proponują tak odważne rozwiązania, niech zatem zastosują te same przepisy do wyborów prezydenckich – mówi Magazynowi Samorządowemu GMINA. Zniesienie progu frekwencji może jego zdaniem doprowadzić do sytuacji, w której będzie się szafowało referendami na lewo i prawo.

Władysław Pazdan, wójt Limanowej, podziela obawy samorządowców w sprawie referendum odwoławczego organów gminy. – Referendum jest ogłaszane w sytuacji nadzwyczajnej, nie można zatem nadużywać jego instytucji, gdyż wybory odbywają się co cztery lata. Odwołanie wójta nie jest natomiast sytuacją, aby go „karać w przedbiegach” – tłumaczy. Pazdan podkreśla ponadto, że wybór nowego organu nie oznacza wcale, że będzie on lepszy dla poprzedniego, a jedynie, że może przynieść straty mieszkańcom, również tym inicjującym referendum.

Kontrowersyjne zespoły współpracy

Kolejne zastrzeżenia budzi propozycja tworzenia partnerstw gminno-powiatowych w postaci tzw. zespołów współpracy terytorialnej. Zespoły współpracy oznaczałyby sieciowe zarządzanie sprawami publicznymi przez – terytorialnie i funkcjonalnie powiązane – jednostki samorządu lokalnego. Niektórzy obserwatorzy uważają, że byłaby to alternatywa dla krytykowanej koncepcji powiatu metropolitalnego. O ile powiat metropolitalny stanowić miałby kolejną jednostkę samorządu terytorialnego, o tyle zespół współpracy został pomyślany jako struktura dobrowolnego partnerstwa samorządowego.

Zdaniem Rady Ministrów, zespół jest w konstrukcji zbliżony do związków Zintegrowanych Inwestycji Terytorialnych – zinstytucjonalizowanych form partnerstwa, tworzonych w celu realizacji perspektywy finansowej 2014-2020. Miasta, wraz z otaczającymi je gminami, jak również władzami województw wspólnie ustalą cele do osiągnięcia. Mają również wskazywać zamierzenia inwestycyjne, które będą finansowane z Europejskiego Funduszu Rozwoju Regionalnego i Europejskiego Funduszu Społecznego.

Opinię rządu podziela Edward Kraszewski. Jego zdaniem nie ma sensu powoływać do życia sztucznego tworu i nadawać mu formalnych ram współpracy samorządowej. – Moje doświadczenie jest pełne przykładów, kiedy samorządy dochodzą do porozumienia w ważnych dla nich sprawach i nie potrzebują do tego żadnych mechanizmów. Nie można ich prowadzić za rękę – uważa.

Podobne stanowisko zajmuje Władysław Pazdan, który uważa tworzenie zespołów za bezzasadne. – Jest tyle możliwości zrzeszenia się samorządów, nie potrzebne są kolejne przepisy. – dodaje z kolei Andrzej Józef Luboiński i wspomina przy okazji współpracę z Olgierdem Dziekońskim, sekretarzem stanu w Kancelarii Prezydenta, odpowiadającym za prezydencką ustawę samorządową. – Moja gmina współpracowała z panem Dziekońskim przy ustawie o planowaniu i zagospodarowaniu przestrzennym. Niczego nie udało się osiągnąć, dlatego wątpię, aby i tym razem sprawa zakończyła się sukcesem – twierdzi.

Za referendum niech płacą inicjatorzy

Rada Ministrów uważa ponadto za ryzykowną propozycję autorów ustawy, aby przeprowadzić referendum w sprawie samoopodatkowania w sytuacji, jeśli organowi wykonawczemu nie starczy środków na realizację rozstrzygnięć referendalnych. Ministrowie są przekonani, że doprowadziłoby to do instrumentalnego wykorzystywania gminy przez wspomniany organ wykonawczy w celu ograniczenia inicjatyw referendalnych.

Sceptycznie nastawiony do pomysłu jest również Edward Kraszewski. Uważa, że proponowany przez Kancelarię Prezydenta pomysł miałby rację bytu w przypadku gmin wiejskich albo niewielkich miejskich – tam można dotrzeć niemal do każdego mieszkańca. – Natomiast w sytuacji gmin wielkomiejskich taki pomysł nie ma racji bytu. Im większe miasto, tym droższa inwestycja – wyjaśnia kierownik biura Zielonogórskiego Związku Gmin. Zdaniem wójta Limanowej, referendum w sprawie samoopodatkowania byłoby o tyle zasadne, gdyby zapłacili potem inicjatorzy referendum.

Prezydencki projekt ustawy o współdziałaniu w samorządzie terytorialnym na rzecz rozwoju lokalnego i regionalnego budzi wiele obaw. Niektórzy samorządowcy uważają nawet, że jest ona niepotrzebna, bo i tak niczego nie zmieni. – Jedynym faktycznym rezultatem będzie ten, że polskie ustawodawstwo powiększy się o kolejną ustawę – uważa Andrzej Józef Luboiński.

Władysław Pazdan popiera ustawę, jednak ma wobec niej kilka zastrzeżeń. – Omawiany projekt jest ważną propozycją zacieśnienia dialogu społecznego i wymiany doświadczeń wewnątrz samorządu terytorialnego. To również jeszcze większe uprawnienia dla mieszkańców w dziedzinie bieżącego oddziaływania na zmieniającą się rzeczywistość społeczno-gospodarczą w Polsce – mówi.

Czy uda się uchwalić ustawę jeszcze za obecnej kadencji rządu? Wszystko jest w rękach sejmowej komisji oraz autorów przepisów, którzy – aby wprowadzić dokument w życie – będą musieli dostosować się do rządowych zastrzeżeń. Na razie jednak rozpoczął się okres wakacyjny, dlatego realne działania mogą się rozpocząć dopiero we wrześniu.

czwartek, 24 lipiec 2014 20:16

ABY MÓC BYĆ DZIELNYM W SWOIM WYSIŁKU…

Napisane przez

Sport kojarzy się jednoznacznie – ze zdrowym, gibkim ciałem, gotowym do bicia rekordów, z morderczymi treningami i rywalizacją. A jednak są przestrzenie, w których poprzez sport inaczej definiuje się piękno, rywalizację, a braterstwo i przyjaźń wysuwają się na plan pierwszy. Przyjrzyjmy się sportowi osób niepełnosprawnych.

Stereotypowo nie kojarzymy niepełnosprawnych ze sportem, a jednak jest on dla nich niezwykle ważny – przy zachowaniu pierwotnej idei bycia dzielnym w wysiłku, zwyciężania, tyle że nie za cenę własnego zdrowia. A raczej – dla własnego zdrowia, dla bycia wśród ludzi, dla samej radości bycia z nimi.

Ta przestrzeń sportu wyraża się zarówno w skali makro-, choćby poprzez coraz bardziej prestiżowe Paraolimpiady, organizowane równolegle z Olimpiadami, jak i w skali mikro: w zaciszu powiatowych podwórek, gdzie systematycznie, od wielu lat, organizacje pożytku publicznego i starostwa popularyzują Powiatowe Olimpiady Osób Niepełnosprawnych. Są one dobitnym dowodem na to, jak ważny jest sport dla środowisk zajmujących się osobami niepełnosprawnymi oraz – jak wiele samorządy mogą uczynić, by osoby pokonujące własne ograniczenia mogły realizować to, co w sporcie najważniejsze: braterstwo, odwagę pokonywania własnych słabości, radość życia…

Niezbędny element życia

Przyjrzyjmy się polskiemu ustawodawstwu pod kątem sportu i niepełnosprawności. Zgodnie z art. 1 Ustawy z dnia 18 stycznia 1996 r. o kulturze fizycznej, jest ona częścią kultury narodowej, chronionej przez prawo. Obywatele, bez względu na wiek, płeć, wyznanie, rasę i – co najważniejsze w kontekście niniejszego artykułu – rodzaj niepełnosprawności, korzystają z równego prawa do różnych form kultury fizycznej. Prawa osób niepełnosprawnych gwarantuje Konstytucja RP, zawierając prawo do niedyskryminacji. Ustawa zasadnicza nakłada także na władze publiczne obowiązek zabezpieczenia egzystencji, przysposobienia do pracy i życia społecznego osób niepełnosprawnych.

Szczegółowo reguluje ten problem Ustawa z dn. 27 sierpnia 1997 o rehabilitacji zawodowej i społecznej oraz o zatrudnianiu osób niepełnosprawnych. W ustawie tej możemy przeczytać, że rehabilitacja osób niepełnosprawnych                                          to zespół działań: organizacyjnych, leczniczych, psychologicznych, technicznych, szkoleniowych, edukacyjnych oraz społecznych, zmierzających do osiągnięcia, przy współudziale tych osób możliwie najwyższego poziomu ich funkcjonowania, jakości życia i integracji społecznej.

Na jakości życia i integracji społecznej zatrzymamy się na dłużej. Po co człowiek uprawia sport? Dla kondycji, zdrowia – to oczywiste. Ale także dlatego, że poprzez sport wchodzi w relacje społeczne, poszerza krąg znajomych, dzieląc z nimi swoje pasje; poprzez sport może się realizować; znajduje w nim odskocznię od monotonnej i stresującej codzienności; poprawia jakość życia.

Sport tak samo warunkuje jakość życia i poziom funkcjonowania społecznego w przypadku osób niepełnosprawnych, mając przy tym także wartość rehabilitacyjną i rewitalizacyjną. Specjaliści, zachęcając osoby niepełnosprawne do aktywności sportowej, wymieniają wiele korzyści zarówno dla kondycji fizycznej, jak i psychicznej. Nie da się zakwestionować antydepresyjnego działania sportu – a jak wiadomo, izolacja, poczucie bezsilności i trudność w zaakceptowaniu ułomności sprzyjają rozwojowi przytłaczającej, wyniszczającej choroby, jaką jest depresja.

W skali mikro i makro

Jak podaje literatura naukowa, w cywilizowanych społeczeństwach osoby niepełnosprawne stanowią ok. 16 proc. ogółu. Można roboczo przyjąć, że w Europie Zachodniej jedna na dziesięć osób jest osobą niepełnosprawną. Według danych Narodowego Spisu Powszechnego z 2002 r. liczba osób niepełnosprawnych w Polsce wynosi ogółem 5,5 mln. To dla nich organizowane są rozmaitego rodzaju imprezy sportowe, w tym – na szczeblu powiatowym.

Powiatowe Olimpiady Osób Niepełnosprawnych dostarczają wielu pozytywnych przeżyć, są okazją do bycia razem, do zabawy i współzawodnictwa. Są świętem sportu, w którym zwycięstwo nie jest celem samym w sobie, a by zobaczyć na własne oczy, jak budujące są te imprezy dla ich uczestników – należy udać się na jedną z nich. Okazji nie brakuje, olimpiady organizowane są w wielu powiatach, m.in. wodzisławskim, złotoryjskim, wyszkowskim, kwidzyńskim, nakłowskim, tomaszowskim. W tych, i wielu innych, regionach Polski olimpiady dla osób niepełnosprawnych rozkwitają i angażują starostwa, instytucje kulturalno-oświatowe i stowarzyszenia, domy pomocy społecznej i wszelkie inne organizacje, które niosą pomoc osobom niepełnosprawnym. Nie sposób przecenić ich wychowawczej wartości – oswajania społeczeństwa z zagadnieniem tak skomplikowanym, jak niepełnosprawność.

Imprezy tego rodzaju pozwalają trenować osobom niepełnosprawnym autoprezentację, a ludzi zdrowych uwrażliwiają na ich problemy i zwyczajnie oswajają z tym, że za ułomnością kryje się człowiek zasługujący na szacunek, uwagę, zdolny do budowania relacji. Powiatowe Olimpiady odbywają się zazwyczaj w maju i czerwcu, angażują wolontariuszy, opiekunów, pedagogów, są okazją dla całych rodzin do zabawy i oderwania się od często męczącej codzienności. Długotrwała rehabilitacja bywa dla dziecka niepełnosprawnego nużąca, ale udział w Olimpiadzie – na której może ono zaprezentować efekty swych wysiłków, wzbudzić podziw – jest niezwykle motywujący, pokazuje dziecku sens wszelkich jego starań. Oto monotonne ćwiczenia zmieniają się w mistrzowski trening, a to skłania do aktywności i zaangażowania.

