Wydawnictwo Publicus Sp. z o.o.
04-260 Warszawa, ul. Jedwabnicka 1
tel/fax: +48 22 610 10 99 w. 26
Bank Zachodni WBK SA XVII Oddział Warszawa 
08 1090 1753 0000 0001 1981 0954

Ostrzeżenie

JUser::_load: Nie można załadować danych użytkownika o ID: 67.

JUser::_load: Nie można załadować danych użytkownika o ID: 53.

JUser::_load: Nie można załadować danych użytkownika o ID: 65.

JUser::_load: Nie można załadować danych użytkownika o ID: 51.

Sierpień 2013

Sierpień 2013 (19)

niedziela, 25 sierpień 2013 16:53

SEKS W URZĘDZIE, CZYLI JAK TO PANIE BĘDZIE?...

Napisane przez

Władza to podobno najlepszy afrodyzjak. Wydawałoby się więc, że za notablem panny sznurem… Tymczasem, jak Polska długa i szeroka, podbijanie niewieścich serc idzie urzędnikom, jak po grudzie. Niektórzy muszą uciec się do wykorzystywania swojej zawodowej pozycji, aby nawiązać intymne kontakty. I nie ma znaczenia, wójt to czy marszałek…  A kobieta to podwładna, czy petentka w urzędzie.

Najświeższym skandalem – który wstrząsnął wiosną bieżącego roku całym Podkarpaciem – była głośna seksafera byłego już marszałka tego województwa, Mirosława Karapyty (PSL), prawej ręki szefa klubu parlamentarnego PSL, Jana Burego. Lubelska prokuratura postawiła marszałkowi zarzuty korupcji i płatnej protekcji, a przede wszystkim uzyskiwania korzyści osobistych w postaci zaspokajania potrzeb seksualnych.

Mechanizm był prosty: podległe mu urzędniczki, którym zależało na awansie lub dalszej pracy, wiedziały, że najprostsza droga do osiągnięcia celu wiedzie przez łóżko szefa. Jedna z kobiet zgodziła się na seks z marszałkiem w zamian za przyjęcie jej do pracy w urzędzie, druga – za załatwienie sprawy, która nie leżała w jego kompetencjach. Ofiar wybujałego temperamentu marszałka mogło być nawet kilkanaście, również z okresu sprzed kilku lat, kiedy był wojewodą podkarpackim.

Prasa szybko podchwyciła temat i okrzyknęła go „seksmarszałkiem” oraz epatowała tytułami w stylu: „Dawał pracę za seks”, „Z urzędu zrobił harem”.

Uważaj, o czym mówisz przez telefon

Podkarpacki baron PSL wpadł głupio, bo przy okazji podsłuchiwania przez CBA rozmów telefonicznych pewnego biznesmena z Przeworska. Podczas jednej z nich ktoś zapewnił go, że wygrany przetarg ma w kieszeni. Po nitce do kłębka – i trafiono do marszałka Karapyty. Ustalono, że w latach 2011-2012 przyjął łapówki na łączną kwotę co najmniej 50 tysięcy złotych. Z różnych źródeł. Rolnik, który chciał uzyskać dotacje unijne, opłacał marszałkowi zagraniczne podróże, m.in. wyjazdy na narty do Włoch. Przeworski biznesmen dał mu 30 tysięcy zł za przyspieszenie wypłaty unijnych dotacji, a ktoś inny – wart 5 tysięcy komplet mebli za przyjęcie krewnej do pracy.

Najbardziej jednak zbulwersował wszystkich wątek obyczajowy, związany z seksualnymi podbojami eksmarszałka. Podobno obiecywał awans znacznie młodszym od siebie podwładnym w zamian za seks. Kobiety mu nie odmawiały, bo bały się, że stracą pracę. A znalezienie nowej jest dużym problemem na Podkarpaciu, regionie o wysokim bezrobociu. Jedna z gazet napisała, że marszałek Mirosław Karapyta wykorzystywał urzędniczki również podczas zagranicznych i krajowych podróży służbowych.

– Proszę spojrzeć, jakie ja mam otoczenie: ładne sekretarki, asystentkę – bronił się podczas rozmowy z dziennikarką Karapyta. – I te osoby powołam na świadków. Niech powiedzą, czy przez trzy lata pracy były z mojej strony jakieś propozycje – argumentował.

A jednak marszałka pod koniec kwietnia br. zaaresztowano. Usłyszał zarzuty, za które grozi mu do 10 lat więzienia. Wyszedł po czterech dniach, za poręczeniem majątkowym. Kaucję w wysokości 60 tysięcy zł wpłaciła żona. Karapyta twierdzi, że jest niewinny. – Zarzuty obyczajowe dołączono do reszty, bo się dobrze sprzedają w mediach – przekonuje w jednym z wywiadów. – Seksafera bis, tym razem w PSL? To chyba takie dywagacje, że chłopskie partie mają do tego tendencje.

Marszałek ma ogromne pretensje do partyjnych kolegów, zwłaszcza do lidera PSL na Podkarpaciu, Jana Burego, i prezesa partii Janusza Piechocińskiego. Władze PSL następnego dnia po aresztowaniu oznajmiły, że będzie odwołany ze stanowiska. Karapyta jest przekonany, że koledzy odwrócili się od niego, uznali za winnego i wydali na niego polityczny wyrok.

W jednym z wywiadów marszałek powiedział, że murem stanęła za nim tylko rodzina. Żałuje, że jego żona w 30. rocznicę ślubu otrzymała taki „prezent”.

Praca dla kochanki

Układ „praca za seks” nie zdarza się wyłącznie na Podkarpaciu. Wójt mazurskiej gminy Giby miał wielokrotnie wykorzystać seksualnie pewną mieszkankę tej miejscowości, która woli pozostać anonimowa. – Zgodziłam się na romans, bo obiecywał pracę, a ja nie miałam co jeść – opowiada dziś dziennikarzom pokrzywdzona.