Ideę sportu niepełnosprawnych w makroskali ilustrują Olimpiady Specjalne przeznaczone dla osób niepełnosprawnych intelektualnie i Paraolimpiady. Z ich działalności czerpane są wzorce dla działań w wymiarze lokalnym. Historia Paraolimpiad sięga 1948 r. kiedy to w dniu otwarcia Igrzysk Olimpijskich w Londynie sir Ludwik Guttmann zorganizował zawody łucznicze na terenie szpitala w Stoke Mandeville. Wydarzenie to przyjmuje się za początek zorganizowanego, światowego uprawiania sportu przez osoby niepełnosprawne, które już w 1952 r. nabrało charakteru zawodów międzynarodowych. W 1960 r. odbyły się one po raz pierwszy w mieście olimpijskim – Rzymie – jako Olimpiada Niepełnosprawnych.

Polska od początku była intensywnie zaangażowana w ruch paraolimpijski. Nasi przedstawiciele zajmowali wysokie pozycje w zarządach i sekcjach międzynarodowych organizacji Sportu Inwalidów. W 1982 r., dzięki staraniom ludzi zrzeszonych w tych organizacjach, udało się stworzyć największą imprezę sportową dla ludzi niepełnosprawnych. Sport zaczęli uprawiać paraplegicy, następnie amputowani, niewidomi i niedowidzący, z czasem także osoby z porażeniem mózgowym i innymi schorzeniami. Na VI. Igrzyskach Paraolimpijskich w roku 1980, w holenderskim Arnhem, nasza ekipa zdobyła aż 177 medali, w tym 75 złotych, 50 srebrnych i 52 brązowe, co dało jej drugie miejsce w klasyfikacji medalowej.

Eksperci uważają, że były to ostatnie igrzyska nie mające jeszcze profesjonalnego charakteru. Jednak w 1989 r. w Duesseldorfie powstał Międzynarodowy Komitet Paraolimpijski, pod egidą którego odbywały się już w pełni profesjonalne Letnie Igrzyska Paraolimpijskie w Barcelonie (1992), Atlancie (1996), Sydney (2000) oraz Igrzyska Zimowe w Albertville, Lillehammer, Nagano, Salt Lake City. Od igrzysk w Barcelonie podejmowane są próby zintegrowania sportu olimpijskiego z paraolimpijskim, czego wyrazem było zapalenie znicza olimpijskiego płonącą strzałą przez niepełnosprawnego łucznika Antonio Rebello. Warto zaznaczyć, że w przypadku Paraolimpiad kultywuje się tradycyjną symbolikę olimpijską, tj. zapalenie znicza, ślubowanie, medale. Mocno akcentowane są hasła braterstwa, przyjaźni i wzajemnej pomocy.

Z Pekinu, w którym Paraolimpiada odbyła się w 2008 roku, polska reprezentacja przywiozła 30 medali, w tym 5 złotych. Polskę reprezentowało 91 sportowców. Aż 4 medale: złoty, 2 srebrne i 1 brązowy, zdobyła 19-letnia pływaczka, Katarzyna Pawlik. Ogromny sukces odniosła także tenisistka stołowa Natalia Partyka, mistrzyni z Pekinu, Aten i Londynu. W Londynie startowały 162 państwa, a nasza reprezentacja wywalczyła 36 medali, w tym 14 złotych, co dało jej 9. miejsce w klasyfikacji medalowej. Jak to w sporcie jednak niekiedy bywa, Zimowe Igrzyska w Soczi nie przyniosły naszym reprezentantom medalu. Obecnie paraolimpijczycy szykują się już do Igrzysk w Rio de Janeiro w 2016 r.

Paraolimpiady z wielką publicznością

Paraolimpiady są transmitowane przez wiodące stacje telewizyjne państw zachodnich, ale polska TV nie ma w zwyczaju transmitować Paraolimpiad. Polacy nie są z niepełnosprawnością nawet opatrzeni, i sport niepełnosprawnych postrzegają co najwyżej przez pryzmat sensacji – „nie ma ręki, a gra w ping-ponga”, „nie ma nóg, a biega”. Szczytem ignorancji są komentarze, że transmitowanie Paraolimpiad nie ma sensu, bo niepełnosprawni są nieestetyczni.

W Londynie na mecz koszykówki na wózkach bilety trzeba było zamawiać z trzymiesięcznym wyprzedzeniem, tymczasem u nas o sporcie osób niepełnosprawnych dziennikarze – a zatem i potencjalni kibice – nie wiedzą wiele. Jeśli w mediach wspomina się o dokonaniach polskich niepełnosprawnych sportowców, to raczej z przyzwoitości i bez merytorycznego pogłębienia. Rober Szaj, wiceprezes Polskiego Komitetu Paraolimpijskiego twierdzi, że jesteśmy pod tym względem mentalnym zaściankiem, dzieli nas od Wielkiej Brytanii co najmniej 60 lat rozwoju świadomości społecznej. Nadal rozumujemy w kategoriach: odmienność, sensacja, getto.

Tym bardziej zatem trzeba docenić fakt istnienia Powiatowych Olimpiad dla Osób Niepełnosprawnych. Być może zabrzmi to brutalnie, ale okazuje się, że nie tylko dzieci upośledzone umysłowo najlepiej uczą się drogą bezpośredniego doświadczenia. To ludzie w pełni sprawni, prawidłowo funkcjonujący społecznie (w swym przekonaniu), mają najwięcej zaległości do odrobienia i być może wiedzę tę i świadomość zyskać mogą jedynie na drodze doświadczeń bezpośrednich.

Okazją ku temu są właśnie Powiatowe Olimpiady dla Osób Niepełnosprawnych, które bez problemu zyskują uwagę lokalnych mediów docierających do mieszkańców gmin i powiatów. Z kolei środowiska i samorządy, które w Olimpiadach tych dostrzegają sens i nie szczędzą starań, by co roku organizować te imprezy, zasługują niewątpliwie na szacunek – wszak przykład idzie z góry. Istotne jest to, by kłaść w tych wydarzeniach nacisk na integrację osób niepełnosprawnych i tych z niepełnosprawnością, by użyć słów Szaja – „nieopatrzonych”. By na imprezy te były zapraszane gimnazja i licea, w których uczą się dzieci zdrowe, poznające dopiero świat i kształtujące pogląd na niego. Ważne jest to chyba zwłaszcza teraz, gdy miejsce wrażliwości społecznej i relacji opartych na przyjaźni, zastępuje tzw. wyścig szczurów i źle pojmowany, „zdrowy egoizm”, nadający wartość tylko temu co piękne, opłacalne, popularne i bezproblemowe.

Komunikat z Wodzisławia

Wzorem takiej imprezy była zeszłoroczna Olimpiada Osób Niepełnosprawnych w Wodzisławiu Śląskim. Nie sposób odmówić słuszności wicestaroście powiatu wodzisławskiego – Dariuszowi Prusowi – który ceremonię otwarcia zawodów rozpoczął od słów: „Dzisiejsza Olimpiada jest imprezą szczególną, łączy wszystkich zainteresowanych, by przesłać ważny komunikat: jesteśmy i będziemy razem! (…) Wszyscy są równi, a każdy zawodnik jest zwycięzcą (…), kiedy patrzę na was, widzę, że sport wśród osób niepełnosprawnych cieszy się ogromną popularnością. Wiemy, że aktywność ruchowa ma pozytywny wpływ na organizm człowieka. Nie tylko kształtuje cechy samodzielności i zaradności życiowej, ale pomaga też w odzyskaniu wiary we własne siły”.

W imprezie wzięli udział: medalista Paraolimpiady w Atenach i Londynie – kulomiot Janusz Rokicki, trener kadry narodowej w kombinacji norweskiej – Jakub Michalczuk, medalista Mistrzostw Świata w boksie w 1974 r. – Zbigniew Kicka, a także młodzież i dzieci ze szkół powiatu, wolontariusze i oczywiście bohaterowie Olimpiady – sportowcy. Nie zabrakło także kibiców, którzy o imprezie usłyszeli lub przeczytali i postanowili przyjść, by się przekonać, czym jest Olimpiada Osób Niepełnosprawnych. Na pewno mogli wiele się nauczyć i zweryfikować swoje  poglądy.

W tym roku sezon Powiatowych Olimpiad dla Osób Niepełnosprawnych rozpoczął się 28 maja w Brańszczyku, w powiecie wyszkowskim. Urocza, zadbana gmina, położona nad Bugiem, może się poszczycić,  m.in. nowoczesną szkołą dla młodzieży o specjalnych potrzebach edukacyjnych, specjalistycznym przedszkolem i ciekawą ofertą agroturystyczną. Na jej terenie funkcjonują stowarzyszenia działające na rzecz osób niepełnosprawnych i wszechstronnego rozwoju gminy. W tym roku zorganizowana tam Olimpiada była drugim takim wydarzeniem. Organizatorami był ZSS w Brańszczyku, Powiatowy Ośrodek Kultury i Sportu w Wyszkowie, DPS w Brańszczyku, Proboszcz Parafii Brańszczyk, wójt gminy Brańszczyk, Stowarzyszenie Pomocy Osobom Niepełnosprawnym „Dla jednego uśmiechu”.

Interludium był uroczysty przemarsz z uczniami ZSS w Brańszczyku na czele. Nieśli oni ogień olimpijski, a także flagi Polski, Unii Europejskiej i powiatu wyszkowskiego. Po przybyciu na teren igrzysk, położony w pięknym parku należącym do DPS, uczniowie Zespołu Warsztatów Terapii Zajęciowej zaśpiewali hymn osób niepełnosprawnych. Słowa piosenki chwytają za serce i z tego powodu warto przytoczyć fragment: „Kulejącego widziano anioła, który po niebie swobodnie szybował. Wszystko się może zdarzyć – wołał – jeśli uwierzyć w siebie zdołasz. Niepełnosprawni – normalna sprawa, niepełnosprawni – normalna rzecz. Nie wszystkim dane zdrowie i sława, nie można w życiu wszystkiego mieć. Trudno bez skrzydeł orła udawać, choć być nim zawsze trzeba chcieć. Jesteśmy żywe sumienie bliźniego, gorszego Boga najlepsze dzieci”.

Potem uczestnicy II Olimpiady złożyli przysięgę: „Pragnę zwyciężyć, ale jeśli nie będę mógł zwyciężyć, niech będę dzielny w swym wysiłku”. Uroczystość otworzyli, wypuszczając gołębie przy dźwięku fanfar: starosta Powiatu wyszkowskiego Bogdan Pągowski, Ksiądz Kanonik Paweł Stachecki oraz wójt gminy Brańszczyk Mieczysław Pękul. Organizatorzy otrzymali w podziękowaniu za wieloletnią pomoc w organizacji Święta Niepełnosprawnych, które przez siedem lat poprzedzało organizację olimpiady, upominki i dyplomy z napisem: „Kto dla braci pracuje, ma moc za miliony”.

– Na każdej Olimpiadzie może znaleźć się zawodnik, który w przyszłości stanie na podium jako zwycięzca Paraolimpiady, gdyż właśnie w trakcie takiej imprezy odkryje, że chce i może zwyciężać, a sport jest tym, co daje mu siłę do życia i sprawia dużo radości – mówi Tomasz Kryniuk, pedagog i terapeuta, który pracuje z dziećmi niepełnosprawnymi ruchowo i próbuje je zarażać miłością do sportu. – Ważne, aby taki przełom zauważyć, a potem odpowiednio pokierować dzieckiem, wesprzeć, zapisać do klubu, to może być dla niego sposób na życie, odskocznia, sposób na adaptację społeczną, a może droga na szczyt? – dodaje.