I dodaje, że w maju ubiegłego roku poprosiła o pomoc gibskiego wójta, którego znała od lat – pochodzili z tej samej wsi. On zaproponował jej pracę w ramach robót publicznych i… spotkanie. – Odparłam, że jeśli będę miała pracę, to czemu nie? – kontynuuje kobieta. – Wtedy rzucił, że jeśli się zgodzę, to będę żyła „jak pączek w maśle”.

Romans trwał kilka miesięcy, do jesieni ub.r. W grudniu kobiecie skończyła się umowa o pracę. W lutym 2013 r. urzędniczki z „pośredniaka” zawiadomiły ją, że jest szansa na kolejną. Pojechała do gminy, ale tylko po to, aby się dowiedzieć, że wójt nie ma dla niej czasu. Kilka dni później została poinformowana, że nie podpisał wniosku o jej zatrudnienie. Najwyraźniej uczucie wójta się wypaliło. – Nie zależy mi na kontaktach z wójtem, ale na pracy, bo nie mam co włożyć do garnka – narzeka kobieta.

Złożyła doniesienie do Prokuratury Okręgowej w Suwałkach. Podjęto postępowanie, które ma wyjaśnić, czy wójt nie wykorzystał krytycznej sytuacji życiowej kobiety, by doprowadzić do obcowania płciowego.

Wójt Gib twierdzi podkreśla, że oskarżenia wobec niego to pomówienie. Zgłosił tę sprawę na policji i chce, aby skarżąca poniosła karę za znieważenie i szantaż. – Romans?!... – oburza się. – To kompletna bzdura. Mogłem przewidzieć, że kiedyś przez tę panią będę miał kłopoty. Ludzie mnie przestrzegali, abym omijał ją z daleka – wzdycha. I dodaje, że nie podpisał nowej umowy z kobietą, bo nie wykonywała swoich obowiązków. A właściwie przychodziła do pracy tylko po to, by podpisać listę obecności.

Okolice Gib żyją tą historią. Zdania mieszkańców są jednak podzielone. Jedni uważają, że przecież wszyscy wiedzieli o wyjazdach wójta z kochanką na randki w plener – oczywiście w godzinach pracy. Tajemnicą poliszynela było też, że wójt zabierał „znajomą” na zakupy do Warszawy. Inni mówią jednak o zemście kobiety na, Bogu ducha winnym, mężczyźnie. Podważają jej wiarygodność, przypominając choćby, że leczy się psychiatrycznie, do niedawna nadużywała alkoholu (przeszła nawet leczenie odwykowe), „a w ogóle to specjalnie atrakcyjna nie jest i kto by ją tam chciał”.

Zapewne nieprędko poznamy prawdę. Niezaprzeczalnym faktem jest jednak to, że kobieta nie została podstępnie wykorzystana przez niedobrego urzędnika. Postawiła sprawę jasno: będzie praca, będzie seks…

Uciechy na biurku

Pięć lat temu, na początku sezonu ogórkowego, prokurator zepsuł Janowi T., dyrektorowi krakowskiego Zarządu Dróg i Transportu (obecny Zarząd Infrastruktury Komunalnej i Transportu), atrakcyjnie zapowiadający się urlop. Pan dyrektor usłyszał bowiem zarzuty molestowania seksualnego, mobbingu i korupcji.

A wszystko to przez dwie podwładne, które zgodnie zeznały, że szef zmuszał je do seksu oralnego. Prokuratura zgromadziła zeznania osób, potwierdzających wersję molestowanych kobiet. Na dodatek, pracownicy Zarządu opowiedzieli – i to w barwnych słowach – dziennikarzowi „Gazety Wyborczej”, że Jan T. często zostawał w pracy po godzinach. Zamykał się z którąś z pracownic w gabinecie i, gdy ktoś czegoś od niego chciał, otwierał drzwi dopiero po kilku minutach.

Bohater całego zamieszania odmawiał jednak odpowiedzi na pytania prokuratury. Tyle że przy okazji grzebania w biurowych amorach, wyszło na jaw, że dyrektor ma też inne grzeszki na sumieniu: znęcał się psychicznie nad pracownikami, m.in. krzyczał na nich i wulgarnie wyzywał, zmuszał do pracy w dni wolne i noce, nie płacił za nadgodziny, a niepokornym odmawiał urlopów.

Okazało się też , że pan dyrektor brał łapówki. Wyjeżdżał na koszt prywatnych przedsiębiorców, współpracujących z ZDiT,  do luksusowych ośrodków wypoczynkowych. Oczywiście towarzyszyły mu wybrane pracownice...

Jan T. obecnie jest na wolności. W związku z ciążącymi na nim zarzutami korupcyjnymi (m.in. organizowania fałszywych przetargów) spędził za kratkami 21 miesięcy, ale wyszedł po wpłaceniu kaucji rzędu 300 tysięcy złotych. Regularnie pojawia się w sądzie, gdzie mówi dużo i chętnie – niestety, zdaniem obserwujących postępowanie, głównie nie na temat. Jak do tej pory, sąd oczyścił go z zarzutu nękania podwładnych, uznając że krzykiem wymuszał… prawidłowe wywiązywanie się z obowiązków. Wyrok jest nieprawomocny.

Natomiast sprawa mobbingu i molestowania seksualnego wciąż jeszcze jest w toku. I długo jeszcze będzie: na przesłuchanie oczekuje 200 świadków.

Prezydent gwałciciel

Dwa lata temu były już prezydent Olsztyna (woj. warmińsko-mazurskie), Czesław Małkowski, został oskarżony przez białostocką prokuraturę o gwałt oraz o usiłowanie gwałtu. Grozi mu do 12 lat więzienia. Sprawa jest tym brzydsza, że jego ofiarami były podległe mu urzędniczki. Zgwałcona kobieta była w zaawansowanej ciąży.