Nawet, jeśli żaden talent się nie objawi, to przecież wystarczającym sukcesem i czystym pięknem sportu osób niepełnosprawnych jest poczucie wspólnoty, radość z sukcesów własnych i czyichś, bycie dzielnym w swym wysiłku właśnie. Ważne jest także to, że są osoby, które w tym wymiarze pracują z poczuciem misji i idei, że są władze, które przychylnie zapatrują się na tego rodzaju działania, że w lokalnych społecznościach małymi krokami buduje się świadomość i wrażliwość społeczną. Kto wie? Może za kilka lat Polacy będą oczekiwać od publicznej telewizji, by w swej misji edukacyjnej uwzględniła także niezwykle emocjonujące Paraolimpiady, a argumenty o niskiej oglądalności i nieestetyczności sportu osób niepełnosprawnych pozostaną tylko w kronikach polskiej obyczajowości – jako martwy zapis wstydliwych czasów mroku i ignorancji.

czwartek, 24 lipiec 2014 20:14

SAMORZĄDOWIEC Z PASJĄ

Napisane przez

Polscy samorządowcy to nie tylko specjaliści i działacze lokalni, ale też ludzie z pasją, oddający się jej niemal w każdym wolnym momencie. Wśród nich są tacy, którym udaje się pasję łączyć z życiem zawodowym. Powstaje wówczas pozytywna wybuchowa mieszanka, wpływająca bezpośrednio na rozwój gminy.

Jedną z tych osób, którym udało się połączyć przyjemne z pożytecznym, jest Jerzy Laskowski – wójt gminy Purda w województwie warmińsko-mazurskim. Od lat pasjonuje się historią Warmii, a swoją pasję przekłada na pracę w gminie. W 2006 roku udało mu się wraz ze współpracownikami odrestaurować około kilometrowy odcinek dawnego traktu królewskiego z Warszawy do Lidzbarka Warmińskiego.

Historyk z zamiłowania

– Trakt Biskupi w Bałdach, bo tak nazywa się ten odcinek, to miejsce, w którym upamiętniono biskupów warmińskich zarządzających diecezją warmińską od początku jej istnienia do dnia dzisiejszego – opowiada wójt. Tłumaczy, że w poboczach starej lipowej alei ustawiono tablice z biogramami biskupów, głazy pamiątkowe i plansze z mapami historycznymi Warmii oraz krótką historią regionu. – Według dawnych przekazów historycznych, to w tym miejscu witano nowo mianowanych biskupów, którzy przejeżdżali tędy w drodze do Lidzbarka Warmińskiego, aby objąć biskupstwo – objaśnia. Wjazd na Trakt Biskupi otwierają Wrota Warmii, symbolizujące granicę między Mazurami a Warmią.

Opowiadając o powstawaniu fragmentu Traktu Biskupiego, Jerzy Laskowski wspomniał o fundatorach głazów pamiątkowych. – Wśród nich są znane osobistości jak Wielki Mistrz Zakonu Krzyżackiego Bruno Platter, czy kierownik Kliniki Reumatologii i Chorób Wewnętrznych Uniwersytetu Medycznego w Białymstoku prof. Jerzy Sierakowski – wymienia wójt.Głaz poświęcony biskupowi Teodorowi Potockiemu, XVIII–wiecznemu biskupowi warmińskiemu ufundowała natomiast pani Urszula Bełza, przewodniczka turystyczna. Środki na pokrycie pomnika zdobyła… z jubileuszówki, którą bez zastanowienia przeznaczyła dla biskupa w hołdzie za dziedzictwo barokowe, jakie duchowny pozostawił na Warmii. O biskupie Potockim gmina Purda pamięta co roku, w pierwszą sobotę lipca. Wtedy odbywa się tam Warmiński Kiermas Tradycji, Dialogu, Zabawy. Kulminacyjnym punktem jest inscenizacja uroczystego wjazdu na Warmię biskupa w wykonaniu aktorów Teatru im. Stefana Jaracza w Olsztynie.

Skąd u wójta Laskowskiego to zamiłowanie do historii? – Kiedy sprowadziłem się na Warmię trzydzieści lat temu, moja wiedza o tej krainie była niewielka. Chcąc poznać miejsce, w którym mieszkam, zacząłem czytać, rozmawiać z ludźmi i jeździć po okolicy – wspomina. Niemal od razu Warmiacy, których pozostało już w Warmii niewielu, przyjęli go jak swego. – Zapraszano mnie na wesela i przyjęcia rodzinne. Obecnie, zarówno w gminie, jak i w całym regionie, żyje niewielu autochtonów. Większość to ludność napływowa, dlatego wójt w ogóle nie czuje się jak obcy. – Najważniejszym dla mnie jest, aby gmina rozwijała się i odnosiła coraz więcej sukcesów lokalnych i krajowych – kwituje.

Lekkoatletka z horyzontami

Burmistrzem Nysy jest Jolanta Barska. W młodości uprawiała wyczynowo lekkoatletykę. W 1984 roku zdobyła halowe wicemistrzostwo Polski juniorów w biegu na 300 metrów. Rok później została młodzieżową mistrzynią Polski w biegu na 400 metrów oraz mistrzynią Polski seniorek w sztafecie 4 x 400 m. Młodzieżowe mistrzostwo Polski powtórzyła w 1986 roku, a rok i dwa lata później mistrzostwo kraju w sztafecie 4 × 400 m. Zdobyła również brązowy medal na 400 metrów podczas halowych mistrzostw Polski w 1987 roku. Jej życiowy rekord na tym dystansie to 54,51 sekund.

Ale sport to nie jedyna miłość burmistrz Barskiej. Obecnie jej pasją i całym życiem jest praca, która daje jej niesamowitą satysfakcję. – Jedną z dziedzin, które sprawiają mi przyjemność, jest współpraca z organizacjami pozarządowymi. Aby to robić, muszę na bieżąco wiedzieć, jakie są możliwości pozyskiwania dla nich funduszy – tłumaczy. I dodaje, że w tym celu niedawno ukończyła trzyletnie studia polsko-francuskie w Warszawie – bo też język francuski to jej kolejna pasja, jeszcze z czasów szkoły średniej.

Dziś doskonała znajomość języka Moliera i Balzaka ułatwia jej współpracę z zagranicznymi samorządowcami. – Po francusku porozumiewam się nawet z Niemcami – przyznaje Barska. We Francji spędziła trzy miesiące na stażu z administracji publicznej. Sentyment do kraju nad Loarą został jej na całe życie. – Dzień bez przeczytania francuskiej wiadomości jest dniem straconym – wyznaje. Dzięki znajomości języka może w oryginale studiować dokumenty Rady Europy, co zaczęło sprawiać jej niesamowitą przyjemność. W rezultacie pani burmistrz podejmuje szereg europejskich inicjatyw, zmierzających ku rozwijaniu i poprawianiu funkcjonowania i warunków życia w gminie.

Dzięki tej otwartości i pasji Jolanta Barska – jako pierwsza w kraju – wprowadziła Europejską Kartę Równości Kobiet i Mężczyzn w Życiu Lokalnym. Dokument opracowała i proklamowała Rada Gmin i Regionów Europy, stowarzyszenie samorządowe działające przy Radzie Europy. Instytucja ta wraz z komitetem regionów UE namawia europejskie samorządy do podpisywania Karty. W 2007 r. Związek Miast Polskich wysłał Jolantę Barską – dzięki jej znajomości francuskiego – na „równościową”  konferencję do Rennes. Po powrocie udało jej się przekonać radę miasta do wprowadzenia Karty. Nie było ani jednego głosu sprzeciwu.

Pszczelarz-filozof

Pasjonatem jeszcze innego gatunku jest Henryk Kiejdo – wójt gminy Rychliki w województwie warmińsko-mazurskim. Od ponad trzydziestu lat prowadzi on tam przedsiębiorstwo pszczelarskie. Pasję związaną z pszczołami przekazał wójtowi jego ojciec, który tradycję produkcji miodu przywiózł z Wileńszczyzny. Dla Henryka Kiejdo pszczelarstwo to sposób na życie, na oderwanie się od spraw życia codziennego. To również filozofia, którą propaguje wśród pracowników swojej gminy.

– W zarządzaniu gminą pomaga mi doświadczenie biznesowe, jakim było prowadzenie gospodarstwa pasiecznego oraz obserwacja „pszczelej korporacji”. W pszczelim roju nie ma prezesa, który organizuje pracę pszczół, a jednak pszczela organizacja funkcjonuje znakomicie, pokonując najróżniejsze trudności i kryzysy.Dzieje się tak dlatego, że istnieje doskonały mechanizm podziału pracy, przydziału uprawnień i odpowiedzialności. Istnieje pełna współpraca – tłumaczy wójt. Dodaje, że podobnie jest z zarządzaniem w gminie: by dobrze funkcjonowała, niezbędni są zaangażowani, wykształceni pracownicy, dobry kontakt z liderami społecznymi, organizacjami, mieszkańcami.

Kiedy rozpoczynał przygodę z pszczelarstwem, polska prasa – również ta specjalistyczna – przeżywała głęboki kryzys. Początkowo prenumerował więc magazyny rosyjskie. Po transformacji systemowej czytał prasę zachodnią, szczególnie niemiecką, śledząc równocześnie to, co działo się w polskim  pszczelarstwie. – Jednymi z ważniejszych słów, które wpłynęły na moją pasję, były te wypowiedziane przez dr Ewę Crane, nieżyjącą już dyrektorkę Międzynarodowego Towarzystwa Badań Pszczelniczych: „jeśli chcesz nauczyć się pszczelarstwa, poznaj język polski” – wspomina wójt i dodaje, że pszczoły to coś dużo więcej niż tylko miód. – To również środowisko, dziedzictwo narodowe, jak również filozofia życia, z której człowiek może czerpać garściami – wyjaśnia. Jak podkreśla, ludzie mogliby nauczyć się od nich chociażby relacji rodzinnych, które w świecie pszczół cechuje harmonia. – Zwierzęta te z niezwykłym szacunkiem odnoszą się zarówno do swojej matki, jak i do dzieci i całego gniazda – podsumowuje.

czwartek, 24 lipiec 2014 20:07

NAJWAŻNIEJSZA JEST WYOBRAŹNIA

Napisane przez

Rozmowa z Anetą Kawiorską, menedżer ds. obsługi klientów z internetowego domu produkcyjnego Netizens, oferującego m.in. interaktywne technologie służące do uatrakcyjnienia imprez masowych

 

MATEUSZ WEBER: Bywalcy imprez masowych mają już dość sztampy. Za sprawą nowych technologii każdy festyn można zamienić w wydarzenie magiczne. Co decyduje o sukcesie przy organizacji imprezy plenerowej?

 

ANETA KAWIORSKA: Najważniejszy jest czynnik ludzki. Na początku wszyscy muszą się dobrze poznać. Powinni patrzeć na współpracę nie tyle w kategoriach transakcji, ile relacji. Dopóki samorząd nie przekona się do agencji eventowej, nie nabierze do niej zaufania – ta nie będzie mogła zaprezentować swoich najbardziej niekonwencjonalnych pomysłów na uatrakcyjnienie imprezy masowej. Powód jest oczywisty: klient nie podejmie ryzyka związanego z wypróbowaniem nowatorskich, oryginalnych rozwiązań, jeśli nie ma pewności, że usługodawca doskonale rozumie jego oczekiwania i potrzeby. A bez świeżych, nieszablonowych działań, nie uda się zaskoczyć i zadziwić uczestników wydarzenia.

Chodzi przede wszystkim o wywołanie u ludzi efektu „WOW”. To coś, czego nie można łatwo zmierzyć, opisać, ale można to poczuć. Coś co sprawia, że goście eventu będą chcieli o tym jeszcze długo opowiadać innym. A dziennikarze zamiast planowanej krótkiej informacji zamieszczą w gazecie dwustronicowy reportaż ze zgromadzenia okraszony ciekawymi fotografiami. I kto wie, może lokalnym eventem zainteresują się także ogólnopolskie media.

 

Firma organizująca eventy realizuje scenariusz organizatora imprezy, czy forsuje własne pomysły na udane i godne zapamiętania wydarzenie?