Ale to nie koniec. Gdy pięć lat temu wybuchła olsztyńska seksafera, wiele pracownic ratusza ujawniło, że były molestowane seksualnie przez prezydenta.

Czesław Małkowski przyznał się do intymnych kontaktów z jedną z podwładnych – ale zaprzeczył, jakoby doszło do tego wbrew jej woli. Spędził w areszcie pół roku. Dwa miesiące później, w listopadzie 2008 roku, mieszkańcy Olsztyna podczas referendum odwołali Małkowskiego z funkcji prezydenta miasta. Cóż z tego, skoro dwa lata później wystartował w wyborach prezydenckich i zaledwie o włos przegrał z kontrkandydatem na fotel włodarza Olsztyna, Piotrem Grzymowiczem.

Śledztwo ciągnęło się aż trzy lata, gdyż prokuratorzy uzyskali trzy sprzeczne opinie biegłych (psychologów i seksuologów) z Warszawy, Poznania oraz Krakowa. Jedna z nich wykluczała, by były olsztyński prezydent miał cechy gwałciciela. Ponadto, zdaniem biegłych, oskarżająca go urzędniczka nie zachowuje się jak zgwałcona kobieta…

Czesław Małkowski stanął przed sądem w maju 2011 r. Zdaniem prokuratury, istnieją dowody na to, że w okresie 2001-2007 molestował seksualnie cztery kobiety. O treści zarzutów śledczy mówili bardzo ogólnie: podali, że „chodzi o przestępstwa, które polegają na zgwałceniu, usiłowaniu zgwałcenia, doprowadzeniu do obcowania płciowego lub poddania się innej czynności seksualnej poprzez nadużycie stosunku zależności służbowej oraz uporczywego naruszania praw pracowniczych”. Wyrok zapadnie, być może, pod koniec bieżącego roku.

Smaczku całej sprawie dodaje fakt, że jesienią ubiegłego roku miała miejsce premiera filmu obyczajowego „Miłość”, zainspirowanego olsztyńską seksaferą. Jego reżyser i współautor scenariusza, Sławomir Fabicki, pokazał całą historię z punktu widzenia męża pokrzywdzonej kobiety.

Szef czy pan?

Luty to najwyraźniej niedobra pora dla marszałków województw. Równo pół roku temu spektakularną wpadkę zaliczył nie tylko marszałek podkarpacki, ale i wicemarszałek opolski. Właśnie wtedy lokalna prasa napisała, w jaki sposób wicemarszałek Tomasz Kostuś (PO) traktuje podwładnych. Jego arogancja i buta nie znała granic – poniżał pracowników urzędu, nagminnie wydając im komendy takie, jak psom: „siad”, „głos”, „waruj”. Podniesiony głos i obraźliwe epitety były na porządku dziennym.  Kierowcę służbowego samochodu, który jechał zgodnie z przepisami, a zdaniem wicemarszałka za wolno, wyrzucił z auta na drodze i musiał on wędrować trzy kilometry do najbliższego przystanku PKS, by wrócić do urzędu.

Po tej publikacji, na wniosek marszałka, w urzędzie przeprowadziła kontrolę Państwowa Inspekcja Pracy. Mimo tego, że pracownikom zadawano dosyć ogólnikowe pytania (np. nie pytano o nazwisko przełożonego, ze strony którego doznawali przykrości) – z przeprowadzonego postępowania wyłonił się zatrważający obraz życia w totalitarnej instytucji. Urzędnicy skarżyli się w anonimowej ankiecie m.in. na molestowanie, nieakceptowane przez nich zachowania o charakterze seksualnym, znęcanie psychiczne i wyśmiewanie niepełnosprawności. Co istotne, inspektorzy pracy zadawali pytania jedynie pracownikom departamentów podlegających Tomaszowi Kostusiowi.

Sprawa została przez partyjnych kolegów wicemarszałka zamieciona pod dywan – mimo tego, że jeszcze w kwietniu br. szef opolskiej Platformy, poseł Leszek Korzeniowski, postawił ultimatum: albo Kostuś oczyści się z zarzutów, albo odejdzie ze stanowiska.

Mieszkanie za seks

– Ja tylko żartowałem! – bronił się Dariusz Szczepański, chojnicki radny, który wysyłał do jednej z mieszkanek tego miasta sms-y z erotycznym podtekstem. – Chciałem podtrzymać tę kobietę na duchu!

Wiosną br. burmistrz Chojnic z osłupieniem usłyszał od jednej z chojniczanek, że przewodniczący społecznej komisji mieszkaniowej, Dariusz Szczepański, wysyła do niej przez telefon komórkowy dwuznaczne wiadomości. Kobieta starała się o mieszkanie socjalne, odebrała więc sms-y radnego jako sygnał, że w Chojnicach taki lokal można załatwić za seks.

Radny w rozmowie z dziennikarzami miejscowej gazety podtrzymuje, że nie były to erotyczne propozycje. Idzie nawet krok dalej. – Ta pani nie jest w moim typie i nie interesuje mnie jako kobieta – podkreśla. Zaniepokojony burmistrz złożył jednak doniesienie do prokuratury. Tyle że śledczy nie dopatrzyli się niczego złego w postępowaniu radnego i postanowili umorzyć sprawę, gdyż ich zdaniem „zabrakło znamion czynu zabronionego”.

Żart Szczepańskiego nie spodobał się jednak jego partyjnym kolegom z Platformy Obywatelskiej. Radny został postawiony przed sądem koleżeńskim w Gdańsku oraz usunięty z klubu radnych PO w chojnickiej Radzie Miejskiej.

Podczas zbierania materiałów do artykułu korzystałam z archiwów „Dziennika”, „Gazety Olsztyńskiej”, „Gazety Pomorskiej”, „Gazety Współczesnej”, „Super Expressu”, „Niezależnego Tygodnika Opolskiego” i „Wprost”.

niedziela, 25 sierpień 2013 16:50

TAKA DEMOKRACJA TO MI SIĘ NIE PODOBA

Napisane przez

Jadwiga Naranowicz ma 51 lat. Szwecja to rodzinna wieś jej męża Władka, ona pochodzi z Sypniewa, w sąsiedniej gminie Jastrowie. Teraz mówi, że jest stąd i że tu naturalnie „wsiąknęła”. Kiedy dzieci poszły do szkoły, spotkała inne matki, miały wspólne tematy, włączyła się w prace na rzecz szkoły. Potem przez szesnaście lat pracowała w radzie sołeckiej. W 2011 r. ludzie wybrali ją na sołtysa największej wsi w największej gminie w Polsce.

Obecną sołtys długo namawiano na udział w wyborach. Zdecydowała się na tydzień przed głosowaniem. Wsiadła do samochodu i pojechała do ludzi, bo chciała ich namówić, żeby przyszli na zebranie. O obecnej demokracji mówi, że jej się nie podoba. − We wsi jest dziewięciuset mieszkańców. Ale jak jest zebranie, to dobrze, jak przyjdzie trzydziestu. A jak się wybiera kandydatów na sołtysa, to jest to nieprzemyślane. Bez  przekonania, że ta osoba coś dla wsi zrobi – mówi Jadwiga Naranowicz.

54 głosy na 96

Skądinąd, sama czasu na kampanię miała mało i właściwie jej nie prowadziła. Ale i niezbyt jej potrzebowała. − Całe życie jest społeczna – mówi o niej Beata Błędowska-Tomajczyk, prowadząca w Szwecji gospodarstwo agroturystyczne „W Pięknej Dolinie”. – Jak może w czymś pomóc ludziom, to idzie. Lubi być wśród nich. I ma jedną nie do przecenienia cechę: jest niekonfliktowa.

We wsi ludzie znają ją od tej właśnie strony, więc mieszkańcy namówili ją na kandydowanie. – Do końca się zarzekałam, że nie chcę startować w wyborach – wspomina jednak Jadwiga Naranowicz. – Tyle że ostatecznie mąż obiecał pomoc i we wsi wsparcie było.

W wyborach na sołtysa wzięło udział dziewięćdziesięciu sześciu mieszkańców. Wygrała ośmioma głosami, już w pierwszej turze.

− Jak Jadzia została sołtysem, to wieś przyspieszyła, wyszła poza Szwecję – mówi Beata Błędowska-Tomajczyk. Często właśnie u niej odbywają się spotkania albo organizowane są różne wydarzenia. – Ale zanim Jadzia została sołtysem, angażowała się w prace na rzecz wsi. Jak coś organizowano, chętnie zakasywała rękawy.

Szwecja jest bliżej, niż myślisz

Takie hasło promocyjne wsi wymyśliła radna Agnieszka Cybulska. A jest się czym chwalić. Największym skarbem jest rzeka Piława, która przecina wieś – to znany w Polsce szlak kajakowy. Ściąga tu latem masa turystów. Jest zabytkowy kościół św. Jakuba, w lipcu w święto patrona od wielu lat organizuje się jarmark.

Sołtys, razem z radną, zgłosiła Szwecję na wieś turystyczną do Urzędu Marszałkowskiego Województwa Zachodniopomorskiego i miejscowość otrzymała certyfikat, który jest znakiem, że tu warto przyjechać. Nad Piławą rybacy postawili już tablice, jakie ryby w niej występują, a we wsi niebawem pojawią się turystyczne drogowskazy informacyjne, m.in., kierujące do gospodarstw agroturystycznych, albo na szlaki rowerowe. − Będą ekologiczne, drewniane, „wiejskie” – podkreśla sołtys.

− To nigdy nie była wieś typowo rolnicza – opisuje Szwecję Naranowicz. Głównie żyła z lasu, był PGR i gorzelnia – mówi sołtys. – Tu pokolenia pracowały w lesie, ludzi zatrudniało nadleśnictwo w Wałczu i Jastrowiu. Teraz zmieniła się forma zatrudnienia. Dziś to jest wieś „zulowców”. Ludzie rejestrują zakłady usług leśnych i przyjmują zlecenia. Mają konie, własny transport.

Prośba sołtyski: „do roboty”

Najmniej chodzi jej o rządzenie. Jak są jakieś prace do zrobienia – koszenie, sprzątanie – najczęściej w końcu pracuje z mężem Władkiem. Na ostatnim festynie sportowo-sołeckim nabrała odwagi, wzięła mikrofon i poprosiła: − Słuchajcie, razem się bawiliśmy, razem posprzątajmy.

Poskutkowało. Udało się namówić kilka osób.

Jej praca to m.in. przyjmowanie skarg, ale nie ma na to specjalnego miejsca. Odbywa się to więc w najprostszy z możliwych sposób: ktoś ją spotka na ulicy, w remizie, na festynie, zadzwoni albo przyjdzie do domu, który stoi na początku wsi przy szosie wiodącej z Wałcza do Gdańska. – Największym problem są psy – mówi Naranowicz. – Jak są porzucone, ludzie przychodzą do sołtysa albo skarżą się, że latają bezpańsko, albo że są groźne. To jest utrapienie wszystkich sołtysów. Chyba nie ma takiego, który nie przygarnąłby jakiegoś porzuconego psa.

Sołtys stawia na wieś

Bycie ze wsi nie jest wstydliwe - mówi. Dodaje, że prowincja to stan umysłu, a nie współrzędne geograficzne – i że walczy z negatywnym stereotypem.

Od kiedy jest sołtysem, zaczęła zgłaszać wieś do różnych konkursów: o miano wsi turystycznej, ale także sołectwa przyjaznego środowisku. − W tym generalnie zajęliśmy drugie miejsce – mówi z dumą Naranowicz. − Doceniono to, że we wsi segreguje się śmieci, że ich nie palimy i że jest czysta rzeka.