 

Motoryzacyjny magnat Henry Ford powiedział kiedyś przewrotnie: „Gdybym na początku swojej kariery jako przedsiębiorcy zapytał klientów, czego chcą, wszyscy byliby zgodni: chcemy szybszych koni.”. Więc po poznaniu pomysłów, planów, celów imprezy staramy się zaproponować klientom rozwiązania idące krok dalej, nadać konceptom taką formę, aby marketingowy efekt eventu przeszedł ich oczekiwania. Z wykorzystaniem technologii, którymi aktualnie dysponujemy, oraz pomysłów naszych Kreatywnych jest to możliwe.

Jak nowe technologie mogą pomóc włodarzom w organizacji spotkania, nadaniu mu odpowiedniego rozgłosu i rangi, a także w zapewnieniu uczestnikom bezpieczeństwa i niezapomnianych wrażeń?

Bardzo użytecznym rozwiązaniem są opaski z wbudowanym chipem, na którym można zapisać najważniejsze dane uczestnika. Rozwiązanie to usprawnia rejestrację gości, ich poruszanie się po atrakcjach imprezy, może zostać powiązane z social media oraz pozwala organizatorom na zbieranie wszelkich istotnych dla nich statystyk.

Z kolei technologią pomagającą wywołać wspomniany efekt WOW jest między innymi augmented reality, czyli rozszerzona rzeczywistość, która łączy obrazy realnego świata z elementami wirtualnymi, wygenerowanymi komputerowo.

Brzmi jak opowieść science-fiction. Jak to działa?

Standardowe wystąpienia, wspomagane prezentacjami w PowerPoint zazwyczaj nie są w stanie zainteresować zebranych. Jeśli jednak prelegent używa rozszerzonej rzeczywistości, odbiór jego słów jest zupełnie inny i na długo zapada w pamięć uczestników.

Wyobraźmy sobie, że występujący na scenie wójt, burmistrz lub marszałek województwa klaszcze i w tym samym momencie na telebimie wyświetla się hasło przewodnie imprezy, na przykład „Bądźmy razem”. Albo rozkłada ręce – i oto na ogromnym ekranie między jego dłońmi pojawia się motto kampanii wyborczej. Innym przykładem mogą być atrakcje dla dzieciaków. Za pomocą kontrolerów grają w multimedialną grę, która wyświetla się jako mapping na budynku.

Coś takiego możemy sobie wyobrazić na imprezie w milionowej aglomeracji. Ale im dalej od dużych ośrodków, tym większy konserwatyzm. Urzędnicy z kilkutysięcznej gminy rozszerzoną rzeczywistość czy opaski z chipami uznają pewnie za zbędne wodotryski.

Niekoniecznie. Otwartość na nowe technologie czy logistyczne nowinki nie zależy od wielkości ośrodka. Samorządowcy z małych miejscowości mogą być równie dobrze wyedukowani cyfrowo, jak prezydenci miast, czy marszałkowie województwa. Przykładem jest jeden z naszych klientów – Miejskie Przedsiębiorstwo Wodociągów i Kanalizacji w Jaworznie. Ta śląska spółka komunalna zamówiła u nas aplikację, dzięki której można śledzić, gdzie i jak daleko płynie zawartość ich samochodów. Dzięki temu nieco zabawnemu rozwiązaniu miasto pokazuje, że dba o spływ ścieków, a w konsekwencji – o środowisko naturalne. MPWiK nazwał aplikację „Gdzie jest moja kupa?”, co świadczy o dużym poczuciu humoru i luzie jego zarządu. Natomiast w efekcie, na konferencji prasowej, podczas której samorząd zaprezentował program, poza lokalnymi mediami pojawiły się również te ogólnopolskie.

Technologie to dobra rzecz. Niestety, słono kosztują. A samorządy, zwłaszcza teraz, w kryzysie, chcą pokazać mieszkańcom, że dbają o publiczny grosz.

Elementy interaktywne, multimedialne mogą uatrakcyjniać całą imprezę. Ale mogą też pojawiać się tylko w kluczowych momentach wydarzenia, na przykład w finale. Oczywiście, w przypadku skromniejszej opcji cena usługi jest dużo niższa.

Na spotkaniu z organizatorem imprezy ustalamy zakres usługi, a później nasz zespół kreatywny urządza burze mózgów i pracuje nad tym, jak te wszystkie pomysły i zobowiązania zrealizować w ramach dostępnego budżetu. Motorem kreatywności jest też ambicja, by przygotować coś unikalnego, oraz totalnie nieszablonowego. Lubimy powtarzać, że pieniądze są ważne, ale wyobraźnia ważniejsza.

czwartek, 24 lipiec 2014 20:05

LIGA PODWYŻSZONEGO RYZYKA

Napisane przez

Wojewoda mazowiecki wciąż nie jest zadowolony z działań władz Legii Warszawa, mających na celu podniesienie bezpieczeństwa podczas rozgrywek. Główny zarzut dotyczy braku konsekwencji w zwalczaniu stadionowego chuligaństwa.

Może to mieć decydujące znaczenie, szczególnie w przypadku zbliżających się rozgrywek w ramach III ligi, gdzie młodzież z Łazienkowskiej zagra m.in. z Polonią Warszawa i łódzkim Widzewem II.

Derby znów wracają do stolicy, a wraz z nimi problem pseudokibiców. Wciąż wspominane są bowiem wypadki sprzed roku, gdy chuligani sympatyzujący z Legią Warszawa przerwali mecz IV ligi ŁKS Łomianki – Polonia Warszawa. Z obawy przed podobnymi zamieszkami zdecydowano także o zmianie miejsca rozgrywania meczu przedostatniej kolejki z Bzurą Chodaków, który ostatecznie odbył się na obiekcie Polonii przy ul. Konwiktorskiej. W nadchodzącym sezonie, w stolicy i okolicach (Legia II swoje mecze rozgrywa w Sulejówku) odbędą się na pewno cztery spotkania podwyższonego ryzyka – derby oraz mecze z Widzewem II Łódź.

Wraz z początkiem lipca Legia rozpoczęła wśród swoich kibiców akcję edukacyjną dotyczącą bezpieczeństwa na stadionach oraz poza nimi. „Chcemy ten poziom bezpieczeństwa podnieść jeszcze bardziej, po to, aby nie dawać argumentu wszystkim tym, którzy chcieliby piętnować kibiców na zasadach odpowiedzialności grupowej. Piętnujemy indywidualne złe zachowania. Wiemy, że niebezpieczne sytuacje to margines. Chcemy jednak wykluczać te zachowania, które rzutują na wizerunek Legii, a zwłaszcza jej kibiców jako całości” – czytamy na stronie klubu.

– Jesteśmy pod ogromną presją środowiska – zapewnia nas Izabela Kuś, rzecznik klubu. Presja presją, ale klub w poprzednim sezonie zdecydował się na ufundowanie Polonii dodatkowej ochrony oraz sam zwiększył dwukrotne liczbę ochroniarzy w czasie meczu przeciwko Widzewowi. – Okazało się to jednak zbyteczne – kwituje Kuś. Kwestia bezpieczeństwa jest monitorowana nie tylko przez władze Ekstraklasy, ale i województwo mazowieckie. – Troszczymy się nie tylko o Legię, ale także o rozgrywki na terenie całego województwa. W tym temacie zaobserwowałem wyraźny postęp w kwestii bezpieczeństwa – podkreślił w rozmowie z PAP Jacek Kozłowski, wojewoda mazowiecki. Władze województwa wciąż mają jednak zastrzeżenia dotyczące m.in. braku konsekwencji wobec grup kibicowskich, które mimo zaostrzonych wymogów bezpieczeństwa wnoszą na obiekty sportowe (poza sekcją piłki nożnej, Legia ma także m.in. siatkarską i koszykarską) transparenty z obraźliwymi hasłami oraz materiały pirotechniczne. Rozgrywki ekstraklasy rozpoczęły się w połowie lipca, a III liga wystartuje w sierpniu.

czwartek, 24 lipiec 2014 20:04

NAJWAŻNIEJSZE WYZWANIA WCIĄŻ PRZED NAMI

Napisane przez

Rozmowa z dr Markiem Goleniem, adiunktem Katedry Ekonomiki i Finansów Samorządu Terytorialnego w Szkole Głównej Handlowej w Warszawie

WŁODZIMERZ KALETA: Jak po roku obowiązywania nowej ustawy „śmieciowej” oceniłby Pan efekty i skuteczność przejęcia przez samorządy władztwa nad gospodarowaniem odpadami?

MAREK GOLEŃ: Różnie. Gmin w Polsce mamy około 2,5 tysiąca, ich struktura jest bardzo zróżnicowana. Niektóre samorządy dobrze się do nowych wymogów prawa przygotowały, inne nie. Są gminy, które świetnie realizują założenia ustawy, ale są też i takie, w których zmiany w zakresie gospodarowania odpadami są słabo widoczne. Ujawniły się też kłopoty z przedsiębiorcami, którzy rezygnują ze zleceń: przykład Warszawy, która długo nie mogła rozstrzygnąć przetargu na firmę wywożącą śmieci, jest najbardziej jaskrawy, ale nie jedyny.

Jak zawsze chodzi o pieniądze...

To niewątpliwie m. in. efekt zaniżania firmom stawek za wywóz śmieci. W wielu gminach, gdzie wygrywali najtańsi, robi się obecnie korekty i po wyborach ceny za usługi śmieciowe – dotychczas często populistyczne – zostaną tam najprawdopodobniej podniesione. Natomiast te gminy, które przyjęły stawki racjonalne, albo ostrożnościowe, obniżają opłaty. Stawki są również obniżane w gminach, które chcą się przypodobać wyborcom.

Dla sprawnego sprawowania kontroli nad odpadami równie ważne są nowoczesne rozwiązania, innowacje, które pozwolą na maksymalne wykorzystanie śmieci do uzyskiwania surowców wtórnych czy produktów, które można wykorzystać do bardziej oszczędnego i „czystego” ogrzewania czy oświetlenia mieszkań, nie mówiąc już o wpływie proekologicznych technologii na poprawę czystości środowiska.

Większość gmin wprowadziła standardowy sposób gospodarowania odpadami, czyli priorytetem w zbiórce odpadów są niskie koszty funkcjonowania firm, które wygrały przetarg na odbieranie i gospodarowanie odpadami jednocześnie. I w tym tkwi poważny problem. Gmina, która chce te koszty obniżyć, nie kontroluje firmy wybranej według „najniższej ceny”. Stąd częste przypadki „ryczałtowych rozliczeń” bez wnikania w masę odbieranych odpadów i realizację właściwego zagospodarowania odpadów oraz przestrzegania hierarchii postępowania z odpadami, zła jakość specyfikacji przetargowych, brak faktycznej kontroli gmin w zakresie postępowania z odpadami po ich odbiorze od mieszkańców, w tym sposobu ich zagospodarowania. To tylko niektóre problemy wynikające ze sprzeczności interesów finansowych gminy z ujawnianiem nieprawidłowości.

Również niektórzy wykonawcy na różne sposoby, niekoniecznie zgodne z prawem, starają się takie koszty ograniczać. I to jest podstawowa „innowacyjność” w gospodarowaniu przez gminy odpadami, która jest najczęściej stosowana: przerzucenie swoich obowiązków w tym zakresie na firmę i pozostawienie jej z problemami, z jednoczesnym brakiem kontroli i nadzoru co do tego, co się z odpadami zebranymi od obywateli dzieje. Brakuje też przestrzegania wymagań i standardów na poziomie gospodarstw domowych. W gminach w zakresie zbierania odpadów obowiązują różne systemy, brak standaryzacji, brak obowiązku selektywnej zbiórki, a jeśli już się ją prowadzi, to jest ona zła. Nawet kolorystyka pojemników i worków dowolna. Ponieważ brakuje PSZOK-ów gminnych, odpady „suche” i „mokre”, a nawet odpady niebezpieczne, umieszczane są w pojemnikach przeznaczonych na zmieszane odpady. Brak też pracy z mieszkańcami w tym zakresie, w tym powszechnych i skutecznych kampanii informacyjnych i edukacyjnych.