Sołtys od wielu lat jest zwolenniczką segregowania odpadów. Jak idzie ulicą – i widzi puszki albo butelki – nie może tego znieść. W Szwecji, za jej sprawą, dostawiono pojemników na śmiecie. − Jak zostałam sołtysem, były trzy punkty, teraz jest osiem, a pojemniki stale są zapełniane. Dla mnie, od kiedy teraz weszła ta ustawa, to jest urwanie głowy, bo ciągle ktoś zgłasza, że brakuje worków i trzeba je dostarczyć, ale z drugiej strony trzeba się cieszyć, że ludzie segregują śmieci. Na śmieci jestem uczulona. Mogłabym o nich warsztaty prowadzić – kwituje.

− Na spływie kajakowym obserwowała wicewójta, gdzie wrzuci papierowy talerz – wspomina radna Aldona Piaskowska. – A kogoś pytała z wyrzutem, dlaczego butelka niezgnieciona – dorzuca. Na festynie sołecko-sportowym zauważyła błąd. Na jednym pojemniku było napisane „puszki plus plastik”. − Jeszcze źle, bo puszka musi być osobno – tłumaczy sołtys.

Integracja

W Szwecji ludzie spotykają się w lipcu na dorocznym parafialnym Jarmarku św. Jakuba. Sołtyska stała przy stoisku małej gastronomii i sprzedawała pyszne pierogi. Wieś może się też poszczycić, że wypromowała produkt tradycyjny jako jeden z dwóch w powiecie wałeckim. Jest to kiszka ziemniaczana, którą gospodynie ze Szwecji przygotowują na każdą imprezę.

Nieformalnym wydarzeniem są czerwcowe „Wianki”, które odbywają się „W Pięknej Dolinie”. Ich pomysłodawczynią jest Beata Błędowska-Tomajczyk, której udało się ściągnąć na „Wianki” nie tylko szwedów, ale również mieszkańców okolicznych miejscowości, a nawet turystów, m.in. z Czech i Niemiec.

− Kto przychodzi, musi mieć wianek – opowiada sołtys. A inicjatorka przedsięwzięcia dodaje, że wymyśliła „Wianki” od Midsommar – święta narodowego w zamorskiej Szwecji, które się tam odbywa w czasie przesilenia zimowo-wiosennego, można je połączyć z naszym polskim gaikiem. To jest święto światła i powitania lata. – Szwedzi budują pal, który ukwiecają, a potem tańczą wokół niego i śpiewają. Pomyślałam, że można by zrobić coś podobnego u nas w Szwecji. Nawet zadzwoniłam do ambasady, żeby się dowiedzieć więcej o tym święcie, ale tam się zajmują kulturą przez duże „k” i otrzymałam ulotki o hodowli krów – opowiada. Dziś na przepływającą przez gospodarstwo „W Pięknej Dolinie” Piławę spuszczane są stelaże, ludzie palą świeczki, kładą wianki. Każdy z nich jest inny.

W tym roku w Szwecji – jako jednej z piętnastu wsi w gminie – realizowany był też projekt aktywizujący kobiety po sześćdziesiątce. Sołtyska bardzo się zaangażowała. U Beaty Błędowskiej-Tomajczyk w gospodarstwie urządziły jedno ze spotkań − piżowkę. – Śniegu po kolana, Beata napaliła w piecu, a my siedzimy i starym zwyczajem, jak matki, drzemy pierze, opowiadamy sobie różne historie, pijemy herbatkę, jest słodki poczęstunek – opowiada Naranowicz. Kiedy do gminy przyjechali Czesi, działający w ichniej lokalnej grupie działania, zorganizowano im pobyt w Szwecji.

Przyrodniczka

Sołtys kocha zwierzęta. Dużo ich przygarnia. Nie wiedziała, co to jest ubój rytualny. Poczytała i teraz już wie, że jest przeciwna.

Uwielbia obserwować ptaki, zwłaszcza bociany, bo uważa, że przynoszą szczęście i zapowiadają wiosnę na dobre. Ptaki wyznaczają dla niej pory roku. – Latem są to jaskółki, zimą – sikorki, a na jesień – kopciuszki – wymienia. Sama może się pochwalić, że dla bocianów żerowiskiem są jej łąki w sąsiedztwie stawów. I myśli, że gdyby z mężem zrobiła konstrukcję, to by chyba usiadły. Nawet jej pies reaguje na słowo bocian i natychmiast wypatruje ptaka na niebie albo na łące. Jeden procent podatku Jadwiga Naranowicz oddaje na Towarzystwo Opieki nad Ptakami.

niedziela, 25 sierpień 2013 16:49

SAMORZĄDY POLUJĄ NA URZĘDNIKÓW

Napisane przez

Jak po pracę – to do ratusza. Nikogo nie dziwi, że w czasach kryzysu trudno znaleźć zatrudnienie. Są jednak miejsca, gdzie praca dosłownie czeka na chętnych. Pracowniczą Ziemią Obiecaną stały się magistraty dużych miast. Bo też w Polsce nie ma właściwie metropolii, która nie szukałaby urzędników. Samorządowa administracja pęcznieje jednak i w mniejszych gminach. Tylko na urzędnicze „trzynastki” podatnicy wydali w 2012 r. 3,8 mld złotych. Problem w tym, że nawet specjalistom nie jest łatwo zdobyć w drodze konkursu taką posadę.

Z pozoru wakacje w pełni. Jednak tylko w drugiej połowie lipca upłynął termin nadsyłania dokumentów w ponad czterdziestu konkursach na wolne stanowiska urzędnicze. A to zaledwie wierzchołek góry lodowej: magistraty szukają dosłownie wszystkich – od informatyków po specjalistów w dziedzinie ochrony zieleni. Z miast wojewódzkich jedynie Rzeszów i Zielona Góra nie prowadziły w tym okresie naboru. – Duże miasta zatrudniają, ponieważ przygotowują się do obsługi nowej perspektywy budżetowej UE – mówi Agata Dąmbska, specjalista z Forum „Od-nowa”, organizacji pozarządowej, zajmującej się analizami sektora publicznego.