Nie ma to nic wspólnego z gospodarowaniem odpadami w sposób, który obowiązuje w UE. Tak więc mimo, iż na papierze sytuacja wygląda dobrze, w wielu gminach, generalnie rzecz biorąc, niewiele się w zbieraniu i selekcji śmieci zmienia. Wiele gmin – tych lepszych, działających zgodnie z unijną hierarchią postępowania z odpadami, które niestety są w mniejszości – wprowadza różne innowacje i podąża za modelem unijnym. Tam rzeczywiście można zaobserwować innowacyjne sposoby, zarówno odbierania odpadów, jak i ich zagospodarowania. Sposobów postępowania jest wiele, ponieważ nie mamy zunifikowanego systemu postępowania, każda gmina może to robić po swojemu. Nie ma ujednoliconych standardów i w związku z tym sytuacja w JST jest bardzo różnorodna.

Gospodarka odpadami, powiedział Pan, jest zanarchizowana. Co to konkretnie oznacza?

Każda gmina uchwala swój własny regulamin utrzymania czystości, który ustawowo nie jest do końca doprecyzowany. Brakuje w ustawie przepisów, które określałyby na czym ma polegać zbieranie odpadów czy selektywne zbieranie odpadów. W ramach interpretacji tych przepisów przez Ministerstwo Środowiska określono, że selektywnie trzeba wprawdzie zbierać siedem frakcji: papier, tworzywa sztuczne, metal, szkło w dwóch frakcjach, odpady komunalne i odpady zmieszane, ale nie koniecznie u źródła, co byłoby skądinąd nieuzasadnione ekonomicznie.

Skoro więc nie ma w ustawie jasnych przepisów, jakie frakcje mają być zbierane u źródła, to gminy stosują te przepisy na różne sposoby, według własnych dowolnych i różnych interpretacji. Jedne zbierają ich mniej, inne więcej. Czyż nie jest to przykład na zanarchizowany system? Ponieważ nie zbieramy odpadów w sposób jednakowy we wszystkich gminach, więc każda z nich ma własny, niewielki zazwyczaj, strumień tych odpadów. Takie małe strumienie są również mało warte. Sytuacja na rynku surowców wtórnych wygląda obecnie tak, że jeżeli odpady mają być dużo warte, to po pierwsze muszą być one czyste, a po drugie – musi ich być dużo w krótkim okresie.

Firmy uczestniczące obrocie muszą mieć stały dopływ tych surowców, by organizować ekonomiczny transport. Są to podstawowe sprawy związane z segregacją odpadów, natomiast segregacja ma służyć temu, by zagospodarować te odpady zgodnie z unijną hierarchią, na której czele jest unikanie składowania odpadów, ale w drugiej kolejności ich ponowne użycie. W trzeciej kolejności przetwarzanie ich na inne surowce wtórne. Temu służy segregacja, chociaż mam wrażenie, że w realnej gospodarce segregacja ma służyć głównie spełnieniu norm rozporządzenia, które wyznacza konkretne tony każdej gminie w ciągu roku. Czasami zdarza się, że odpady posegregowane wcale nie są przetwarzane na surowce wtórne, a służą do obliczania tych norm. Są to wiec innowacje nieformalne, które nie mają nic wspólnego z celem działań, które nas obowiązują w UE.

A w tych dobrych gminach? Jakimi ciekawymi, nowatorskimi pomysłami mogą się pochwalić?

Jeśli chodzi o innowacje w gospodarce odpadami, to rzeczą, na którą warto zwrócić uwagę, jest system „śledzenia” odpadów za pomocą elektronicznych systemów monitorowania ich strumienia. System ten zakłada m.in. obowiązkowe umieszczenie GPS w pojazdach odbierających śmieci. Zgodnie z rozporządzeniem o utrzymaniu czystości wszystkie pojazdy w kraju, które odbierają odpady komunalne, muszą być wyposażone w GPS. Jeśli ten elektroniczny system nadzoru zostanie wprzęgnięty w rozwiniętą bazę informacyjną, razem na przykład z umiejscowieniem pojemników rozstawionych po gminie, które również są oznaczone, czyli oczipowane (np. za pomocą systemu RFID), to można dość ściśle śledzić gminny strumień odpadów. Dodatkowo śmieciarki mogą być wyposażone w system ważenia śmieci. To też ciekawa innowacja, na którą decyduje się część gmin. System taki pozwala gminie zorientować się, ile do śmieciarki weszło odpadów, a potem w punkcie ich przeładunku, deponowania, wiadomo ile ich jest. Tym samym lepsza jest kontrola nad strumieniem odpadów. System śledzenia poprzez GPS i RFID jest coraz częściej stosowany w gminach i dobrze służy temu, by eliminować szarą strefę z gospodarki odpadami. Jest to oczywiście możliwe tylko wtedy, gdy gmina chce ściśle kontrolować swojego wykonawcę usług.

Dużo mamy takich gmin?

Sporo. Najlepszym przykładem takiej gminy jest Płońsk, gdzie od lat funkcjonuje spółka komunalna PGK, która ma własny zakład zagospodarowania odpadów, pojazdy, które wszystkie są, oczywiście, opomiarowane i tam strumień odpadów jest ściśle kontrolowany. Burmistrz Płońska, razem z prezesem swojego przedsiębiorstwa, prezentują swoje dokonania na różnych konferencjach. Coraz częściej słyszę o przetargach na systemy do monitorowania odpadów. Powstaje pytanie, czy kupowane są po to, by służyły do powszechnego monitorowania, by gmina miała wysoką jakość usług oraz lepiej kontrolować wędrówkę strumienia odpadów.

Jeśli już mamy kontrolowany strumień odpadów, to wiemy też, gdzie one trafiają i czy spływają tam, gdzie powinny.

W tym zakresie innowacyjnych rozwiązań raczej nie ma. Podstawowa metoda dotycząca zebranych od mieszkańców z selektywnej zbiórki odpadów jest taka, że trzeba je ponownie, w drugim etapie, posortować w zakładach przetwarzania odpadów, gdzie frakcje są doczyszczane, a potem pakowane i sprzedawane do recyklingu. Jeśli są czyste, to maja wysoką wartość. Jeśli niedoczyszczone, to niską.

Jeśli chodzi o zagospodarowanie odpadów zmieszanych, to w kraju dominuje metoda mechaniczno-biologicznego przetwarzania. Są to technologie, które mają ustabilizowany standard działania, chociaż pojawiają się pewnego rodzaju innowacje, jak np. taka, że biologiczną stabilizację prowadzi się w rękawach z tworzyw sztucznych, co ma na celu przede wszystkim obniżenie kosztów. Pewną innowacją organizacyjną jest budowa spalarni w zakładzie poznańskim, która odbywa się metodą partnerstwa publiczno-prywatnego (PPP), co wciąż jest rzadko spotykane w Polsce. Ale to tylko innowacja organizacyjno-finansowa. Taki model gotów byłbym uznać za innowacyjny, chociaż ja programu spalarniowego w Polsce nie pochwalam – oszczędniejszym podejściem byłoby dostosowanie istniejącej infrastruktury ciepłowniczej do spalania odpadów.

Spośród różnorodnych systemów przetwarzania odpadów ten etap, w hierarchii postępowania z odpadami, jest na przedostatniej pozycji, tuż przed składowaniem. A więc hierarchię zagospodarowywania odpadów realizujemy jakby od końca. Najpierw opanowaliśmy infrastrukturę składowania, teraz się bierzemy za infrastrukturę spalania. To jest niewątpliwie pewien krok naprzód, ale z pewnością niezadowalający.

Najważniejsze z innowacji, które należałoby w gminach z pewnością upowszechnić, to innowacje w sposobie zbierania odpadów. Tu przykładem dobrych praktyk jest gmina Nakło nad Notecią, która w zagospodarowaniu odpadów zdecydowała się iść niestandardową ścieżką i rozpisała przetarg wyłącznie na odbieranie odpadów. Natomiast zagospodarowaniem odpadów zajmuje się we własnym zakresie, w ramach własnych możliwości w trybie zamówienia in-house. Jest to gmina miejsko-wiejska. Połowa mieszkańców gminy mieszka w blokowiskach, połowa w zabudowie niskiej, w której prowadzony jest system zbiórki odpadów w systemie workowym. W tym systemie segregowania mieszkańcy otrzymują kilka worków na kilka frakcji. Jest też pojemnik na odpady mieszane.

Ciekawą natomiast innowację zastosowano w systemie blokowym zbierania śmieci. W gminie są budynki kilkukondygnacyjne w zabudowie średniej, ale zwartej – i w tych blokowiskach utworzono punkty mini-segregacji. Na osiedlach postawiono 10 miniPSZOK-ów, które obsługują ok. 50 proc. gminy. Jest to podobne rozwiązanie do stosowanego z powodzeniem od kilku lat w Płocku. Natomiast wprowadzona w Nakle zmiana organizacyjna polega na tym, że te miniPSZOK-i zajmują się przyjmowaniem tylko odpadów surowcowych oraz niebezpiecznych, takich jak odpady AGD, baterie, świetlówki, leki, farby, rozpuszczalniki.

Natomiast do niezamkniętych altan śmietnikowych trafiają odpady mieszane czy też mokre. Strumień odpadów mokrych idzie na międzygminny zakład mechaniczno-biologicznego przetwarzania (RIPOK). Natomiast selektywnie zbierane odpady, tzw. surowcowe, miasto zagospodarowuje we własnym zakresie na terenie własnego centralnego PSZOK-u wybudowanego wraz ze stacją przeładunku odpadów zmieszanych (zagospodarowuje odpady selektywnie zbierane), gdzie pracują ludzie sortujący odpady z posesji o niskiej zabudowie. Odpady z mini PSZOK-ów osiedlowych są już wcześniej przesortowane i w centrali są tylko belowane i pakowane na frakcje handlowe.

Co to są te PSZOK-i?

PSZOK-i to Punkty Selektywnej Zbiórki Odpadów Komunalnych. Według ustawy są obowiązkowe. Każda gmina ma zapewnić swoim mieszkańcom dostęp do nich, w ustawie jest mowa o tym, że dostęp ma być łatwy, tymczasem, żeby to było łatwe, to musi być przed domem i tak naprawdę to tylko miniPSZOK-i spełniają to kryterium. Większość gmin buduje PSZOK-i, które tego kryterium nie spełniają, bo są usytuowane na peryferiach miasta. Trzeba do nich dojechać specjalnie samochodem. W ustawie PSZOK-i zostały wymyślone głównie jako sposób na rozwiązanie problemów związanych z odpadami problematycznymi, takimi jak opony, meble, sprzęt AGD, RTV, chemikalia. Takiej infrastruktury nie da się postawić na osiedlach, muszą to być obiekty zbiorcze, jeden na kilkadziesiąt czy kilkaset tysięcy mieszkańców.

Mini PSZOK-i w Nakle nie obsługują odpadów wielkogabarytowych, ale stoją na osiedlach i jest do nich łatwy dostęp. Pełnią zatem inną funkcję, nieprzewidzianą w ustawie, ale wykorzystano definicję ustawową, żeby móc zgodnie z prawem te obiekty wybudować. Przeważnie jest to kontener w którym pracują ludzie, rozmiarami 5 na 6 metrów – a najważniejsze jest to, że stoi po prostu pod blokiem. To innowacja warta dobrej prasy. System funkcjonuje już od kilku miesięcy i umożliwia bardzo dobrze zorganizowaną zbiórkę odpadów surowcowych. W przeliczeniu na jednego mieszkańca zbieranych jest ich ponad 20 kg. Ilość zebranych odpadów w miniPSZOKach per capita w 2012 r. wyniosła 9,8 kg, prosta prognoza dla okresu całorocznego (x2) – 19,6 kg, ok. 10 proc. odpadów wytwarzanych w blokowiskach (ok. 200 kg rocznie per capita). To ok. 6,2 proc. strumienia odpadów komunalnych wytwarzanego przez statystycznego Polaka według GUS.

W Nakle mają również inne ciekawe rozwiązanie, jeśli chodzi o zbieranie informacji o śmieciach. Odpady, które każdy mieszkaniec przynosi do miniPSZOK-u, są ważone, a przynoszący je dostaje kwitek, na którym jest informacja o masie odpadów, data oraz godzina ich przyjęcia. Informacje te trafiają również do gminy, która dokładnie zna wielkość strumienia odpadów przechodzących przez mini PSZOK-i, dzięki czemu może dobrze zarządzać personelem je obsługującym.

Wie np. kiedy i gdzie w danych godzinach przychodzi najwięcej mieszkańców ze śmieciami i może w newralgicznym czasie oddelegować dodatkowego pracownika do sortowania odpadów. Jest to wyjątkowo dobre i innowacyjne rozwiązanie w zakresie zbiórki odpadów, dzięki któremu udało się pokonać powszechny problem dyscypliny segregacji odpadów w zabudowie blokowej. Bez tych miniPSZOK-ów nie dałoby się tego dokonać. Mieszkańcy bloków nie chcą najczęściej sortować odpadów i wyrzucają je, jak leci, do pojemników mieszanych.

To zresztą nie jedyna innowacja, jeśli chodzi o zbieranie odpadów. Coraz częściej różne, czasem bardzo interesujące, rozwiązania stosują miasta. Przykładowo w Warszawie model docelowej segregacji polega na tym, że wszędzie tam, gdzie właściciel nieruchomości deklaruje segregację, mają się pojawić pojemniki na selektywną segregację odpadów. Pojemników mają być trzy rodzaje: największy na odpady zmieszane, na szkło i pozostałe odpady surowcowe, jak metal, papier i na tworzywa sztuczne. Efektywność takiej segregacji jest na pewno niższa niż to ma miejsce w Nakle nad Notecią, ale jest to jakiś pomysł warty wzięcia pod uwagę przy wypracowywaniu docelowego sposobu działania pod tym względem. Aby zobaczyć, jakie będą efekty wprowadzenia tego rozwiązania, będziemy musieli trochę poczekać, ponieważ pomysł jest dopiero wdrażany.

Będzie można niektóre frakcje tych odpadów przetworzyć bez problemów np. na biogaz?

Jeśli chodzi o biogaz z odpadów komunalnych, gdybyśmy chcieli zobaczyć, jak to może wyglądać, to trzeba pojechać do Szwecji albo Norwegii. Szczególnie ciekawa jest Norwegia, która ma tak dużo gazu na Morzu Północnym, a mimo to śmieciarki jeżdżą na biogaz z odpadów komunalnych. W Polsce na razie przepisy nie pozwalają na to, żeby do biogazowni wrzucić odpady komunalne. Żeby to można było zrobić, odpad komunalny musi być frakcjonowany inaczej, niż to jest stosowane powszechnie w Polsce. Żeby zrobić biogaz z odpadów komunalnych, trzeba wyodrębnić czystą biomasę, czyli czyste odpady kuchenne. Takie rzeczy robi się w nielicznych gminach w Polsce. Żeby taką biogazownię zorganizować, to z punktu widzenia ekonomiki technologii trzeba by tych odpadów kuchennych zebrać i zgromadzić od minimum 200 tysięcy ludzi, czyli przynajmniej z kilkudziesięciu tysięcy gospodarstw domowych. Takich odważnych gmin, które chciałyby mieć własną biogazownię na odpady komunalne na razie nie ma.

Ale w wielu gminach w zbiórce odpadów wyodrębnia się frakcje kuchenną?

Tak jest np. w Płocku, gdzie zastosowano rozwiązanie z mini sortowniami odpadów i cały czas sortuje się frakcję kuchenną. Tym systemem w mieście objętych jest ok. 6 tysięcy mieszkańców. Czysta biomasa, która powstaje w minisortowniach, jedzie do kompostowania do zakładu, który się tym zajmuje. Nie znam u nas żadnej gminy, która robi to zgodnie z modelem skandynawskim. W wielu naszych gminach zbiera się wprawdzie biomasę, ale tylko tę tzw. ogrodową, czyli odpady zielone. Odpady kuchenne lądują w odpadach mieszanych. Nie jest to na pewno skandynawski model segregacji odpadów. Biogazu ze śmieci na razie w Polsce nie ma i, szczerze mówiąc, nie widzę perspektyw, by był on w przyszłości. Do takiego modelu trzeba by wdrożyć miniPSZOK-i w modelu płockim ich funkcjonowania na szeroką skalę i to przynajmniej w kilkusettysięcznym mieście.

Nie uda się nam wdrożyć segregacji u źródła, zwłaszcza w blokach, bez upowszechnienia miniPSZOK-ów, które – oprócz segregacji odpadów surowcowych – zajmowałyby się również segregacją biomasy. Innowacyjny w kraju pod tym względem model zbierania odpadów od wielu lat z powodzeniem działa w Płocku. Niestety, prowadzony jest na małą skalę.

A jak gminy radzą sobie z recyklingiem?

Recykling został zepchnięty do sektora prywatnego i chyba nawet jest to słuszne rozwiązanie, jednak na razie za słabo wspierane przez system opłat produktowych. Nie śledzę, czy mamy możliwość pochwalić się jakimiś nowatorskimi rozwiązaniami w tym zakresie. Głównymi powodami niskiego postępu technologicznego są bariery wejścia, w tym zwłaszcza bariery kapitałowe, ale przede wszystkim – ogromne ryzyko związane z nieustannymi zmianami w prawie. Przykładem jest przetwarzanie tworzyw sztucznych na paliwa konwencjonalne – nie ma chętnych, by chcieli w tę dziedzinę zainwestować. Wiem o tym z doświadczenia, bo sam próbuję wdrożyć nowatorską technologię w tym zakresie.

Cóż to za wynalazek?

W drobnych szczegółach opracowaliśmy i opatentowaliśmy technologię przetwarzania zanieczyszczonych i zmieszanych poliolefin na płynne paliwa konwencjonalne – typu parafina, benzyna czy olej opałowy. Technologia zwana jest pirolizą tworzyw sztucznych, czy też depolimeryzacją tworzyw sztucznych, która polega na rozbijaniu łańcuchów węglowodorowych na krótsze. Otrzymujemy kilka frakcji płynnych paliw, które spełniają bardzo wysokie normy jakości. Jest to ciekawa technologia, która ma wysoki bilans energetyczny – na 1000 kg tworzyw sztucznych włożonych do aparatury uzyskuje się ok. 800 kg paliw płynnych, które można zamienić na energię elektryczną i cieplną w generatorach prądotwórczych. Pierwsze wdrożenie tej technologii kosztuje w tej chwili około 5 mln zł, a oczekiwany zwrot z inwestycji wynosi maksymalnie trzy lata od podjęcia działań. Szukamy inwestora, który zechce zaryzykować w tej branży.

*

Powyższy artykuł został przygotowany na potrzeby wydawanego przez Fundację Promocji Gmin Polskich Biuletynu Eko-Gmina.

czwartek, 24 lipiec 2014 19:50

REFORMA ZALEŻY OD NAS

Napisane przez

Rozmowa z Krzysztofem Kawczyńskim, przewodniczącym Komitetu Ochrony Środowiska w Krajowej Izbie Gospodarczej

WŁODZIMIERZ KALETA: Jak ocenia Pan funkcjonowanie ustawy śmieciowej po roku? Co się udało, a co już dziś widać, że trzeba będzie zmienić?

KRZYSZTOF KAWCZYŃSKI: Gminy lepiej lub gorzej, w terminie – lub trochę po nim, przeprowadziły przetargi na wybór firm, mających odbierać odpady komunalne. Tyle tylko, że w nowej ustawie, tzw. śmieciowej, nie chodziło jedynie o zorganizowanie przetargów, ale przede wszystkim, mówiąc najogólniej, o zmianę systemu gospodarowania odpadami na racjonalny i bardziej proekologiczny, ukrócenie nielegalnych praktyk postępowania ze śmieciami, skierowanie ich zamiast do lasu – do regionalnych instalacji przetwarzania odpadów (RIPOK), by mogły być w coraz większym stopniu przetwarzane i wykorzystywane ponownie, jako surowce wtórne w procesach recyklingu lub odzysku. Pod tym względem, powiedziałbym, ta wielka reforma wyszła nam połowicznie i dzisiaj możemy dyskutować, czy szklanka jest do połowy pełna, czy do połowy pusta.

Śmieci wciąż pełno w lesie...

Istotnie, „Lasy Państwowe” sygnalizują, że ilość śmieci w lasach wcale się nie zmniejszyła, zmienia się natomiast struktura tych śmieci. Obecnie więcej jest śmieci „specjalnych”, np. z działalności rzemieślniczej, remontów itd.

Jakie są tego przyczyny?

Wydaje się, że jedną z najważniejszych przyczyn takiego stanu rzeczy jest w dużej mierze to, że reforma gospodarki „śmieciowej” w wielu samorządach skończyła się w praktyce na samych przetargach. Gminy szukały firm oferujących jak najniższe ceny, które przejęłyby całą gospodarkę odpadami: odbierały śmieci i je transportowały, unieszkodliwiły, i jeszcze dały gminie jakiś papier, że zrobiły to tak, jak trzeba. I na tym, niestety, reforma się potknęła. W nowych rozwiązaniach nie chodziło bowiem jedynie o odbieranie i wywóz śmieci byle gdzie i byle tanio, ale przede wszystkim – o ich zagospodarowanie, i to zgodnie z wymogami i standardami UE. Tak się, niestety, nie dzieje. I dzisiaj wszyscy o tym wiedzą – no, może poza politykami, którzy odtrąbili jeszcze jeden sukces i po sprawie.

Trudno więc chyba będzie nam rozmawiać o innowacyjności w gospodarce odpadami?

Najłatwiej byłoby mówić o innowacyjności, jeśli chodzi o pomysły na przekręty i nieprawidłowości w tej gospodarce. Takim „innowacyjnym” pomysłem może być chociażby stosunkowo nowe zjawisko, ale szybko się rozwijające, dotyczące magazynowania odpadów jako sposobu ich zagospodarowania. Wykorzystuje się zapisy prawa pozwalające na długotrwałe magazynowanie odpadów bez żadnych opłat. Tworzą się specjalne firmy, które chętnie przyjmują odpady do magazynowania. W praktyce często odpady te są spakowane w bele i foliowane, a ich kody nie odzwierciedlają zawartości w środku. W niektórych przypadkach wszystko wyraźnie wskazuje, że podmiot magazynujący nie ma zamiaru ich przetwarzać i raczej zakończy działalność po pewnym okresie, gdy osiągnie zakładany dochód z tego procederu.

Ta „innowacyjność” sprowadza się też do wymyślania cudownych metod utylizacji odpadów za przysłowiową złotówkę. Przykładowo, śmieci zamiast do odpowiedniego zakładu przetwarzania, czy na składowisko, wędrują sobie na nielegalne „składowiska” typu stare żwirownie. Są też pomysły na quasi-kompostowanie, polegające na przykrywaniu śmieci brezentem czy folią z nadzieją, że jak one sobie tak poleżą ze dwa tygodnie, np. na podwórku, to cudownie zamienią się w pachnący kompost, który będziemy mogli wykorzystać na działce. To tak jednak nie działa. Powstające „komposty” nie są przydatne dla celów użyźniania gleby i w znacznej części są wykorzystywane do składowania (na cele rekultywacyjne składowisk) przy znacznie niższej opłacie marszałkowskiej. Brakuje warunków dla produkcji kompostów spełniających normy, a tworzy się za to fikcyjny system przetwarzania bioodpadów. Tych nieprawidłowości jest znacznie więcej.

Jest jakaś recepta by się ich pozbyć?

W Krajowej Izbie Gospodarczej, w środowisku eksperckim trwa dyskusja na ten temat. Wiem, że również zespół funkcjonujący przy ministrze środowiska przygotowuje propozycje do nowelizacji ustawy. W I kwartale 2014 r. przesłaliśmy ministrowi środowiska i przedstawicielom parlamentu propozycje KIG w zakresie najważniejszych zmian w nowej ustawie o utrzymaniu porządku i czystości w gminach z 1 lipca 2011 r. lub w aktach wykonawczych.