Jest w czym wybierać

Kogo szukają magistraty? Nabór trwa właściwie na wszystkie stanowiska. Warszawa szuka na przykład urzędnika ds. bezpieczeństwa i higieny pracy, Szczecin – podinspektora ds. wydarzeń o charakterze morskim, jednak tylko na pół etatu. Wrocław natomiast rekrutuje kandydatów na stanowisko ds. ochrony powietrza i przed polami elektromagnetycznymi. Miasto Gdańsk, tylko w lipcu, poszukiwało pięciu nowych pracowników. Jak zapewnia magistrat, wszystkie ogłoszenia to efekt powstania wakatów, a nie tworzenia nowych stanowisk. – Generalnie liczba etatów w naszym urzędzie od ładnych kilku lat kształtuje się na tym samym poziomie – mówi Michał Piotrowski z biura prasowego gdańskiego ratusza.

Biurokracja samorządowa systematycznie jednak puchnie. Rozrost lokalnej administracji najlepiej widać na przykładzie stolicy. Kiedy Hanna Gronkiewicz-Waltz obejmowała władzę sześć lat temu, stołeczny samorząd zatrudniał około 5,7 tysiąca urzędników. Pod koniec ubiegłego roku ratusz razem z urzędami dzielnic dawał już pracę ponad 7,7 tysiąca osób, co stanowi wzrost o 35 proc. Te liczby nie oddają do końca skali zjawiska, ponieważ – po pierwsze – nie uwzględniają zatrudnienia w spółkach samorządowych, które również znacznie wzrosło, a po drugie – stołeczne urzędy coraz częściej zlecają wykonywanie swoich zadań prywatnym firmom. Tylko w ubiegłym roku wydały na ten cel 30 mln złotych.

Ćwierćmilionowa armia

Liczba urzędników samorządowych systematycznie się zwiększała – aż do 2011 roku Wtedy ubyło 6 tysięcy etatów (łącznie było ich 246 tys.). Ta tendencja długo się jednak nie utrzymała. Na koniec 2012 r. było zatrudnionych już ponad 252 tysięcy pracowników. Zdaniem specjalistów, przejściowe zahamowanie wzrostowego trendu było wynikiem raportu Najwyższej Izby Kontroli z 2010 r., krytykującego politykę zatrudnienia w gminach. – Dziś administracja znów nie obawia się przyjmować nowych osób – podkreśla dr Stefan Płażek, adiunkt w Katedrze Prawa Samorządu Terytorialnego Uniwersytetu Jagiellońskiego. Oszczędzaniu na etatach nie służy też nowa ustawa śmieciowa. Od 1 lipca urzędników jeszcze przybywa, bo – wdrażając nowe prawo – samorządy musiały zatrudnić księgowego i poborcę podatkowego do realizacji obowiązków nałożonych przez nową ustawę. Zdaniem ekspertów, rosnące zatrudnienie w ratuszach to jeszcze nic.

– To, co jest bardzo przerośnięte, to podlegające gminom jednostki organizacyjne. Wójt nie decyduje o zatrudnieniu, na przykład w szkołach, ale na nie płaci. Jak wynika z naszych szacunkowych obliczeń, w całym sektorze samorządowym pracuje 1,8 miliona osób. Z czego 1,1 miliona w jednostkach organizacyjnych, a pozostali w urzędach i spółkach zależnych – mówi Agata Dąmbska.

U pana Boga za piecem

W powszechnej opinii to właśnie praca urzędnika uchodzi za bardziej stabilną i mniej stresującą, bo pozbawioną mechanizmów wolnorynkowej konkurencji. Myli się jednak ten, kto myśli, że na bezpieczne miejsce pracy w sektorze budżetowym mogą liczyć najlepsi. Na nieprawidłowości przy zatrudnianiu w samorządach zwraca uwagę choćby wspomniany raport NIK. Izba skontrolowała zatrudnienie czterech tysięcy urzędników. W skontrolowanych samorządach tylko połowa została przyjęta w drodze otwartego i konkurencyjnego naboru. Reszta pracę dostała w drodze tak zwanego awansu wewnętrznego. Czyli ze stanowisk nie-urzędniczych, głównie ze stanowisk pomocniczych i obsługi.

– W kryzysie ludzie zawsze tulili się do urzędów, a stworzenie etatu dla znajomego prezydenta miasta lub burmistrza to żaden problem – mówi dr Płażek. Z danych GUS wynika, że w 2012 r. nieznacznie rosły też pensje urzędników. Na przykład w urzędach miast średnia płaca wzrosła o około 150 zł i wyniosła ponad 4,5 tysiąca zł. W gminach zaś była wyższa o około 100 zł i wynosiła średnio 4 tysiące złotych.

– Myśląc w ten sposób, można dwa miliony osób zatrudnić w administracji i w ten sposób pozbyć się bezrobocia. Tyle, że to nie rozwiązuje problemów, a tworzy kolejne. W rzeczywistości za pensje urzędników płacą przedsiębiorcy i zwykli ludzie. Trzeba pobrać wyższe podatki na rzecz osób zatrudnionych przez urzędników. Poza tym gołym okiem widać, że zatrudnienie w administracji urosło w ciągu kilku lat. Zatrudnia się znajomych królika, ci są mało kompetentni, dlatego zatrudnia się kogoś, kto będzie za nich robić. I ten sposób dubluje się stanowiska. Takim przykładem są wszelkie komitety polityczne – mówi Ireneusz Jabłoński z Centrum im. Adama Smitha.

Niebezpieczny trend

Wbrew pozorom, Polska nie jest jednak wcale republiką urzędników. Wręcz przeciwnie. Polska i Litwa mają najniższe wskaźniki liczby urzędników na mieszkańca. Dla porównania na przeciwnym biegunie są Niemcy, Francja i Wielka Brytania. U naszych zachodnich sąsiadów pracuje prawie półtora miliona urzędników, a więc ponad trzykrotnie więcej niż nad Wisłą – choć liczba mieszkańców Niemiec jest tylko nieco ponad dwukrotnie większa niż w Polsce.