Jakie to zmiany?

Jest ich sporo. Trudno byłoby je wszystkie szczegółowo wymienić. Postulujemy m.in., by rozdzielić przetargi na odbiór i zagospodarowanie odpadów. Łączny przetarg powinien być możliwy tylko w wyjątkowych i określonych przypadkach. Przetargi na odbiór odpadów powinny też być dostępne dla większej liczby operatorów, ale w specyfikacji byłby wymóg dostarczania odpadów do wskazanych przez gminę instalacji RIPOK z danego regionu gospodarki odpadami. Wnosimy też o doprecyzowanie w ustawie obowiązku prowadzenia w każdej gminie selektywnej zbiórki odpadów (wycofanie fakultatywności) oraz wskazanie w ustawie lub rozporządzeniu ministra środowiska standardów w zakresie zbiórki selektywnej odpadów komunalnych. Zwracamy również uwagę na uregulowanie procedur nadzoru i kontroli drogi odpadów do instalacji przetwarzania. Obecnie brakuje bowiem monitorowania przez gminy przewozu odpadów do RIPOK. Nie jest też weryfikowana ilość odbieranych odpadów oraz ich jakość. No i w końcu te nieszczęsne przetargi gminne oparte wyłącznie na najniższej cenie, często już w fazie wyboru oferty nierealnej i niewykonalnej.

Dlatego trudno dziś mówić o innowacyjności w zagospodarowywaniu odpadów w sensie nowych technologii. Reforma, jak na razie, nie pobudziła szczególnie samorządów do ich wprowadzania. Ci, co takie technologie mieli wcześniej, to je mają, ci którzy ich nie mieli, nie mają ich nadal i jeszcze długo ich nie wprowadzą, ponieważ dzisiaj inwestowanie w gospodarkę odpadami jest bardzo ryzykowne z punktu widzenia zwrotu kapitału. Rynek jest nieprzewidywalny i nasycony różnego rodzaju nieprawidłowościami. Są pewne pozytywne zmiany w technologiach do recyklingu odpadów i odzyskiwanych z nich surowców wtórnych. Tu można pochwalić się kilkoma nowoczesnymi instalacjami, np. do makulatury, ale te instalacje będą potrzebowały odpadów selektywnie zbieranych, czystych i w dużych ilościach, a dzisiaj rynek tego nie jest w stanie wygenerować, bo zbyt wolno rozwija się zbiórka selektywna.

Budujemy jednak spalarnie.

Jeśli chodzi o nowoczesne i innowacyjne technologie, to spalanie odpadów nie jest preferowane przez UE. Unia stawia przede wszystkim na ich przetwarzanie z przeznaczeniem do ponownego wykorzystania. Jak dotąd nie widać u nas specjalnie ruchu w zakresie wprowadzania nowych, innowacyjnych metod mających temu służyć. Natomiast przed kilku laty powstał krajowy program budowy sześciu dużych spalarni śmieci. Za rok inwestycje te powinny być gotowe. Będą mogły spalić z większym bądź mniejszym nakładem energii ok. milion ton zmieszanych odpadów. My natomiast mamy obecnie problem z ok. 4 mln ton palnych frakcji odpadów. Spalarnie zatem tego problemu nam nie rozwiążą.

Co w tej sytuacji? Budować kolejne?

Odpady możemy zagospodarować bardziej regionalnie i bardziej efektywnie bez budowy kolejnych wielkich i bardzo kosztownych spalarni. Te „dobre” odpady mogą zostać zamienione na ciepło w naszych mieszkaniach lub prąd elektryczny w naszych domach. Stanowisko Krajowej Izby Gospodarczej jest następujące: zamiast koncentrować się na budowaniu kolejnych spalarni wielkich jak Huta Katowice, bardzo drogich i niemile przez UE widzianych, skoncentrować się trzeba na odzysku ciepła i energii z odpadów, ale w mniejszych elektrociepłowniach, gdzie w warunkach kogeneracji można dobudować w kotłowni blok na paliwo z odpadów, tzw. suchy RDF, czyli wykorzystać zamiast węgla zmielone wysokokaloryczne frakcje. To jest kierunek, który zdaniem KIG powinien być rozwijany, jest racjonalny i bardziej efektywny ekonomicznie niż wielkie obiekty spalarniane. Na razie jednak „w tym tunelu nie widać zielonego światła”.

A co z biogazem, z którym wiązano takie nadzieje, zwłaszcza w małych gminach i wiejskich?

Do produkcji biogazu również niezbędne są określone frakcje uzyskiwane z odpadów. Biogazownie, których trochę w kraju powstało, mają jednak problemy z pozyskaniem tych frakcji, dlatego pracują na małych obrotach. Brakuje biomasy. Biogazownie sygnalizują, że brakuje nie tylko dostatecznej liczby źródeł biomasy, np. plantacji wierzby przemysłowej, którą można by spalać, ale także np. gnojowicy. Trochę lepiej wychodzi nam recykling. To dlatego, że większość z nas w ramach systemów gminnych segreguje śmieci. Wzrosła też liczba firm, które te posegregowane odpady odbierają. Poprawa w tym zakresie widoczna jest wyraźnie także dlatego, że wcześniej recykling w naszym kraju był na bardzo niskim poziomie, ok. 5 proc wytwarzanych odpadów. Obecnie powinien wynosić ok. 20 proc, a osiągamy granice 10 proc. Mamy ambitne plany, by do 2020 r. wskaźnik ten wzrósł do 50 proc. Sadzę, że jeśli uda nam się osiągnąć 25 proc. – to będzie dobrze.

Dlaczego tak trudno nam dojść do standardów w przetwarzaniu odpadów osiągniętych choćby w państwach skandynawskich? Nie możemy od nich ściągnąć najnowocześniejszych, innowacyjnych rozwiązań, z których na pewno korzystają?

Różne kraje „starej” UE w różnym stopniu wykorzystują energię z odpadów, ale ważne jest to, że średnio około 35 proc. odpadów jest unieszkodliwiane poprzez odzysk energii w procesach termicznych. Najlepszym przykładem są państwa skandynawskie. Tyle tylko, że te kraje pracują konsekwentnie nad zasadami budowy systemu zbierania i przetwarzania odpadów od ponad dwudziestu lat. To nie jest program do załatwienia z dnia na dzień, przez hasło „rewolucja śmieciowa”. Ten proces musi trwać, trzeba zmienić nawyki i świadomość mieszkańców, konsekwentnie wdrażać racjonalne zasady postępowania z odpadami, a także filozofię naszego życia w celu ograniczania „produkcji odpadów” i ich unikania. My wciąż jesteśmy pod tym względem na początku drogi. Tymczasem przedsiębiorcy, którzy postępują uczciwie i biorą udział w grze na rynku odpadów, narzekają, że rynek ten jest nasycony najróżniejszymi patologiami. Administracja odpowiedzialna za kontrolę i nadzór nad rynkiem nie panuje nad sytuacją, nie kontroluje strumienia przepływu odpadów i nie wyciąga konsekwencji wobec osób i przedsiębiorców naruszających regulacje prawne w tym zakresie. I to jest rzeczywiście problem. Ale to nie jest problem złego prawa, tylko niekonsekwencji w jego wdrażaniu i egzekwowaniu.

W obowiązki KIG wpisana jest też edukacja społeczeństwa.

Świadomość społeczeństwa w tym zakresie wzrasta, ale nadal jest sporo do zrobienia. Świadomość przedsiębiorców, która jest pochodną świadomości społeczeństwa, chociażby z racji wielu obowiązków prawnych, rośnie szybciej. Liczymy na pomoc administracji rządowej, która powinna uczestniczyć w budowie świadomości obywateli na tych płaszczyznach, które mają bezpośredni wpływ na nasze środowisko i funkcjonowanie przedsiębiorstw.

Moim zdaniem, powszechna edukacja społeczeństwa, w tym m.in. z wykorzystaniem mediów publicznych, jest  konieczna. Nie chodzi przy tym o jakieś profesorskie mądrości, ale przekazanie obywatelom paru prostych prawd i zasad, np. dlaczego segregacja śmieci jest tak ważna, jak to się powinno robić i jakie szkody przynosi nam wyrzucanie śmieci w lesie itp. Do tego dochodzi edukacja ekonomiczna. Jeżeli mając wybór mam zapłacić dwa razy więcej za śmieci niesegregowane, niż gdybym je segregował, to rachunek ekonomiczny sam się narzuca, bez specjalnej kalkulacji i edukacji ekologicznej. Lepiej płacić np. 20 niż 40 zł, ale wtedy ja muszę zadać sobie trochę trudu, żeby odpowiednio posegregować moje odpady, no ale dzisiaj nie ma nic za darmo.

Może opłaty za wywóz śmieci są zbyt wysokie?

Po tej całej „rewolucji śmieciowej” okazało się, że jest odwrotnie. Nasz „rynek odpadowy” był wyceniany na ok. 5 mld zł w 2012 r., czyli „przed rewolucją”. Szacowaliśmy, że po wprowadzeniu nowych zasad i opłat rynek powinien wzrosnąć o ok. 20 proc. Tak się jednak nie stało. Wartość tego rynku spadła obecnie o 40 proc. – do 3,3 mld zł. To świadczy, że samorządy masowo wybierały najtańsze oferty, konkurencja między firmami zajmującymi się odpadami doprowadziła do wyeliminowania z rynku wielu firm, a te, które pozostały, obecnie narzekają na nieopłacalność tej działalności, bo za pieniądze, jakie otrzymują od gmin, trudno legalnie zagospodarować odbierane odpady. No i w ten sposób mamy kolejne, po budowie autostrad za pół ceny, polskie doświadczenie budowy systemu gospodarowania odpadami – za pół ceny. A może UE to od nas kupi?

*

Powyższy artykuł został przygotowany na potrzeby wydawanego przez Fundację Promocji Gmin Polskich Biuletynu Eko-Gmina.

czwartek, 24 lipiec 2014 19:45

FESTYN NA SZÓSTKĘ Z PLUSEM

Napisane przez

Po pierwsze: bezpieczeństwo. Po drugie, atrakcyjny program z koncertem gwiazdy rocka. Po trzecie – wyluzowani samorządowcy, którzy umieją szaleć razem z mieszkańcami. Oto recepta na wzorcową imprezę lokalną.

Studenci Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza od kilku lat zapraszają chętnych na Morasko (peryferyjna część Poznania) na tłumne pieczenie kiełbasy. Tegoroczna impreza wyrwała się jednak spod kontroli – przyjechało około ośmiu tysięcy osób, chociaż żacy zgłosili w urzędzie miasta tylko 600 uczestników. Wracający z Wielkiego Grillowania pobili i wyrzucili z tramwaju bezdomnego, zdemolowali kilka wagonów, a tłum stratował na przystanku kobietę. Rano znaleziono zmasakrowane ciało z odciętą głową – 22-latka, który brał udział w zgromadzeniu.

Beztroska zabawa, przynajmniej dla niektórych, zamieniła się piekło. Duch wspólnoty i biesiady uleciał, a zostały tylko paragrafy. „A przecież można zupełnie inaczej” – jak mawiał nieodżałowany Tadeusz Fijewski w filmie „Wiosna, panie sierżancie”. Spokojnie, radośnie i z klasą.

Sieradz tętni

Udowodnili to m.in. mieszkańcy Sieradza i turyści odwiedzający to miasto, którzy wzięli udział w Open Hair – festiwalu ku czci Antoine’a Cierplikowskiego, pochodzącego stamtąd światowej klasy mistrza nożyczek (zapisał się w historii, gdy w 1909 r. po raz pierwszy ściął na krótko włosy popularnej aktorki francuskiej Evy Lavalliére). Program imprezy był nader bogaty, a spokoju uczestników nikt nie zakłócał. Mogli przebierać w koncertach i pokazach, podziwiać miejscowość z wieży widokowej, a także zajrzeć do miejsc związanych ze słynnym fryzjerem i spróbować lokalnej kuchni. Jedną z największych atrakcji okazały się zaś rejsy statkiem po Warcie.