Optymistyczne nastroje studzą jednak ekonomiści. Bo mimo, że nad Wisłą z zatrudnieniem w administracji nie jest jeszcze tak źle, to już sam trend jest niebezpieczny. – Szczególnie w takich krajach, jak Grecja i Hiszpania, tworzono dodatkowe miejsca pracy w administracji. A w trakcie kryzysu gospodarczego to kontynuowano. Okazało się to bardzo nieskuteczne. Faktycznie, panuje jakiś dziwny trend do zwiększania zatrudnienia w administracji. Nie wiem, czy chodzi o to, że im więcej osób się zatrudni, tym mniejsze będzie bezrobocie?... Jakby urzędnicy zapominali, że to nie oni, a firmy tworzą PKB. Bo każda złotówka wydana na administrację idzie z naszych podatków – mówi w rozmowie z Magazynem Samorządowym „Gmina” Ryszard Petru, prezes Polskiego Towarzystwa Ekonomicznego.

niedziela, 25 sierpień 2013 16:48

NIE WSZYSCY MAJĄ ŚWIADOMOŚĆ, JAKIE BĘDĄ SKUTKI TEJ USTAWY

Napisane przez

Rozmowa z wiceprzewodniczącym Związku Gmin Wiejskich RP i wójtem Terespola, Krzysztofem Iwaniukiem

MARIUSZ JANIK: W sondażu, przeprowadzonym niedawno przez redakcję Magazynu Samorządowego „Gmina”, gminy wiejskie wypadają nadzwyczaj dobrze: w olbrzymiej większości deklarują przynajmniej „dobre” przygotowanie do realizacji ustawy śmieciowej. Jak, bazując na pańskich doświadczeniach, wygląda sytuacja?

KRZYSZTOF IWANIUK: Gminy wcale nie są tak dobrze przygotowane, dopiero będziemy się wszystkiego uczyć. Niektórzy z nas nie mają do końca świadomości, jakie będą skutki wejścia w życie ustawy śmieciowej.

A czego należy się spodziewać?

Gospodarka odpadami została w ustawie określona jako zadanie własne gminy, ale w rzeczywistości nie zostało ono przekazane gminie do realizacji – a jedynie narzucono ustawą szereg konkretnych rozwiązań. Np. wymóg posiadania instalacji regionalnej. Tyle że gminy nie są jej właścicielem czy współwłaścicielem, więc nie mają na nią żadnego wpływu – a zatem nie wiedzą też, jakie będą ceny przyjęcia tych odpadów.

Przetargi najczęściej ogłaszane są tak, że wystarczy dowieźć śmieci do instalacji regionalnej. Tymczasem ta nie ważne, ile odbierze – bo jak rozumiem, nie narzuconych żadnych warunków – więc może odebrać nawet 5 do 10 proc. A jeśli nie odbierze poziomu narzuconego, zaczynają się kłopoty i kary dla gminy. Kary za coś, na co gmina nie ma żadnego wpływu, bo nie ma własnych służb w postaci spółki komunalnej, ani instalacji. Inna sprawa, że często docierają do mnie sygnały, że w przetargach składano wyłącznie oferty dalece przewyższające ceną sumy zbierane przez gminę z opłat.

Problem w tym, że ta ustawa pojawia się zdecydowanie za późno. Nie wiem, dlaczego nie wprowadzano jej choćby w 2005 roku – dziś bylibyśmy gdzie indziej. A tak, doczekaliśmy się żółtej, czy prawie już czerwonej, kartki od Komisji Europejskiej.

A może to i lepiej? Świadomość Polaków co do konsekwencji śmiecenia jest dziś chyba większa niż kilka lat temu.

Objechałem wszystkie „swoje” miejscowości i stwierdzam, że świadomość w tej kwestii jest nijaka. Podstawowym kryterium jest to, by nie płacić więcej, co zresztą nie powinno dziwić – tereny wiejskie są przecież zwykle uboższe niż miejskie.

Ale to nie koniec. Nasza niewiedza dotyczy też najbliższej przyszłości: gmina przejmuje na siebie odpowiedzialność za śmieci, wydziela na to kwotę w budżecie, cenę ustala sobie bardziej „politycznie” niż realnie, choć nie bardzo jeszcze wiemy, jakie będą naprawdę koszty całego procesu. Wiem, za ile będą przyjmowane odpady zmieszane w tym roku. Ale już na pytanie, ile to będzie kosztować w przyszłym roku, odpowiedzi nie mam. Kto wie, może dwa czy trzy razy więcej.

Poza tym, dzisiaj segregacja w Polsce jest na poziomie nijakim, a ta ustawa została napisana z punktu widzenia dużego miasta. Tymczasem na wsi to normalne, że ktoś ma kurę, świnkę – i tego rodzaju rzeczy, również pozostałości po uboju, nie są wyrzucane do kosza. One się nie marnują, zwłaszcza że przecież wielu mieszkańców ma kompostowniki. Będziemy się długo tłumaczyć, co dzieje się z częścią „śmieci” na wsi.

Z naszego badania wynika, że przeciętnie w Polsce deklaracje śmieciowe złożyło 80-90 proc. zobligowanych do tego obywateli. To oznacza, że mamy kilka milionów maruderów. Co z nimi?

To jest dobre pytanie. Ale to jedynie wierzchołek góry lodowej: no bo, czy należy się po nich spodziewać śmieci posegregowanych czy nieposegregowanych? Znowu proste pytanie, na które nie ma odpowiedzi.

System zaczyna działać, więc wcześnie czy później do nich dotrzemy. Ale trzeba będzie nakładać kary – i kolejne pytanie brzmi: kto ma to robić? Nie ma obowiązku wpuszczenia urzędnika do domu i też nie ma powodu, żeby przyjmował on na siebie rolę „policjanta”. Z drugiej strony, jeżeli tylko co dziesiąty Polak nie złożył deklaracji – to i tak nieźle, należałoby się cieszyć.

niedziela, 25 sierpień 2013 16:46

Vox populi

Napisane przez

Obserwując to, co w ostatnich kilkunastu latach dzieje się w Polsce, można by dojść do wniosku, że nadchodzą czasy demokracji bezpośredniej, w których suweren – czyli naród – będzie podejmował ważne decyzje sam, a nie przez swoich przedstawicieli. Służyć ma temu coraz częściej wykorzystywana instytucja referendum, mająca u nas, jak wiadomo, rangę konstytucyjną. Co prawda, daleko nam jeszcze do Szwajcarii, Francji czy Stanów Zjednoczonych, ale jak tak dalej pójdzie, kto wie, co będzie. Nie możemy tu mieć jednak żadnych kompleksów, bo Szwajcaria to ojczyzna tej instytucji, francuscy jakobini pod koniec XVIII wieku wpisali referendum do konstytucji, a w USA, wiadomo, wszystkiego musi być więcej, niż gdziekolwiek indziej. Jak by jednak na to nie patrzeć, historia, w tym najnowsza, wskazuje, że ludzie tęsknią do bezpośredniego rządzenia, a przynajmniej podejmowania decyzji w sprawach dla nich najważniejszych. Trudno się temu dziwić, zważywszy, jak sprawują się ich przedstawiciele, zasiadający w rozmaitych „organach stanowiących” – radach, parlamentach, zgromadzeniach, senatach i gdzie tam jeszcze. Tu akurat wskazanie palcem w odpowiednie miejsca nie byłoby specjalnie trudne.

Według Wikipedii, przez ostatnich dwieście lat na świecie odbyło się około pięciuset referendów ogólnokrajowych, przy czym zdecydowana ich większość przypada na kilka ostatnich dekad. Co więcej, w stosunku do osi czasu widać tu wyraźnie nie tylko tendencję wzrostową, ale i „dynamikę”. My także mamy w tym swój udział, bowiem w okresie III RP odbyły się już trzy referenda ogólnopolskie, wszystkie ważne i wszystkie niewątpliwie potrzebne. W każdym z nich władza pytała obywateli o zdanie i zdanie to uszanowała. Taka jest zresztą istota instytucji referendum: władza pyta, obywatele odpowiadają, władza postępuje w sposób, za którym opowiedziała się większość. Chciałoby się powiedzieć – oczywiste i proste jak drut. Zasadniczo inaczej jest jednak w odbywających się w Polsce referendach lokalnych. Tu władza pyta obywateli o zdanie bardzo rzadko, niechętnie, albo wcale. Coraz częściej natomiast z instytucji referendum korzystają obywatele. Skala tego zjawiska jest relatywnie duża, bowiem, jak policzyła „Gazeta Wyborcza”, tylko w obecnej kadencji samorządu odbyły się 83 referenda w sprawie odwołania władz lokalnych, a wiadomo, że ileś kolejnych jest już „w drodze”, z referendum warszawskim na czele.

Dlaczego tak się dzieje? Skąd taka społeczna aktywność w tej akurat sprawie, podczas gdy na innych polach zmobilizować ludzi do czegokolwiek jest raczej trudno. Nie wierzę oczywiście w obłudne bajdurzenie, że jest to wynik podstępnych knowań przeciwników politycznych, zmowa, spisek etc. Ponad 230 tysięcy podpisów zebranych wśród mieszkańców Warszawy nie może być wynikiem jedynie akcji politycznych, a Guział, nawet gdyby spiskował dwadzieścia cztery godziny na dobę, nie byłby w stanie uzbierać jednej setnej tej puli. Prawda otóż jest taka, iż ponad ćwierć miliona warszawiaków uważa, że prezydent Gronkiewicz-Waltz zarządza Warszawą źle i nic tego faktu nie zmieni. Problem w tym, że nikt nie potrafi, bądź nie chce tej żaby zjeść.

Jasne, że tak jak w przypadku Warszawy, w wielu innych miejscowościach referendom lokalnym nadaje się, lub usiłuje nadać, charakter polityczny i rozgrywać je dla własnych celów oraz „politycznych” interesów. Ale równie jasne jest, iż gdyby prezydent, burmistrz czy wójt rządził dobrze, szansa na to byłaby znikoma albo żadna. Władza, która rządzi dobrze, nie ma powodu bać się referendum. Nawet najbardziej zajadła „polityka” oraz spiskująca od rana do wieczora opozycja, nie zdoła jej w tym trybie przegonić. Jeśli natomiast rządzi źle, nie dotrzymuje obietnic składanych w kampanii wyborczej, nie czekając na koniec kadencji poddać ją trzeba społecznej ocenie, i jeśli będzie ona negatywna – odwołać. Z pożytkiem dla wszystkich, dla odwoływanych także.

A więc nie bójmy się referendów lokalnych. Nawet wówczas, gdy zagrażają one jakiejś „polityce”. Nie opowiadajmy, że odmowa udziału w referendum stanowi wyraz poparcia dla kogoś lub czegoś. Demokracja bezpośrednia to naprawdę dobra sprawa. W jednym z uczonych opracowań na ten temat wyczytałem, że im więcej jest w rządzeniu demokracji bezpośredniej, tym większe jest tzw. „zadowolenie z życia” (life-satisfaction). Zwiększa się też skuteczność administracji publicznej (higher government efficiency) oraz zmniejsza korupcja. Nie wiem, na ile jest to prawda, ale zapewne coś jest na rzeczy.

Dawno temu pewien anglosaski mnich, filozof i teolog, w liście do Karola Wielkiego napisał: vox populi vox Dei. Myślę, że tu także jest coś na rzeczy.

Strona 2 z 2

Lock full review www.8betting.co.uk 888 Bookmaker

PARTNERZY