– Za nami piąta edycja imprezy, dzięki której budujemy spójny, konsekwentny przekaz – podkreśla z entuzjazmem Jacek Walczak, prezydent Sieradza. – Przyjeżdża do nas co roku zdecydowanie więcej ludzi. Z cichego, spokojnego, może nieco sennego miasteczka, staliśmy się aktywnym, nowoczesnym, tętniącym życiem miastem.

Majowe grillowanie na Morasku dla Poznania skończyło się wizerunkową klapą, natomiast lipcowy Open Hair sprawia, że Sieradz z każdym rokiem staje się coraz bardziej rozpoznawalnym i ważnym miejscem na mapie Polski. Co z tego wynika? Że samorządowcy doskonale sobie radzą z organizacją imprez masowych, a studenci ani trochę? Takie stwierdzenie byłoby krzywdzące dla akademickiej braci. Wszak można by podać wiele przykładów udanych imprez urządzonych przez żaków. Bez trudu dałoby się również przypomnieć nieudane imprezy gminne czy powiatowe, mogące świadczyć o organizacyjnej nieudolności włodarzy.

Jeśli jakaś sensowna nauka płynie z casusu Moraska i Sieradza, jest ona taka: lekkoduchostwo i postawienie na tzw. „spontan” w większości przypadków są zapowiedzią klęski, z kolei dobre przygotowanie zwykle skazuje organizatora na sukces. – Chyba że pogoda nie dopisze – zastrzega Zdzisław Kałamaga, starosta powiatu ostrowieckiego, wcześniej prezydenta Ostrowca Świętokrzyskiego. – Ale aura to jedyna rzecz, na którą nie mamy wpływu. Cała reszta zależy od nas i o tę resztę właściwie musimy zadbać – kwituje.

Od zatrucia, ognia i chorób strzeż nas

Festiwale muzyczne, pojedyncze koncerty, obchody dni regionu czy miasta, rozgrywki sportowe, jarmarki to wydarzenia z założenia rozrywkowe i beztroskie. Mało kto z uczestników zdaje sobie jednak sprawę, ile pracy poświęca organizator, aby wszyscy wrócili z eventu szczęśliwi i jeszcze przez wiele dni opowiadali rodzinie, sąsiadom, znajomym, jak świetnie się bawili pod chmurką.

– Wszystko musi być dopięte na ostatni guzik – twierdzi Katarzyna Pawlak, rzecznik Rzeszowa. –  Na naszej głowie są baza noclegowa i gastronomiczna, zaopatrzenie, komunikacja, toalety. A wcześniej trzeba jeszcze oplakatować miasto i wypromować imprezę w mediach – wylicza.

Ale tym, co organizatorom najbardziej spędza sen z oczu, są kwestie bezpieczeństwa. Bo jeden nieszczęśliwy wypadek może zatrzeć wszystkie pozytywne wrażenia i przeżycia. A w mediach ukaże się mnóstwo krytycznych materiałów, które chluby danemu ośrodkowi czy samorządowi z pewnością nie przyniosą.

– Zapewnienie odpowiedniej porcji atrakcji to zaledwie wierzchołek góry lodowej, a najważniejsze jest to, co niewidoczne dla oczu – zauważa Katarzyna Pawlak. I formułuje listę zadań do „odhaczenia”. – Należy dogadać się z policją i strażą pożarną, wynająć firmę ochroniarską, wystawić należycie przygotowane służby porządkowe i informacyjne, zadbać o dostateczną liczbę karetek i punktów medycznych, zatroszczyć się o kwestie sanitarne...

– Ponadto trzeba pamiętać o drogach dojazdowych, oznakowaniu terenu i zapewnieniu bezawaryjnej łączności służb porządkowych z organizatorem – uzupełnia Zdzisław Kałamaga.

Organizator imprezy odpowiada za wszystko, co podczas jej trwania może się wydarzyć. Jeśli nie wykupił ubezpieczenia OC, a zostanie stwierdzona jego odpowiedzialność cywilna, nie ma rady –  będzie musiał zaspokoić roszczenia pokrzywdzonych z własnych środków. Nie muszą to być od razu poważne wypadki z dużymi konsekwencjami, często chodzi o błahe z pozoru incydenty. Oto ktoś zaczepił nogą o stopień, przewrócił się i skręcił nogę. Potem dostał zwolnienie lekarskie, poniósł koszty leczenia – a później się okazało, że kończyna nie do końca jest sprawna. Potrzeba pieniędzy na rehabilitację. Skąd je wziąć, jeśli nie od samorządu, czyli sprawcy całego zamieszania?

Jest pomysł, kasa się znajdzie

Kiedy mamy pewność, że zrobiliśmy wszystko, co w naszej mocy, by nikomu włos z głowy nie spadł, można spokojnie pomyśleć o najważniejszym, czyli rozrywkowych aspektach imprezy. Dużym wyzwaniem jest zaproszenie artystów, podpisanie umów z ich menedżerami. A potem zbudowanie sceny czy wybór sprawnej ekipy technicznej, która zajmie się nagłośnieniem i oświetleniem podczas występów i koncertów.

– Lwią część kosztów eventu pochłania występ gwiazdy – informuje starosta ostrowiecki. – Taka przyjemność kosztuje od 10 do 50 tysięcy złotych, zależnie od klasy i popularności zespołu, bądź wokalisty.

Z kolei rzecznik Rzeszowa zaznacza, że cena nie może być głównym, a tym bardziej jedynym kryterium wyboru wykonawcy. Kluczem do sukcesu jest wczucie się w potrzeby i wyrobienie artystyczne mieszkańców. Na szczęście – podkreśla – główne imprezy odbywają się niemal w każdej miejscowości cyklicznie od lat, więc nietrudno odgadnąć, jaki gatunek muzyki, piosenkarz czy repertuar najbardziej przypadnie do gustu odbiorcom.

– Postawiliśmy na różnorodność: muzyka klasyczna, ludowa, opera, jazz, mocne uderzenie – ujawnia. –  Disco polo – w ostateczności lub wcale, bo jakkolwiek górnolotnie to zabrzmi, naszą ambicją jest edukowanie mieszkańców, promowanie piękna. Zależy nam, by się wspięli na wyższy poziom jako koneserzy sztuki – podkreśla rzecznik Rzeszowa.

Cykliczność wydarzeń ułatwia też planowanie budżetu i zdobycie dofinansowania. – Na Europejską Stolicę Kultury dostajemy 2 miliony złotych od resortu kultury, milion znajdujemy we własnej kasie, natomiast na Światowy Festiwal Polonijnych Zespołów Folklorystycznych otrzymujemy wsparcie marszałka województwa – wskazuje Katarzyna Pawlak.

Czy również firmy nie mogłyby sypnąć groszem? Wielu włodarzy – choćby starosta ostrowiecki – niechętnie odnosi się do tej możliwości. Zdaniem Zdzisława Kałamagi taka sytuacja może się skończyć podejrzeniami o korupcję. Niejeden dziennikarz szuka dziury w całym, a i opozycja zarzuci organizatorowi imprezy nadmierne zbratanie z biznesem. A wybory samorządowe tuż-tuż. – Dlatego nie korzystamy raczej ze sponsorów – stwierdza Kałamaga. – Za to dzierżawimy miejsca na stoiska dla lokalnych rzemieślników, twórców ludowych czy gastronomików. Wpływy z wynajmu nierzadko pokrywają dużą część wydatków. Te zaś wcale nie muszą przyprawiać obywateli o ból głowy – jeśli tylko całe przedsięwzięcie organizator zaplanuje tak jak trzeba.

Władza też umie się bawić

Samorządowcy zapewniają zgodnie: podejście „zastaw się, a postaw się” już dawno wyszło z mody. Naprawdę może być oszczędnie i skromnie – byle tylko mieć pomysł na zabawę. Przykładem mogą być konkursy dla dzieci z symbolicznymi nagrodami, które są nieznacznym obciążeniem dla budżetu, a wprowadzają wiele radości i śmiechu.

– Rzadko kiedy coś tak rozwesela uczestników, jak wójt czy prezydent biegający razem z miejscową drużyną za piłką – uśmiecha się starosta Kałamaga. – Ludzie chcą wiedzieć, że gospodarz ich miejscowości lub regionu to swój chłop, a nie nudny, odpychający urzędas, sztywny jakby kij połknął – dodaje.

Festyny są więc świetną okazją, żeby władza pokazała swoją ludzką, uśmiechniętą twarz. Doskonale to rozumie m.in. Arkadiusz Klimowicz, burmistrz Darłowa w województwie zachodniopomorskim, który kilka lat temu – podczas Międzynarodowego Zlotu Historycznych Pojazdów Wojskowych – wziął ślub z dziennikarką „Dziennika Bałtyckiego”, Joanną Lichacy. Sprzed darłowskiego ratusza państwa młodych zabrał radziecki opancerzony wóz transportowy BTR-152 z 1961 r. Towarzyszyła im kolumna starych, lecz z pietyzmem odrestaurowanych pojazdów bojowych. W centralnym punkcie zlotu, na scenie – wśród tłumu widzów i żurnalistów i przed obliczem kierownika Urzędu Stanu Cywilnego – nowożeńcy powiedzieli sobie sakramentalne „tak”. Tego dnia Darłowo było na ustach, falach radiowych i wizji prawie całej Polski.

Dużym dystansem do siebie wykazał się również Jerzy Lechnerowski, burmistrz miasta i gminy Kórnik pod Poznaniem, który w 2010 r. uroczyście otwierał pływalnię i halę widowiskowo-sportową. Wskoczył do basenu w garniturze, wprawiając zebranych w dobry humor. – Dobrze, że na co dzień poważni, odpowiedzialni, ubrani w eleganckie garnitury czy garsonki samorządowcy potrafią być na luzie – uważa Zdzisław Kałamaga. – Dawniej wystarczyło, że włodarz rozpoczął, a potem zakończył event oficjalną, drętwą przemową. Dziś ma się bawić ze wszystkimi. To zbliża ludzi do tak zwanych wybrańców narodu, wprowadza lepszą atmosferę i cementuje lokalną społeczność – uzupełnia. Wieść o takich zachowaniach szybko się roznosi po województwie, nieraz nawet po kraju. Tak – bez żadnych nakładów – buduje się tyleż profesjonalną, co przyjazną markę miejscowości, gminy, powiatu, regionu.

Co mogliśmy zrobić lepiej

A co, jeśli pod względem finansowym, logistycznym i marketingowym urządziliśmy imprezę na szóstkę? Czekać na medale, fanfary, laudacje? Bynajmniej. Nie ma przecież takiego wydarzenia, którego nie dałoby się przeprowadzić lepiej. Zawsze zdarzą się jakieś pomyłki, niedociągnięcia, braki. Zawsze można dać z siebie trochę więcej. Wykrzesać więcej energii, kreatywności i sprytu.

– Osiąść na laurach, chlubić się swoim profesjonalizmem, odcinać kupony od wcześniejszych  sukcesów – to najgorsza z możliwych strategii – potwierdza Jacek Walczak, prezydent Sieradza.

Może niedostatecznie nagłośniliśmy festyn, a może któraś ze służb nie stanęła na wysokości zadania? Skąd wzięły się nieprzewidziane sytuacje? No i co sprawiło, że przyszło nieco mniej ludzi niż planowaliśmy? A ten nieprzychylny artykuł w prasie? Te skargi mieszkańców, którym przeszkadzał hałas – nieliczne wprawdzie, lecz jednak? Z błędów należy wyciągnąć wnioski i zadbać, by niedociągnięcia się nie powtarzały. A wtedy – kto wie? – może uda się wreszcie zorganizować samorządowy event na szóstkę z plusem. Taki, którym zachwyci się nie tylko Polska, lecz także kawałek Europy i świata. Poprzeczka zawieszona wysoko, ale próbować warto.

Strona 1 z 2

Lock full review www.8betting.co.uk 888 Bookmaker

PARTNERZY